Dwa miesiące aresztu dla Janusza Palikota. Może wyjść z aresztu, jak wpłaci milion złotych. Cięcia w budżecie. Oszczędności pójdą na pomoc powodzianom. Górnik Zabrze na sprzedaż. Ponad miliard złotych przychodu klubów Ekstraklasy. Albo 2 miesiące w areszcie, albo milion złotych kaucji. To decyzja sądu we Wrocławiu w sprawie Janusza Palikota. Zanim zapadła, jego obrońca mecenas Jacek Dubois zarzucił organom ścigania praktyki rodem z czasów ministra Ziobry, łamanie adwokackiej tajemnicy i praw człowieka. Zapowiada skargę do prokuratury na działania CBA. Jeśli Janusz Palikot wpłaci pieniądze do końca miesiąca, może wyjść z aresztu. Mam nadzieję, że Janusz Palikot trafi do domu, tam gdzie naszym zdaniem jako obrońców powinien być przy stosowaniu prawa, bo nie ma potrzeby jego izolacji. Prokuratura domagała się 3 miesięcy aresztu, bo jak czytamy w komunikacie sądu, materiał dowodowy wskazuje na duże prawdopodobieństwo popełnienia zarzucanych czynów. Jednocześnie zachodzi obawa matactwa, krycia się czy też ucieczki w związku z zagrożeniem surową karą pozbawienia wolności. Powinien to być areszt tymczasowy, który pozwoli na sprawne prowadzenie tego postępowania. Kiedy Janusz Palikot wyjdzie na wolność, nie jest przesądzone. Prokuratura ma jeszcze jedno narzędzie, żeby zatrzymać go w areszcie. Tymczasowe aresztowanie w tej sytuacji zostaje uchylone z chwilą, kiedy wpłynie poręczenie majątkowe, to następnie prokurator może złożyć zażalenie i do czasu rozpoznania tego zażalenia taka osoba pozostaje w areszcie. Obrońcy Janusza Palikota zarzucili wcześniej prokuratorowi i CBA złamanie tajemnicy adwokackiej. Jednym z dowodów przedstawionych w sprawie miały być SMS-y, które biznesmen wymienił ze swoim prawnikiem Jackiem Dubois. W poniedziałek złożymy zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy CBA i prokuratora prokuratury krajowej dot. art 266 KK i 231, to jest zdradzenie tajemnicy i przekroczenie uprawnień. Przeprowadzono oględziny telefonu podejrzanego. Z kim były prowadzone te rozmowy, to na ten czas pan Dubois nie był obrońcą pana Janusza Palikota. Janusz Palikot został zatrzymany w czwartek rano w Lublinie. W piątek wieczorem usłyszał 8 zarzutów dotyczących oszustwa i przywłaszczenia mienia. Prawie 5000 osób mogło w sumie stracić blisko 70 mln zł. Polećmy razem śmigłowcem nad Manhattanem. Tym, którzy zainwestowali w inną spółkę Palikota, komplikuje fakt, że został złożony wniosek o ogłoszenie jej upadłości. Pytanie, czy osoby, które powierzyły swoje pieniądze Palikotowi, są w stanie je odzyskać. Likwidacja majątku będzie celem tej likwidacji i to zaspokojenie może przybrać niski stopień zaspokojenia w granicach 10-20%. Janusz Palikot nie przyznaje się do zarzuconych mu czynów, za które może mu grozić do 20 lat więzienia. Rzeki już w korytach, ale wokół krajobraz jak po wojnie. Są miejsca, gdzie nawet nie chce się liczyć powodziowych strat. Ale liczby są, kwoty rosną, a na końcu ktoś musi opowiedzieć, za co podniesie z błota i ruin miasta, wsie i ludzkie życiorysy. Państwo musi to udźwignąć, więc szuka pieniędzy i znajduje, ale oszczędności nie wszędzie budzą entuzjazm. Co widać z gabinetów, a co z pękniętych wałów? Tak wygląda piwnica w domu rodziny Pałaszów w Osiecznicy w Lubuskiem. Dotąd wody tu jest jeszcze. Choć najgorsze już za nimi. To zdjęcia sprzed półtora tygodnia, kiedy Osiecznicę zalała Odra. Tutaj była tak woda. Mieszkańcy nie tylko pobliskich wsi, ale i wszystkich terenów dotkniętych powodzią liczą straty. Straty są ogromne, jak widać. Okres zimowy, nie da rady tak bardzo osuszać teraz, bo już nie ma temperatur ciepłych. Dlatego działać trzeba szybko. Od tygodnia pełnomocnik rządu ds. odbudowy jeździ po zniszczonych przez żywioł miejscach. Jesteśmy na etapie szacowania strat. Na etapie oceny, które budynki są w jakim stanie fizycznym. Od tego szacowania będzie zależało, jakie będą te priorytety. Ale na te priorytety trzeba mieć pieniądze. Rząd szuka oszczędności, bo przyszłoroczny budżet z gumy nie jest i trzeba z czegoś zrezygnować. Konkretne propozycje padły tydzień temu. Wokół tych świętych krów też narosło wiele emocji. Premier mówił o instytucjach, które same opracowują swoje roczne budżety i automatycznie są wpisywane w projekt ustawy budżetowej. Zmniejszyć kwoty może tylko parlament. Rząd chce, aby to stało się z instytucjami, gdzie zasiadają osoby powiązane z PiS. Sama Kancelaria Prezydenta miałaby dostać w przyszłym roku o 26 mln mniej. Jak pokazują dane, jej budżet od kilku lat szedł w górę. Tylko w tym roku Kancelaria Prezydenta kosztowała nas ponad 310 mln zł. To o 143 więcej, od kiedy Andrzej Duda zasiadł w Pałacu Prezydenckim. Nadmierne rozbuchanie Kancelarii Prezydenta jest czymś, co kole w oczy, szczególnie w sytuacji, gdzie są ludzie, którzy potrzebują pomocy. Plany dotyczące cięć dziwnie dotyczą Kancelarii Prezydenta, TK, KRRiT, Sądu Najwyższego. Jaki to klucz doboru tych instytucji? Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji miałaby w portfelu mniej o 55 mln zł, a Sąd Najwyższy - o 25 mln. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś musiałby szukać oszczędności, to wpierw Donald Tusk powinien zerknąć w kieszenie swoich polityków. Zmian w swoim budżecie może też się doczekać Instytut Pamięci Narodowej. Jego budżet od wygrania wyborów przez Zjednoczoną Prawicę wzrósł o prawie 400 mln zł. Kierownictwo IPN nie rozumie propozycji obniżenia budżetu o 56 mln, bo jak mówi nam rzecznik instytucji, sami zrezygnowali z części swoich zadań, aby przekazać pieniądze powodzianom. Trudno jest nam pogodzić się z argumentacją, która nie opiera się na żadnych faktach, że nasz budżet ma być pomniejszony. Łącznie budżety wspomnianych instytucji mogą zostać zmniejszone o 200 mln zł. Zasadnym byłoby, gdyby te środki były przekazane na pomoc ofiarom poszkodowanym w trakcie powodzi. Coraz bardziej pewna jest też nowelizacja tegorocznego budżetu. "Koalicja to nie Alicja z Krainy Czarów. Koalicja to współpraca". Tak Szymon Hołownia rozpoczął konwencję Polski 2050. Nie odpuścimy składki zdrowotnej, nie odpuścimy programu mieszkaniowego. Nie jest tak, że koalicjanci dyskutują, a na końcu realizuje się plan tylko jednego z nich. Czy polityczne obietnice sprzed wyborów brzmią tak samo rok po wyborach? Polska 2050 świętuje rok od zwycięskich wyborów i bije się w piersi. My musimy dzisiaj przeprosić tych wszystkich, którym nie dowieźliśmy tej nadziei. Wśród osób, do których marszałek Sejmu kieruje te słowa, Sylwia Ferman, właścicielka restauracji w Warszawie, która wciąż czeka na zmiany w naliczaniu składki zdrowotnej. Dołożono nam 9%. To efekt Polskiego Ładu wprowadzonego przez rząd PiS. Nowe obciążenia dla wielu przedsiębiorców okazały się nie do udźwignięcia. Z tytułu składki zdrowotnej rocznie oddają do budżetu państwa o 7 mld zł więcej. Przed wyborami zostały nam złożone pewne obietnice, nasza sytuacja finansowa miała się poprawić, Bo choć wprowadzenie korzystnych i czytelnych zasad naliczania składki zdrowotnej było zapisane w umowie koalicyjnej, to każde z rządzących ugrupowań rozumie to inaczej. Będę przekonywał do tego, aby iść dalej z naszą ustawą, okrojoną w formule takiej, która byłaby akceptowalna budżetowo. Przypomnę, że minister Domański obiecał nam 4 mld zł na składkę zdrowotną w 2025. I to się nie zmieniło po powodzi? Nic mi o tym nie wiadomo. Kompromis, który na stół kładzie Polska 2050, to wprowadzenie zmian od połowy przyszłego roku i ograniczenie ich do przedsiębiorców. Lewica mówi "nie". Żadnej obniżki składki zdrowotnej. Służba zdrowia jest jedną z najważniejszych rzeczy dla każdego. Lewica zgadza się tylko na jedno - by nie płacić składki zdrowotnej od sprzedaży firmowych środków trwałych takich jak samochody czy komputery. Według pozostałych koalicjantów, ale także przedsiębiorców to zdecydowanie za mało. Koalicja 15 października to nie jest miejsce, gdzie wszyscy się naradzają, dyskutują, a potem i tak zwycięża program Lewicy. Koalicja 15 października to czasami bardzo trudne rozmowy, bo to jest koalicja, a nie Alicja z Krainy Czarów. Te trudne rozmowy mają dotyczyć też spółek skarbu państwa. Po doniesieniach Onetu o tym, że 13 nowych dyrektorów regionalnych w Totalizatorze Sportowym jest powiązanych z koalicją rządzącą, Ministerstwo Aktywów Państwowych zapowiedziało kontrolę. Politycy mówią o konieczności wprowadzenia rozwiązaniach prawnych. Przecież położyliśmy ustawę. Chodzi o projekt Polski 2050, który zakłada, że w radach nadzorczych spółek skarbu państwa mogą zasiadać tylko osoby, które przez ostatnie 5 lat nie były związane z polityką. Standardy - tak, mówi Koalicja Obywatelska, ale nie w takiej formie. To muszą być również przepisy, które są zgodne z konstytucją. Konstytucja gwarantuje równy dostęp do stanowisk, więc nie można kogoś wykluczać tylko dlatego, że był radnym 5 lat temu. Lewica w tej sprawie decyzji jeszcze nie podjęła. Dziś zapowiedziała porządki wewnątrz sejmowego klubu i postawiła partii Razem ultimatum - albo będzie głosować za projektem budżetu na przyszły rok, albo ich drogi się rozejdą. To jest "19.30" w sobotę. Powiemy dziś jeszcze, jaki pieniądz krąży w polskiej piłce, a także o tym, że... Będą kary za palenie gumy. Same kary nie wystarczą, żeby kogokolwiek uratować. Samochód jest tak jak broń, to jest równoznaczne. Wrzesień bez węgla. To jest moment przełomowy. W ciągu 10 lat węgiel przejdzie w Polsce do lamusa. Węgiel będzie w Polsce numerem jeden jeszcze długo. Policja pod nadzorem prokuratury przeszukała siedzibę sosnowieckiej kurii. To pokłosie zatrzymania dwóch księży z sosnowieckiej diecezji, którym postawiono zarzuty przestępstw pedofilskich. Komunikat kurii mówi o pełnej współpracy ze służbami. Śledczy zabezpieczyli dane i nośniki danych. Jeszcze rok temu pani Elżbieta z rodziną spowiadała się w tym kościele. Teraz brama dla niej jest już zamknięta. Wnuczkowie uczęszczali zawsze do kościoła na mszę świętą, a teraz powiedzieli: "Komu mamy się spowiadać?". Kuria Diecezjalna w Sosnowcu nadal na celowniku. Śledczy pod nadzorem prokuratury przeprowadzili przeszukania w Biurze Delegata ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży oraz w Diecezjalnym Centrum Służby Rodzinie i Życiu. Kuria kolejny raz odmówiła komentarza przed kamerą. Wydano za to oświadczenie, które potwierdza działania służb. Przeszukania mają związek z ostatnimi zatrzymaniami. Chodzi o dwóch duchownych podejrzewanych o pedofilię. Prokuratura postawiła im 11 zarzutów. Zatrzymany został również były ksiądz, któremu zarzuca się oszustwa. Karać tak jak się cywili kara. To by było najrozsądniejsze. Nie byłoby tego. Jednym z nich jest 63-letni Jacek K., proboszcz małopolskiej parafii w Mostku. Mężczyzna trafił już do aresztu. Słyszało się coś, że pisał do 12-latek w godzinach wieczornych: "Cześć, jak się masz?". Nawet jedna z dziewczyn mówiła, że nie będzie czytać w kościele, półki ten ksiądz będzie. Lista grzechów diecezji jest długa - morderstwo, samobójstwo, seksimpreza, narkotyki. W rolach głównych księża. Prowadzone przez prokuraturę śledztwo jest powiązane z zabójstwem diakona. To są takie skandale, które się za diecezją sosnowiecką ciągną, sięgają dalekiej przeszłości. Pamiętajmy, że tam była swego czasu afera homoseksualna w seminarium duchownym. Niektórzy mówili, że jest to diecezja do zaorania. Po tych wydarzeniach biskup Kaszak zrezygnował. Papież Franciszek administratorem diecezji mianował metropolitę katowickiego arcybiskupa Galbasa. Sytuacja w diecezji sosnowieckiej wyróżnia się skalą degrengolady moralnej, tego, co tam się wydarza, nawet na tle innych diecezji rzymskokatolickich w Polsce, ale to, do czego doprowadził poprzedni biskup diecezji sosnowieckiej Kaszak, jest ewenementem. Palenie gumy i wyścigi z kreski. Wtajemniczeni znają te terminy, a niewtajemniczeni muszą im schodzić z drogi, nawet jeśli jest ekspresowa, bo nocni rajdowcy i drifterzy mają swoje zwyczaje. Mistrzowie prostej to na ogół kiepscy kierowcy, za to auta mają mocne, a wyobraźnię słabą i poczucie bezkarności, bo na razie policja może im wlepić mandat, ale to się wkrótce może zmienić. Widowiskowe, ale niebezpieczne. Miejskie ulice często stają się areną nielegalnych wyścigów. Jedyna kara dla takich rajdowców? Mandat. Ale to ma się zmienić. Jest kilka rozwiązań odnoszących się do zmian w przepisach dotyczących ruchu drogowego. Policja i przedstawiciele trzech ministerstw wspólnie wypracowali propozycje, które mają zniechęcić do urządzania ulicznych rajdów. Ich organizowanie ma być przestępstwem, podobnie jak uczestnictwo. Przestępstwem miałoby być też tzw. driftowanie samochodem czy jazda motocyklem na jednym kole po drogach publicznych. To są przecież działania, które w sposób bardzo poważny zagrażają bezpieczeństwu na polskich drogach. W tej chwili nie ma właściwej reakcji. Rekomendacja w sprawie konkretnych kar ma być gotowa za kilka tygodni. Już teraz jest za to propozycja kary, która mogłaby spotkać kierowcę tego samochodu. Trasą S7 koło Grójca jechał 212 km/h - o prawie 100 za szybko. Samochód jest jak broń. To jest równoznaczne. Za przekroczenie prędkości o więcej niż 50 km/h ma być zatrzymywane prawo jazdy wszędzie. Teraz jest tak tylko w terenie zabudowanym. Na liście zmian też ograniczenie możliwości zmniejszenia sobie liczby punktów karnych. To ma być odpowiedź na te czarne statystyki. Rok do roku jest więcej wypadków, a w nich więcej zabitych i rannych. Jednak żeby ukarać, trzeba najpierw złapać. W policji jest ponad 14 tys. wakatów. Braki kadrowe są też w drogówce. Dziś możemy pajacować, jeździć na zderzaku, jeździć na obszarze zabudowanym z prędkością 200 km/h i pies z kulawą nogą tym się nie zainteresuje. Odbudowujemy liczebność policji. To nie jest proces bardzo szybki. Ale łapanie piratów drogowych to też urządzenia. Prezydent Warszawy chce, by fotoradary ponownie trafiły w ręce samorządów. Kilka lat temu wytykano, że to dla nich maszynki do zarabiania pieniędzy, i przekazano je Inspekcji Transportu Drogowego. My moglibyśmy wziąć pieniądze tylko za operowanie tym systemem, a resztę pieniędzy oddawać do ministerstwa, tak żeby powstał fundusz, z którego można by zwiększać bezpieczeństwo na drogach. Na drogach krajowych jak najbardziej CANARD, natomiast na drogach samorządowych, chociażby na takich uliczkach jak tutaj, powinny te uprawnienia otrzymać samorządy. W tej sprawie jednak nie ma porozumienia wewnątrz koalicji rządowej. Na Bałkanach lunęło tak, że powodziowa woda w Bośni i Hercegowinie zabiła 22 osoby, a o 40 nikt nic nie wie. Zalane są całe miejscowości. Znalazły się pod wodą czasem w kilkanaście minut. Wystąpiły osunięcia ziemi. Powódź też w Chorwacji, Macedonii, Bośni, Czarnogórze. Wielka woda dotarła na Bałkany. Mój brat zginął razem z naszą siostrą i moją synową. Wszyscy zginęli. Został mi tylko syn. Alka straciła nie tylko bliskich ludzi. Żywioł odebrał jej także dom. Kobieta mieszka w Jablanicy na południu Bośni i Hercegowiny. Woda wyrzuciła tam w stronę zabudowań kilka tysięcy ton kamieni z pobliskiego kamieniołomu. Usłyszałam potężny huk, jakby wszystkie wzgórza zwróciły się w naszą stronę. Słyszałam też krzyki przez kilka minut. Potem wszystko ucichło. Pomyślałam, że wszyscy tam są martwi. We wsi Zlate zginęła kobieta w ciąży - spadło na nią drzewo wywrócone przez masę wody. W innej miejscowości matka zginęła, ratując swoje dziecko. Rodziny ponad 40 zaginionych czekają na jakiekolwiek wieści o ich losie. Nasze jednostki ratownictwa wodnego są już na miejscu, przeprowadzają ewakuację i poszukiwania. Wiele wsi woda dosłownie zmiotła z powierzchni ziemi. Ratownicy, żołnierze i wolontariusze robią wszystko, by ocalić życie i dobytek. Pomagają nie tylko rodacy. Chorwacja, choć sama boryka się ze skutkami powodzi, wysyła do Bośni i Hercegowiny swoich ratowników. W środku mamy 20 cm wody. Woda nadchodzi ze wszystkich stron. Nie wiadomo, jak się bronić. Ale ten mieszkaniec Rijeki może mówić o szczęściu. Do jego miasta dociera pomoc. Wiele innych miejscowości w północnej Chorwacji jest jednak odciętych od świata. Chorwaccy meteorolodzy z niepokojem patrzą na poziomy wody w rzekach. W Zagrzebiu Sawa już wylała, na nadejście żywiołu przygotowują się mieszkańcy miejscowości położonych wzdłuż rzeki Kupa i Dobra. Walczymy z tym co roku. Każdej wiosny i zimy patrzymy w niebo, zastanawiając się, co stanie się z rzeką Dobrą. Mieszkańcy przenoszą wartościowe rzeczy na wyższe kondygnacje, gromadzą zapasy wody pitnej. Władze proszą o wyłączenie głównych źródeł prądu, gazu i wody. Wszystkie rzeki są monitorowane i jeśli gdziekolwiek zidentyfikujemy taką potrzebę, podejmiemy wszelkie środki w celu ochrony mienia obywateli. Nawet gdy wody opadną, mieszkańcy zalanych terenów nie odetchną z ulgą. Remonty zniszczonych domów potrwają kilka miesięcy. A nadchodzi zima. Rekordowy wrzesień dla polskiej energetyki. To pierwszy miesiąc w historii, kiedy mniej niż połowa prądu w Polsce pochodzi z węgla, a odnawialne źródła energii notują rekordowy wzrost. To dobry prognostyk dla koniecznych, ale niełatwych zmian. To był wyjątkowo wietrzny wrzesień i symboliczny dla polskiej energetyki. To był rekord i najniższy udział węgla w zaspokojeniu bilansu energetycznego kraju. Węgiel kamienny i brunatny w sumie dał nam 48% energii elektrycznej. Najwięcej, ponad 1/3, wyprodukowano z odnawialnych źródeł. 1/5 uzyskano z biomasy, prawie 1/3 z fotowoltaiki i niemal połowę z elektrowni wiatrowych. Te wyniki bardzo cieszą Ministerstwo Klimatu. Resort zapowiada, że będzie wspierał odnawialne źródła energii. A konkretny plan ma się znaleźć w najbliższych dniach w krajowym planie na rzecz energii. Dzięki temu procesowi możemy obniżyć ceny produkcji energii o 13% co najmniej do 2030 roku i o 30% do 2040 roku. Niektórym już dziś udaje się zaoszczędzić. Ta spółdzielnia mieszkaniowa ze Szczecina 8 lat temu zainwestowała w energię ze słońca. Od tego czasu opłaty za prąd spadają. To nie są tylko teorie, to jest prawda. W tej chwili łącznie spółdzielnia o ponad 500 tys. zł mniej płaci za energię elektryczną części wspólnych, klatek schodowych, zasilania dźwigów. Węgiel będzie numerem jeden jeszcze długo, dopóki nie zostaną zbudowane elektrownie jądrowe, a to, czy zostaną, to melodia dalekiej przyszłości. Chodzi to, że odnawialne źródła nie zapewniają stabilności. Potrzebujemy też mocy, możliwości tego, gdy nie świeci i nie wieje, żeby móc dostarczyć energię do odbiorców, bo każdy z nas jej potrzebuje, nawet wtedy, gdy nie wieje i nie świeci. Potrzebujemy też bardziej wydajnych i stabilnych magazynów energii, zdolnych do jej przechowywania przez wiele godzin. Transformacja energetyczna ma miejsce i będzie miała miejsce, ale nie da się pewnych relacji przestawić na zasadzie zwrotnicy kolejowej. Resort klimatu zapewnia, że pracy nikt nie straci. Każdą jedną górniczkę, górnika będziemy potrzebowali do tego procesu, łącznie z ich rodzinami i przyjaciółmi. Będzie nam w tym procesie najbardziej brakowało ludzi, fachowców, a górnicy to są fachowcy od energetyki. Kilka dni temu w Wielkiej Brytanii zamknięta została ostatnia elektrownia węglowa. W Polsce prawdopodobnie nastąpi to dopiero w 2035 roku. Musimy jakoś wypełnić lukę po węglu. Jeśli nie zrobią tego OFE, które dadzą nam miejsca pracy w Polsce, to zrobi to drogie, brudne paliwo, importowane, czyli gaz. A to podniesie ceny prądu i uzależnieni Polskę od importu paliw z zagranicy. Górnik Zabrze, klub z prawie 80-letnią tradycją, legenda polskiej piłki nożnej, właśnie idzie na sprzedaż. Władze Zabrza, które mają 80% akcji klubu, chcą je sprzedać w prywatne ręce. Na oferty czekają jeszcze 4 tygodnie. To dobra okazja, żeby przyjrzeć się, jak finansowo radzą sobie polskie kluby piłkarskie. Z dorocznego raportu firmy konsultingowej Grant Thornton wynika, że w ubiegłym sezonie przychody wszystkich klubów Ekstraklasy wyniosły ponad 1 mld 100 mln zł. Największe przychody miała Legia Warszawa - 267 mln. Potem Lech Poznań - ponad 123 mln. Raków Częstochowa - nieco ponad 114 mln. Pogoń Szczecin - blisko 91 mln. Śląsk Wrocław - ponad 68 mln. 14-krotny mistrz Polski. Legendarny Górnik Zabrze idzie na sprzedaż. Na rozwiązanie złej sytuacji finansowej, z którą od lat zmaga się klub, czekają kibice. W prywatyzacji klubu widzą szansę. To musi być. To nie jest tylko potrzeba, ale to musi być. I dla miasta, i dla samego Górnika. Musi ktoś konkretny, miasto nie może być sponsorem. Jakieś plany ze sprzedażami. Dużo się o tym mówi, ale mało się dzieje póki co. Wiele razy było słyszane, że znaleźliśmy jakiegoś kupca, po czym do niczego nie dochodziło. Zabrzański ratusz ma 80% udziałów w klubie i właśnie szuka na nie kupca. Zapraszamy wszystkie chętne podmioty, które z jednej strony są w doskonałej kondycji finansowej, a z drugiej strony kochają piłkę nożną, do tego, żeby zgłosiły się do 4 listopada ze swoimi ofertami. Sytuacja Górnika nie odzwierciedla sytuacji w Ekstraklasie. Przychody klubów grających w minionym sezonie w Ekstraklasie przekroczyły miliard złotych. To łączna suma, jaka wpłynęła do kas 18 najlepszych klubów piłkarskich. Jest o 27% wyższa niż przed rokiem. Najwięcej pieniędzy płynęło za transmisje meczów, a także od sponsorów i z reklam. O ponad połowę rok do roku wzrosła wartość transferów. Rozbudzony rynek transferowy, ponad 50 mln euro w poprzednim sezonie, ale w porównaniu do innych lig to dopiero 24. miejsce, więc tutaj jeszcze szanse na rozwój. Kolejnym zasobnym źródłem były bilety i to wszystko, co kluby sprzedają na stadionach. Polscy kibice mocno wracają po covidzie na mecze. Moda na Ekstraklasę jest dosyć silna. Frekwencja na meczach jest rekordowa. Mecze Ekstraklasy gromadziły na trybunach średnio po 12 tys. kibiców. Absolutnym krezusem w zestawieniu jest stołeczna Legia z przychodami w wysokości 267 mln. One istotnie wzrosły i one, mamy nadzieję, zostaną utrzymane na podobnym poziomie, jak nie wyższym, w tym sezonie. To wszystko zależy też od ostatecznego wyniku sportowego. A ten w minionym sezonie nie szedł w parze z finansowym. Już wielokrotnie w sporcie powtarzało się to zdanie, że pieniądze nie grają. Legia na 1. miejscu w tym zestawieniu przychodów, a przecież w tabeli Ekstraklasy w poprzednim sezonie na miejscu trzecim. Przychody Legii ponad dwukrotnie przekraczają drugiego w tym roku na liście Lecha. Ten klub może się pochwalić 123 milionami. Ekstraklasa jest nieźle opakowana od strony marketingowej. Kluby już nauczyły się sprzedawać siebie, swoją markę. Milionowe wpływy nie leczą wszystkich bolączek. Górnik Zabrze, który ma pójść pod młotek, jest szósty na liście pod względem przychodów. Kto czytał nocą pod kołdrą przy latarce, temu się klimat spodoba. Po raz szósty księgarnie zapraszają na noc do siebie, a w Polsce 180 takich miejsc w 70 miejscowościach. Otwarte do późna, spotkania z autorami, obniżki, rabaty i rosnące przekonanie, że książki można czytać, można ich słuchać albo kolekcjonować, ale ważne, że styl "na bibliofila" ma się coraz lepiej. Wisława Szymborska mówiła, że czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. Tej nocy miłośnicy literatury mogli nie tylko nabyć nowe pozycje, ale również spotkać się z ich autorami czy wziąć udział w turnieju krzyżówkowym. Nic nie zastąpi kontaktu z książką, z papierem, tym bardziej że książki są fantastycznie wydawane w tej chwili. Książka papierowa pachnie. Można zaginać różki, można pisać notatki w niej. W akcji wzięło udział blisko 200 księgarń w całej Polsce. Dla ich właścicieli to również gest solidarności w branży. Książki drożeją, a księgarnie upadają. W ubiegłym roku z mapy Polski zniknęło ich 97. Księgarnia w tzw. realu zupełnie inaczej funkcjonuje niż te internetowe. Można przyjść, dotknąć pozycji, których człowiek się nie spodziewa. I choć ponad połowa Polaków nie sięga po książki, to zgodnie z dorocznym raportem Biblioteki Narodowej udało nam się osiągnąć najlepszy wynik czytelnictwa w Polsce od 10 lat. 43% naszych rodaków przeczytało w zeszłym roku co najmniej jedną książkę. Jest lepiej, szczególnie wśród młodzieży. Książki dawały mi coś innego, niż dawał mi świat wokół mnie, w moim miasteczku. To był alternatywny świat, bez którego nie wyobrażam sobie życia. Coraz chętniej sięgamy też po e-booki i audiobooki. Czytam dużo książek. Z kolei 1/3 internautów słucha podcastów. To rynek, który najlepsze lata ma jeszcze przed sobą. Ale jeden z najpopularniejszych podcastów w Polsce, nagradzanej Justyny Mazur-Kudelskiej, "Piąte: nie zabijaj", nie byłby tak ciekawy, gdyby nie jej pasja do czytania. Pomyślałam, że może bloga dźwiękowego zrobię. Potem okazało się, że to się nazywa podcast. A po pół roku jak okazało się, że to strzał w dziesiątkę. To postanowiłam wykorzystać swoją wiedzę na temat zabójstw, historii kryminalnych. Które poznała, czytając. Bez względu na to, po jaką formę książki sięgamy, ta sprawia, że możemy uciec od nużącej codzienności. W "19.30" to wszystko. Do zobaczenia jutro o tej samej porze.