Atomowy parasol - czy w Polsce będzie broń jądrowa. Jaki bez immunitetu - prokuratura wysyła wniosek do Parlamentu Europejskiego i chce zatrzymać europosła. Stop smartfonom - rząd przyjął projekt ustawy ograniczających używanie telefonów przez najmłodszych. Czy Polska stanie się częścią programu nuclear sharing? Dziennikarze "Financial Times" piszą o prowadzonych przez Amerykanów ściśle tajnych rozmowach, by w Europie ich broni jądrowej było więcej. Z powodu zagrożenia rosyjską agresją taką obecnością ma być zainteresowana Polska i kraje bałtyckie, a powodem otwartości USA na rozmowy może być wcześniejsza decyzja o ograniczeniu wojskowej obecności w Europie, co zmartwiło sojuszników. Jej użycie mogłoby doprowadzić do katastrofalnych skutków dla całej ludzkości. Od dziesięcioleci broń jądrowa budzi strach, a takie nagłówki przykuwają uwagę. informuje "Financial Times". Według brytyjskiego dziennika zainteresowanie udziałem w programie nuclear sharing mają wyrażać Polska i państwa bałtyckie. O tej kwestii nie słyszałem, żeby była dyskusja. Ucinają krótko rządzący - powód prosty. O takim uzbrojeniu im ciszej, tym lepiej. Oczywiście, że takie rozmowy powinny być prowadzone. Obecnie w programie jest 6 państw. Na ich terenie USA przechowują swoją taktyczną broń jądrową. Mimo że to Amerykanie nią dysponują, to posiadanie takiej broni skutecznie odstrasza. Czy ktoś zaatakował Wielką Brytanię w ostatnim czasie? Czy ktoś zaatakował Francję w ostatnim czasie? Tam, gdzie jest potencjał nuklearny, tam potencjalny agresor obawia się do jego użycia. Eksperci są zgodni: włączenie Polski do amerykańskiego "parasolu nuklearnego" wzmocniłoby w obliczu agresywnej Rosji wschodnią flankę NATO. Dzisiaj mamy większe możliwości uczestniczenia w programie nuklearnym ponieważ mamy samoloty F35, mamy samoloty F16. A to właśnie te samoloty bojowe są zdolne do przenoszenia broni jądrowej. Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Obrony Narodowej będzie komunikować kiedy będzie miało coś do zakomunikowania. Oficjalnie rząd prowadzi rozmowy z Francją. Chodzi o włączenie Polski do europejskiego systemu odstraszania nuklearnego. Podpisano ostatnio za to traktat polsko-brytyjski. Polska dzięki umowie z Wielką Brytanią jest silniejsza i bezpieczniejsza. By traktat wszedł w życie, potrzeba jednak podpisu prezydenta. Ja nie mam informacji na temat prowadzonych rozmów na temat prowadzonej dyskusji. Tak prezydent jeszcze w piątek mówił o traktacie. Ta współpraca była... Odpowiadają twardo rządzący. Była moja informacja publiczna i narady w kancelarii prezydenta. Karol Nawrocki zapomina o tym, że to nie on prowadzi politykę zagraniczną. Przypominają głowie państwa rządzący. Wprost mówi o tym konstytucja. Im bliższe relacje z takimi państwami jak Francja czy Wielka Brytania, tym dużo bardziej bezpieczna Polska. To czego nie rozumie prezydent? Prezydent przekłada politykę nad interes bezpieczeństwa. Ze wsparciem polityków PiS. Ile te traktaty są warte, to się dopiero za jakiś czas okaże. No, ale chyba dobrze, że są. Wojenka jest potrzebna, żebyśmy zapomnieli o programie SAFE, o tym katastrofalnym błędzie prezydenta, który go zawetował. Generał dywizji pilot Ireneusz Nowak nowym Dowódcą Operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych. Przez 2 lata jako zastępca dowódcy generalnego odpowiadał za wdrażanie do Sił Zbrojnych amerykańskich myśliwców 5. generacji F-35A Husarz. Gen. Nowak zastąpił gen. Macieja Klisza, który obejmie prestiżową funkcję szefa sztabu w dowództwie NATO. Polski pilot, polski lotnik, to znaczy, drodzy państwo, odwaga, determinacja i umiejętność podejmowania ważnych decyzji w ułamku sekundy i to pan generał nosi w swoim życiorysie. Doświadczenie międzynarodowe i gotowość do budowania sojuszu polsko-amerykańskiego oraz budowania potencjału Polski w NATO, daje głębokie przekonanie, że Polska i Polacy będą bezpieczni. Zmasowane rosyjskie ataki rakiet i dronów na Ukrainę. Kłęby gęstego dymu unosiły się m.in. nad Kijowem. Tys. mieszkańców poranek spędziło w schronach. Pod ostrzałem agresora znalazł się także Dniepr. Po jednym z osiedli zostały gruzy, a pod nimi wciąż mogą być ludzie. Już wiadomo, że w nocnych atakach zginęło co najmniej 18 osób. Był środek nocy, gdy nad Kijów nadleciały drony i rakiety. Po chwili miastem wstrząsnęły potężne eksplozje. Mieszkańcy szukali schronienia w podziemiach metra. Marzę tylko o tym, żeby ta wojna się skończyła, ale tracę na to nadzieję. Nadzieję trudno podtrzymać, gdy na ulicach widać takie apokaliptyczne sceny. To Olha i to co zostało z jej bloku po uderzeniu rakiety. Usłyszałyśmy jakiś dźwięk, a potem wszystko było w dymie. Osłoniłam córkę, ale fragmenty budynku uderzyły ją w plecy. Później uciekłyśmy do schronu. Ołena i jej mąż nie zdążyli się ukryć, ale przeżyli. Wyszłam na korytarz i zanim zrozumiałam co się stało, wszystko spadło mi na głowę, a drzwi wyleciały w powietrze. Takich historii są w Kijowie dziesiątki - tylko w stolicy rannych zostało około 80 osób. 6 zginęło. Służby pracowały niemal we wszystkich dzielnicach miasta. Znajduję się w dzielnicy Padół. Widzę zniszczone budynki i rannych ludzi. W miejscach, gdzie domy zostały zniszczone, powstają punkty pomocy. Wszystkie służby zajmują się usuwaniem skutków ataków. Celem były nie tylko bloki mieszkalne, ale też obiekty energetyczne. W Kijowie odciętych od prądu zostało 140 tys. osób. Rosjanie nie cofnęli się też przed zniszczeniem 5 placówek medycznych. To zbrodnia. To prawdziwa zbrodnia. Oprócz Kijowa ucierpiały także Sumy, Charków, Czernichów czy Dniepr. W tym ostatnim mieście zginęło 12 osób, w tym 2 dzieci. Nad Ukrainę nadleciało łącznie ponad 600 dronów i kilkadziesiąt rakiet. M.in. 8 hipersonicznych pocisków przeciwokrętowych Cyrkon. To jedna z najpotężniejszych broni w arsenale Putina, użyta po raz pierwszy w lutym 2024 r., także w ataku na Kijów. Pociski te są bardzo szybkie, mają zasięg nawet do tysiąca kilometrów i są trudne do strącenia. Mogą to zrobić np. systemy Patriot. A ich Ukraińcy mają coraz mniej. Prezydent Wołodymyr Zełenski od kilku dni ostrzegał... Może dojść do ataku na wielką skalę. Rosjanie go przygotowali. Sam Putin nie ukrywał, że szykuje zemstę za uderzenia na terytorium Rosji. Groził atakami na centra decyzyjne w Kijowie, ale to, że obrał za cel cywilów - w Ukrainie nikogo nie dziwi. To jest wtorkowe wydanie "19.30". Za chwilę wymiar sprawiedliwości kontra były wiceminister sprawiedliwości, a potem także... Wpadł pod pociąg, gdy próbował pomóc. Kto zaniedbał, zaniechał obowiązków. Kontrola wykazała 24 nieprawidłowości. Życzeniem Dominika jest, by ta jego tragedia nie poszła na marne. Staję się coraz silniejszy, żeby się podnieść z łóżka. Bardzo jestem dumna z syna, że jest tak silny, waleczny. Do Parlamentu Europejskiego trafił wniosek o uchylenie immunitetu europosła Patryka Jakiego, a także zgodę na ewentualne pociągnięcie do odpowiedzialności karnej, zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie polityka. Śledczy mają zastrzeżenia dotyczące m.in. decyzji kadrowych, jakie były wiceminister sprawiedliwości podejmował w Służbie Więziennej. Sam Patryk Jaki w komentarzu pisze o cyrku na całą Europę. To kadr symboliczny, bo gdy pojawiają się problemy, koledzy z partii nagle znikają. No dobrze. Polityk PiS-u dziś ze swoją przeszłością musiał zmierzyć się sam. Patryk Jaki mógł przekroczyć swoje uprawnienia. I tu cofamy się do 2017 r. Patryk Jaki był wtedy wiceministrem sprawiedliwości odpowiedzialnym za Służbę Więzienną. Według prokuratury miał załatwić funkcjonariuszowi Służby Więziennej awans. Nastąpiło to absolutnie z naruszeniem prawa. Cały ten zarzut sprowadza się, że jeden funkcjonariusz został przeniesiony z miejsca A do miejsca B. W tej wypowiedź polityk PiS-u jednak zapomniał wspomnieć o tym, że awans wiązał się z wyższym wynagrodzeniem i że funkcjonariusz nie miał odpowiedniego wykształcenia i doświadczenia. To jest taka domena PiS-u. Albo wyprowadzają publiczne pieniądze, albo załatwiają komuś pracę, żeby ten ktoś się później odwzajemniał. Jaki, jak reszta polityków PiS-u z zarzutami, przekonuje, że prokuratura jest rzekomo nielegalna, a zarzuty - dęte. Jedna wielka hucpa. A z siebie próbuje zrobić ofiarę. To jest powód, żeby zakuć polityka konkurencyjnej partii w kajdanki. Nikt nikogo nie chce zakuwać w kajdanki. Wniosek do Parlamentu Europejskiego o zgodę na pociągnięcie do odpowiedzialności oraz zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie Patryka Jakiego ma - jak wskazuje prokuratura - charakter wyłącznie zabezpieczenia. Mamy już tego rodzaju doświadczenia, że osoby, które mają uchylony immunitet, stosują obstrukcję w ramach prowadzonych postępowań. Nie mam zamiaru się ukrywać, mogę przekazać swój paszport nawet. Zapewnia dziś Jaki, ale jego dawny szef też zgrywał kiedyś odważnego. Liczę na was. A później uciekł najpierw na Węgry, potem do USA. Nie miał normalnego paszportu, więc jedyny dokument podróży, jaki mógł mieć, to mógł być ten tzw. paszport genewski. Dokument opiera się na statusie uchodźcy przyznanym Ziobrze jeszcze za rządów Viktora Orbana. Polska wystąpiła do Węgier o jego odebranie. Ten status uchodźcy, jeżeli zostanie cofnięty, to wtedy będzie możliwość wydania tego międzynarodowego listu gończego. To są ruchy, które przybliżają służby do Zbigniewa Ziobry? Absolutnie tak. W przypadku Ziobry przynajmniej wiadomo gdzie jest. Jego zastępca już nie tylko ucieka, ale też się ukrywa. Romanowski podobno w Turcji teraz. Nie wiem gdzie jest, to nie moja sprawa. Chyba jednak pana sprawa, bo pan jest politykiem PiS, tak samo jak Romanowski. Nie, nie. Nie moja sprawa. Kompromitacja prokuratury i pana Żurka jest już na całego, na całego. A kompromitacja PiS-u, którzy nie potrafią zapanować nad swoimi politykami? To jest wstyd Kaczyńskiego i jego tego całego środowiska. Szlachetna rywalizacja, szacunek i jedność - to olimpijskie idee, których akurat w Polskim Komitecie Olimpijskim ostatnio jest coraz mniej. O "wykorzystaniu" mówi florecistka Julia Walczyk-Klimaszyk, która zamiast 50 tysięcy złotych z programu "Mamy Olimpijki" dostała pokaźny rachunek na podatek dochodowy. Program miał wspierać w powrocie do rywalizacji po urlopie macierzyńskim. W przypadku tej sportsmenki efekt jest odwrotny. To kolejna polska olimpijka oszukana przez giełdę Zondacrypto - byłego sponsora generalnego Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Jest mi smutno po prostu, że taka instytucja jak PKOl, gdzie mówimy o rodzinie olimpijskiej, to tak właśnie się czułam tam. Nie chce teraz wypełnić zobowiązania. Julia Walczyk-Klimaszyk to jedna z najlepszych polskich florecistek. Dwa lata temu zadebiutowała na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu. Jest też mamą, dlatego PKOl zaproponował jej dołączenie do programu Mama Olimpijka. Sportsmenki miały dostać 50 tys. złotych dofinansowania, by mogły trenować jako młode matki. Program tak zachwalał wtedy prezes Komitetu, Radosław Piesiewicz. Bardzo prosty wniosek się składa i wtedy są wypłacone na konto założone przez panie w Zondacrypto. Pani Julia tokeny na konto Zondacrypto otrzymała. Ale - jak tysiące klientów Zondacrypto - nie mogła ich wypłacić. Przyszedł PIT, że trzeba zapłacić 16 tysięcy podatku. PKOl w krótkim oświadczeniu tłumaczy, że zwrócił pieniądze za podatek, ale nie dostał dokumentów o wejściu w drugi próg podatkowy - co znaczy, że zobowiązanie jest większe. Zwrócił więc zawodniczce... mniej. Nigdy nie dostałam informacji, jakie dokładnie dokumenty przesłać, aż do poniedziałku, gdy ukazały się wszystkie artykuły. W oświadczeniu rzeczniczka pisze też o bezproblemowych wypłatach z kont Zondacrypto w grudniu. Ale decyzja, kiedy spieniężyć tokeny, miała należeć do samych zawodniczek. Julia chciała je wykorzystać w najważniejszym momencie sezonu - mówi dziennikarz Mateusz Ligęza, który jako pierwszy napisał o sprawie. Czekała, mając z tyłu głowy, że przecież nie powinno być problemu, żeby je wypłacić. I właśnie przeznaczyć na opiekunkę dla dziecka, na przeloty dla swojej pociechy. Mój wizerunek został wykorzystany, także innych mam olimpijek, które były na tej konferencji i promowały program. Miało to za zadanie na pewno ocieplić wizerunek firmy Zondacrypto. Z informacji "19.30" wynika, że obiecanych nagród nadal nie otrzymali też medaliści olimpijscy. To ponad milion złotych od Zondacrypto. Tak umowę sponsorską chwalił prezes PKOl. To jest coś, o czym marzyliśmy. To jest katastrofa etyczna, proceduralna, ale ona nigdy by nie nastąpiła, gdyby nie samowolka prezesa Piesiewicza w podpisywaniu umów. Robert Korzeniowski podpisał się pod wnioskiem o zwołanie walnego zgromadzenia w PKOl, by odwołać prezesa Piesiewicza. To 82 podpisy na 106. Więcej, niż wymaga statut. Złożenie wniosku nie było łatwe, bo członków PKOl nie wpuszczono do sekretariatu Komitetu. Prezes już wcześniej blokował zgromadzenie - słyszymy. Prezes zdaje sobie sprawę, że większość środowiska sportowego, większość członków PKOl byłaby zdecydowana, żeby go odwołać. Radosław Piesiewicz w mediach zapowiadał, że nie tylko nie poda się do dymisji, ale chce walczyć o reelekcję. Uważa, że jest najlepszym prezesem w historii, w odróżnieniu od większości, która uważa, że jest najgorszym prezesem w historii PKOl. PKOl ma 30 dni na zwołanie walnego zgromadzenia. Czerwone światło dla smartfonów w podstawówkach. Rząd przyjął projekt ustawy o zakazie korzystania z telefonów podczas lekcji i przerw. Uchwalenie ustawy będzie oznaczało poważne zmiany już od września. Są także propozycje nowych regulacji dotyczących m.in. skutecznej weryfikacji wieku użytkowników czy szybkiego usuwania szkodliwych treści. To mogą być ostatnie takie chwile na szkolnych korytarzach. Myślę, że trudno byłoby mi funkcjonować bez niego. Jestem przyzwyczajona, że jest ciągle obok mnie. Bo z pierwszym dzwonkiem nowego roku szkolnego w podstawówkach telefony trafią pod klucz. Do uczniów wrócą, ale dopiero po lekcjach. Ciężko prawie każdemu jest rozstać się z telefonem, bo jest dla każdego ważny. Jest częścią mojego życia. A takie stwierdzenia to alarm dla rządu. Według danych resortu edukacji blisko 3/4 uczniów jest uzależnionych od telefonu. W dużej mierze sprzęty przechwyciły władzę nad naszymi pociechami. Stąd zmiana, a raczej zakaz. Rodzice i nauczyciele solidarnie powinni mieć takie narzędzie prawa w postaci przepisu. Po prostu jest zakaz. Z tymi nielicznymi wyjątkami. Dokładnie trzema, dotyczącymi zdrowia, bezpieczeństwa i sytuacji, kiedy nauczyciel zdecyduje o korzystaniu z telefonów podczas zajęć. Młody człowiek będzie uczyć się z telefonem z dala od ręki. Będzie miał przestrzeń do higieny cyfrowej. Ograniczenia już obowiązują w połowie polskich szkół. W każdej ten sam wniosek. Dzieci są bardziej skoncentrowane, nawiązują relacje na przerwach, bo nie korzystają z telefonu. Są bardziej spokojne, nie ma tyle konfliktów. Ale rozwiązanie budzi sprzeciw młodzieży. Bo choć 3/4 dorosłych jest za zakazem, to zdaniem Akcji Uczniowskiej nikt nie zapytał o zdanie samych zainteresowanych. Jesteśmy na nie, jeśli chodzi o zakaz od 1 września. Jeśli chodzi o zakaz np. za rok, po zobaczeniu, jak już młodzi ludzie będą edukowani, wtedy już jesteśmy gotowi, skłonni do rozmów. Bo telefon w rękach dziecka nie jest niczym złym. Największym zagrożeniem jest brak czujności i kontroli rodziców tego, co dziecko ogląda w sieci. Smartfon to nie tylko media społecznościowe. Dla wielu dzieci to kontakt z pornografią. Często już w 10. roku życia. My mówimy: czas na weryfikację wieku, którą ma przeprowadzić platforma skutecznie. Inaczej kara, nawet milion złotych. Do tego usuwanie nielegalnych treści, bo stawką jest zdrowie dzieci. Sprzedawcy tego typu treści będą robić wszystko, żeby to dotarło do dzieci, i żeby było jak najbardziej oglądane, bo to się potem sprzedaje. Bo problem nie zaczyna się w telefonie, tylko po jego odblokowaniu. Wyszedł na peron, by pomóc wnieść wózek z dzieckiem. Nagle pociąg ruszył, a 17-latek w wypadku stracił obie nogi. Do dramatycznego zdarzenia doszło w lutym na przystanku kolejowym w Woli Bierwieckiej koło Radomia. Prokuratura próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak mogło dojść do takiej tragedii, i choć śledztwo trwa, to już wiadomo o wielu nieprawidłowościach. Był miłośnikiem kolei i wiązał z nią przyszłość. Mimo poważnego wypadku planów nie zmienia. Planuję nada się rozwijać w tym kierunku. Planuję studiować i pracować na kolei. W wypadku stracił obie nogi i część dłoni. Dramat rozegrał się w lutym na stacji w Woli Bierwieckiej. Nastolatek pomógł kobiecie wynieść wózek z pociągu. Gdy wsiadał do składu, drzwi zaczęły się zamykać, Przyciśnięty nimi nastolatek wpadł pod ruszający skład. Przez dłuższy czas pozostawał w stanie skrajnie krytycznym. Lekarze też nie dawali Dominikowi większych szans. Ale nie poddał się. Od miesięcy przechodzi rehabilitację i ma w tym wsparcie rodziców. Jestem dumna z syna, że jest taki silny, waleczny. Daje z siebie wszystko. Że jesteśmy teraz tu i w tym miejscu. Urząd Transportu Kolejowego po wypadku, w którym ucierpiał Dominik, skontrolował poziom bezpieczeństwa w całych Kolejach Mazowieckich. Efekt tej kontroli to raport, w którym wskazano 24 uchybienia. Wykazano takie nieprawidłowości jak nieprawidłową obserwację przez kierownika pociągu, nieprawidłową obserwację przez maszynistę za pomocą kamer zewnętrznych czy nieprzepisową komunikację radiową. To właśnie te trzy elementy zawiodły w Woli Bierwieckiej. W sprawie Kolei Mazowieckich trwa teraz postępowanie administracyjne dotyczące naruszenia przepisów bezpieczeństwa. Po zakończeniu tego postępowania przez UTK zdecyduje o podjęciu ewentualnych dalszych kroków. Dalsze kroki planuje również Prokuratura Okręgowa w Radomiu, która mówi o zarzutach. W przyszłym tygodniu postępowanie przygotowawcze będzie wprowadzone w fazę ad personam. W zależności od tego będą wykonane czynności z osobą podejrzaną. Bo w wypadku Dominika zawiodły nie tylko procedury, ale i ludzie. Od jutra jazda tylko w kasku. Obowiązek obejmie dzieci i młodzież do 16. roku życia poruszające się rowerem, hulajnogą oraz innymi urządzeniami transportu osobistego, takimi jak elektryczne deskorolki czy monocykle. Za brak kasku będzie groził mandat do 100 zł. Zapłacą go opiekunowie dziecka. Policja apeluje do rodziców i opiekunów o dobry przykład oraz zwracanie uwagi na sposób, w jaki ich dzieci korzystają z rowerów i innych środków transportu. Odpowiedni kask to nie tylko sposób na uniknięcie mandatu, ale przede wszystkim skuteczna ochrona, która może uratować zdrowie oraz życie. "Chorowanie to wciąż życie, które można wypełnić sensem" - powtarzał ksiądz Jan Kaczkowski, który założył puckie hospicjum, a ci, którzy dziś w nim pracują, podkreślają, że w chorobie język ma moc. "Właściwe słowa" to kampania, która ma nam uświadomić, że hospicjum to nie umieralnia, że tam nie porzucamy, tylko wspieramy, i że dla pacjenta to nie ostatnia, a dobra droga. Nie spałem w domu, nie jadłem. Jerzy Wójcik przyznaje, że bardzo bał się hospicjum. Okazało się, że dzięki odpowiednio dobranym lekom w końcu przestał cierpieć. Bóle zostały uśmierzone, leki działają. No i empatia, podejście personelu jest bardzo eleganckie. Zofia Kondracka zmaga się z nowotworem. Choroba powoli odbiera jej siły, ale dzięki troskliwej opiece łatwiej znieść codzienne dolegliwości. Bóg chyba ich tu zesłał do tej pracy. Jest bardzo dobrze. Jednym z takich aniołów tu w Makówce jest pani Paulina. Nie wiadomo, co nas czeka w przyszłości, a my staramy się im dać dużo miłości, radości, tego, co najbardziej potrzebują. Jestem z tymi ludźmi po prostu. Marcin Kołodziej, który od 15 lat wspiera ciężko chore osoby, podkreśla, że słowo "hospicjum" wciąż niesłusznie budzi negatywne skojarzenia. Hospicjum nadal w naszym społeczeństwie budzi lęk, a to jest miejsce opieki, nie umierania, które funkcjonuje w społeczeństwie. Dlatego puckie hospicjum rozpoczęło kampanię, która ma zmienić sposób myślenia i mówienia o hospicjach. Brakuje nam języka, który by budował, takie wypowiedzi, które by zdejmowały z ramion ciężar. Myślę nie tylko o osobach chorych, ale też o ich bliskich. Żebyśmy zaczęli mówić w sposób taki, że przekazujemy do opieki, szukamy opieki, szukamy wsparcia. Danuta Świtała przyznaje, że dopiero podczas choroby męża zrozumiała, że proszenie o pomoc nie jest wyrazem słabości. W tym hospicjum mój mąż cztery lata temu odszedł. Teraz sama została wolontariuszką. To chyba była najlepsza rzecz w tej chorobie, bo ja bym w życiu nie dała rady opiekować się mężem tak, jak tu został zaopiekowany. Gdy mówimy o oddaniu, podświadomie myślimy o porzuceniu, co rodzi lęk i poczucie winy. Zmiana języka na taki, który mówi o powierzeniu opieki, Oddać można rzecz. Jeżeli kogoś traktujemy jak rzecz, to czuje się on uprzedmiotowiony, ubezwłasnowolniony. Nie oddajesz bliskiej osoby. Zapraszasz wsparcie. Nie rezygnujesz z miłości. Dzielisz się troską. Słowa mogą budzić lęk, ale mogą też dawać nadzieję, a jej najbardziej potrzeba w takich miejscach, przyznaje Mariusz Kościuszko. Jestem codziennie. Trzy lata sam opiekował się żoną, ale jej stan pogorszył się na tyle, że postanowił skorzystać ze wsparcia hospicjum. Rozmawialiśmy: "Kochanie, już nie jestem ci w stanie zapewnić opieki w domu". I odpowiedziała: "Jeżeli trzeba, to tak". Za nami pierwsza noc obowiązywania prohibicji w Warszawie. Zakaz sprzedaży alkoholu obowiązuje od godziny 22.00 do 6.00 rano i wciąż budzi ogromne emocje, także daleko poza stolicą. A jak się w niej sprawdza? Najpierw polityczna burza i dymisje na najwyższych stanowiskach, potem pilotażowy program, który objął dwie stołeczne dzielnice i okazał się być sukcesem - tak można opisać wprowadzenie nocnej prohibicji w stolicy w dużym skrócie. Uchwalone ostatecznie przez radę miasta przepisy wczoraj weszły w życie. Walczyliśmy prawie 2 lata o to. Cieszę się, że wreszcie wszyscy warszawiacy będą mogli cieszyć się nocnym zakazem sprzedaży alkoholu. Raporty z Pragi Północ i Śródmieścia, gdzie zakaz wprowadzono wcześniej, pokazują, że nocna prohibicja znacznie poprawiła bezpieczeństwo, a dyrektorzy SOR-ów odnotowali mniej zgłoszeń na oddziały ratunkowe. Te informacje są obiecujące. One ilustrują w dobrym kierunku idący trend. Rząd nie wyklucza dalszych zmian w prawie obejmujących cały kraj. Ograniczenie nie tylko sprzedaży alkoholu, ale także kwestii związanych z reklamami, ze sprzedażą na stacjach benzynowych, jest w naszym wspólnym interesie, także w interesie najmłodszych. Przedsiębiorcy, którzy złamią zakaz sprzedaży alkoholu między 22.00 a 6.00 rano, muszą liczyć się z grzywną w wysokości nawet kilku tysięcy złotych. Grozi im też utrata koncesji na sprzedaż alkoholu nawet na 3 lata. Celem było poszukiwanie gazu łupkowego - skarbem okazało się złoto północy. Kopalnie bursztynowe na Lubelszczyźnie to prawdziwe zagłębie, ale potencjał jest podobno obiecujący. Lubelski bursztyn jest jasny, bardziej krystaliczny niż ten z Bałtyku, ale niezmiennie to nasz skarb narodowy. 20 metrów pod ziemią gruba warstwa piachu kryje prawdziwy skarb. Skarb, który dotąd kojarzył się nam z Bałtykiem. Myśmy się spodziewali już od lat, że tutaj mogą być złoża, bo tutaj występują utwory bursztynonośne - eoceńskie. Odkryto je przypadkiem, podczas poszukiwań gazu łupkowego. Gdy do pracy ruszył ciężki sprzęt, wielkość złóż zaskoczyła nawet specjalistów. I całkowicie zmienia mapę Polski. Prawie 99% polskich złóż bursztynu mieści się na Lubelszczyźnie. A miejscowość Niedźwiada to prawdziwe zagłębie. Zaledwie 40 minut drogi od Lublina pracuje aż 5 bursztynowych kopalni. Jesteśmy na razie na początku. Mamy 27 hektarów koncesji obszaru górniczego. To na Lubelszczyźnie w 2020 powstała pierwsza w Europie kopalnia przemysłowa. Koncesji wydobywczych przybywa, a skala robi wrażenie nawet na doświadczonych górnikach. Są w tej chwili większe niż nad morzem. My mamy już udokumentowanych złóż 11 sztuk. Bo złoża na Lubelszczyźnie specjaliści szacują nawet na 20 tysięcy ton bursztynu. Fenomen lubelskiego bursztynu polega na tym, że on nie znajduje się ani w piachu, ani w torfie. Znajduje się w glaukonicie, czyli jednym z najbardziej cennych minerałów. I to dlatego lubelski bursztyn ma miodowy kolor. Jest jaśniejszy niż ten ukraiński i bardziej krystaliczny niż ten z polskiego morza. Tak wygląda rzadki bursztyn z Lubelszczyzny już po obróbce. Różne kształty, wymiary i odcienie. Zdarzają się też inkluzje, czyli okazy zatopione w żywicy. Żeśmy znaleźli mrówki, nawet podwójne, znaleźliśmy muchę, pająki, muchówki. To mieszkańcy bujnych nadmorskich lasów, którymi przed milionami lat była pokryta dzisiejsza Lubelszczyzna. Dziś dla jubilerów to nie lada gratka. Taki bursztyn to kilka tysięcy, nawet do kilkudziesięciu tysięcy, jeżeli są zatopione rzadkie okazy, za kilogram. A będzie ich więcej, bo bursztynowa gorączka dopiero się rozkręca. Już za chwilę "Pytanie dnia" - gościem Doroty Wysockiej-Schnepf będzie prof. Radosław Markowski. Spokojnego wieczoru, do zobaczenia.