Dobry wieczór, zapraszam na "19.30". To, co zrobiła, jest niebywałe! Słowa najwyższego uznania za ten sukces. I za emocje, których nam dostarczyła i wspólne kibicowanie, które nas połączyło. Maja Chwalińska jest wicemistrzynią Roland Garros. A nasze oczy nadal skierowane są na Paryż. Czeka tam na państwa Anna Kowalska, która podsumuje tę niezwykłą drogę Mai na szczyt. Czekam z zakończeniem tej przepięknej historii, którą przez trzy tygodnie pisała w Paryżu Maja Chwalińska. Polka jest wicemistrzynią Rolanda Garrosa. W finale silniejsza okazała się 8. rakieta świata Mirra Andriejewa. Rosjanka wygrała to spotkanie zatrzymując tym serię 9 wygranych meczów z rzędu Mai Chwalińskiej w jej debiucie na korcie głównym w Paryżu. Michał Niewodowski obserwował ten finał. Mirra Andriejewa zagrała bez dwóch zdań świetny mecz, czego zabrakło? To był mecz wielkich emocji. Zmierzyły się ze sobą zawodniczki, dla których gra w finale Wielkiego Szlema to nowość. Było czuć stres. To w przypadku Mai jest kluczowe. Ona gra precyzyjny tenis. Tu każde spięcie mięśnia ma znaczenie. Niespełna półtorej godziny potrzebowała Mira Andrejewa, by wygrać finał French open. Dwa przegrane sety 6:3 i 6:2 kończą piękny paryski sen Mai. Tłumy kibiców z Polski, którzy oglądali finał na korcie Philippa Chatrier, są zgodni: Maja jest wielka. Polka również skradła serca kibiców z całego świata. Maja od początku turnieju czarowała na korcie. Grała inteligentnie, zmieniała tempo gry, prowokowała przeciwniczki do błędów. Jej tenis to jest taka odtrutka na ten zero-jedynkowy tenis, polegający na bardzo mocnym serwisie. Zagra skróta, zagra slice'a, do tego dołoży czasem loby i przeciwniczki rozkładają ręce, nie wiedzą, co dalej zrobić. Maja już napisała historię polskiego tenisa. Jest czwartą Polką, która dotarła do finału wielkiego szlema. Iga Świątek ona przecież wygrywała tu dwa lata temu, trzy lata temu w ogóle wygrywała cztery razy, w finale była Agnieszka Radwańska, mieliśmy też finał wielkoszlemowy przed wojną, więc Maja Chwalińska nawiązuje do tych najlepszych polskich tradycji tenisa. Chwalińska w tym sezonie miała plan wejścia do pierwszej setki rankingu WTA, wykonała go ponad normę, awansując o sto miejsc. To przeskok do tenisowej elity. Jak długo nie mogła się do tej pierwszej setki przebić. Ale jak już się przebiła do tej najlepszej setki, to już weszła z drzwiami, z oknami, ze wszystkim, z czym się da. Jej kolejny cel to trawiaste korty Wimbledonu. Polski Związek tenisowy już wystąpił o dziką kartę dla Mai. Teraz piłka jest po stronie Brytyjczyków, wydaje mi się, że nie dając tej dzikiej karty finalistce Roland Garros, popełniliby dość spory błąd i to byłby jakiś PR-owy strzał w kolano. Bo takiej zawodniczce się po prostu nie odmawia. "Paryż na zawsze będzie w moim sercu" - powiedziała Maja, odbierając trofeum, a ty, Maju, w naszych sercach, bo dostarczyłaś nam wiele pięknych emocji. Ale te trzy tygodnie to nie tylko liczby i statystyki. To przede wszystkim piękna historia dziewczyny, która uwierzyła w swoje możliwości i bez jakichkolwiek kompleksów wyeliminowała zawodniczki dużo bardziej utytułowane i doświadczone. Ja tę drogę Mai w Paryżu obserwowałam od początku - spójrzmy, jak wyglądała. Bajka o "polskim kopciuszku w Paryżu" została przerwana dopiero w wielkim finale. Na drodze Mai Chwalińskiej do pucharu stanęła Mirra Andriejewa. Ale Polka talentem, mądrością, uśmiechem i pokorą... To dla mnie wielki moment, jestem wdzięczna. ...oczarowała cały świat. Przydomek "Kopciuszek" nie wziął się znikąd. Maja Chwalińska do finału dotarła po trzech tygodniach pisania historii dosłownie jak z bajki. Nikt jej nie znał, nikt nigdy nie widział, jak gra, nie potrafił wypowiedzieć jej nazwiska, a gra tak piękny tenis. W kwalifikacjach poskromiła francuski Alice Rame, Carole Monnet i Holenderkę Suzan Lamens. W pierwszej rundzie turnieju i pierwszym swoim meczu w drabince głównej na paryskiej mączce sensacyjnie wyeliminowała mistrzynię olimpijską Qinwen Zheng i byłą prowadzącą rankingu deblistek Elise Mertens. W trzeciej rundzie straciła jedynego w tym meczu seta z Marią Sakkari. Później było już tylko z górki. W 1/8 rozgromiła faworytkę gospodarzy, Diane Parry. W ćwierćfinale Rosjankę Annę Kalinską. A w półfinale Dianę Sznajder. Wielkie brawa dla Mai. Zagrała niesamowicie. I sztab Mai raz po raz meldował wykonanie zadania. Myślę, że to tak powoli do mnie dociera. Przeżyliśmy osiem meczów, przeżyjemy jeszcze dwa. Emocje nie opadają. W poprzednich turniejach Rolanda Garrosa Maja Chwalińska trzykrotnie odpadała w kwalifikacjach. Jej tegoroczny sukces eksperci widzą w głowie. Spokój, który widzimy w głowie, jest pokłosiem dużego doświadczenia na niższych poziomach rozrywkowych, plus tego, że poradziła sobie z dużo trudniejszymi przeciwniczkami niż rywalki na korcie, to daje pewnego rodzaju pewność siebie. Tak, pojawił się ogromny entuzjazm, Maja naprawdę zrobiła wielkie wrażenie. Mówi szef międzynarodowej agencji, która reprezentuje Maję. I od kilku dni zalewany jest telefonami od sponsorów i mediów z całego świata. Przed półfinałem i finałem otrzymaliśmy mnóstwo próśb. Ale na razie nie na tym się skupiamy. Najważniejsze, by ochronić teraz Maję i zostawić ją w jej bańce, i żeby szła do przodu. W finale Rolanda Garrosa Maja Chwalińska wygrała milion 400 tysięcy euro. I rzeszę świeżo upieczonych, ale już wiernych kibiców. Jesteśmy z niej dumni. Którzy po tym wyczynie niecierpliwie czekają na kolejne. Cofnęliśmy się już o trzy tygodnie, to teraz cofnijmy się o 12 lat i poznajmy małą Maję, której największym marzeniem jest zagranie na korcie głównym. Właśnie tu w Paryżu. To marzenie Maja właśnie spełniła w ekspresowym tempie, i równie ekspresowo zainspirowała młode pokolenie polskich tenisistek i tenisistów. Jak wyglądała ta droga do finału jednego z najważniejszych turniejów świata? Żeby uprawiać ten sport, trzeba mieć wytrwałość, pracować nad sobą, nie poddawać się. Tak mówiła w jednym pierwszych wywiadów dla telewizji. 12-letnia wówczas Maja wiedziała, że na korcie może spełniać marzenia. Ale droga do marzeń to ciężka praca. Maja jest jeszcze dzieckiem, ale na to dzieciństwo nie ma czasu. Tata górnik-elektryk i mama recepcjonistka od początku wspierali sportową drogę córki. Ma cały plan dnia od 6:00 do 22:00 rozplanowany, od odrabiania lekcji, szkoła, treningi. Urodziła się w Miechowie w Małopolsce, ale rodzina przeprowadziła się do Dąbrowy Górniczej. To tu 7-letnia Maja po raz pierwszy stanęła na korcie. Wyróżniała się na tle swojej grupy, była bardzo sprawna, skoncentrowana, realizowała wszystkie zadania na tamtych zajęciach. Na turnieje rodzice wozili ją już jako 10-latkę. Maja miała dużo wyjazdów różnych, bywało tak, że jak były jakieś ważne uroczystości, to nie było jej, bo nie mogła. Przez lata rezygnowali z przyjemności, bo wierzyli w jej talent i pracowitość. Maja jest taką mrówką, która bardzo ciężko pracuje od początku swojej kariery, ona przepracowała na korcie już 17 lat, 17 lat poświęconych tenisowi. Jest to połączenie talentu i ciężkiej pracy, nawet jeżeli ktoś ma talent i ciężko nie pracuje, to by takiego sukcesu jak Maja nie osiągnął. Dziś mieszka i trenuje w Bielsku-Białej. Tak wyglądała dziś bielska strefa kibica podczas finału Roland Garros w Paryżu. A tak reagowali kibice w Warszawie. Polka w finale - tworzy się historia. Mimo porażki w finale, Maja jest dziś dumą i wzorem dla tysięcy. Osiągnęła wszystko swoją determinacją i pokonując przeciwności losu. Kibice wierzą, że ta dzisiejsza przeciwność losu da jej siłę do kolejnych sukcesów. Najpierw decyzja prezydenta Ukrainy o nadaniu jednostce wojskowej nazwy Bohaterów UPA, a w jej konsekwencji polityczna burza u nas, głosy oburzenia i niezrozumienie, bo pamięć o pomordowanych przez UPA wciąż jest bolesna. Dlatego dziś w Warszawie szef biura prezydenta Ukrainy Kyryl Budanow przeprowadził, na wniosek strony ukraińskiej, cykl rozmów z przedstawicielami rządu i Pałacu Prezydenckiego. Najpierw Ministerstwo Obrony Narodowej, potem Belweder i Biuro Bezpieczeństwo Narodowego. Szef kancelarii prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow kontynuował dziś serię spotkań mającą załagodzić kryzys na linii Warszawa - Kijów. Polska i Ukraina w sprawach bezpieczeństwa są partnerami. Ale w sprawach historii musimy mówić sobie prawdę, bo tylko tak jesteśmy w stanie budować przyszłość. Przyszłość, którą zachwiała decyzja prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia "bohaterów UPA". Formacji, która na Wołyniu wymordowała około stu tysięcy Polaków. Naiwny nie jestem, przełomu się raczej nie spodziewam. Kult organizacji nacjonalistycznych ukraińskich, takich nazwisk jak Szuchewycz, Melnyk czy Bandera, jest systematycznie rozwijany. Strona ukraińska wskazała, że ma świadomość reakcji, jakie ta tematyka wywołuje w Polsce, i zainteresowana jest dialogiem w sprawie. Poza prezydenckim ministrem oraz szefem MON Budanow rozmawiał z przedstawicielami MSZ oraz BBN. Ale każdemu ze spotkań poświęcono lakoniczne komunikaty. Pewnie delegacja ukraińska musi wrócić, zdać relację prezydentowi Zełenskiemu z tego, co usłyszała. A usłyszy z pewnością, że w Polsce nie akceptujemy takiego patrzenia na historię. W ostatnich dniach ukraiński IPN wydał też zgody na kolejne ekshumacje ofiar rzezi wołyńskiej. Czy dobrze, że te gesty się pojawiają? Tak, oczywiście. Ale z naszego punktu widzenia nie gesty są kluczowe, ale zmiana, której musi dokonać strona ukraińska. Tym bardziej, że historyczny kryzys rzutuje na współczesne interesy. Jesteśmy współgospodarzami razem z Ukrainą w Gdańsku tej konferencji odbudowy Ukrainy, to są poważne biznesy polskie, europejskie, ukraińskie, ale to jest w interesie Ukrainy, żeby się to odbyło. M.in. stąd piątkowa rozmowa telefoniczna marszałka Włodzimierza Czarzastego oraz jego ukraińskiego odpowiednika, Rusłana Stefanczuka. Razem przygotowujemy się do Konferencji Odbudowy w Gdańsku, dalszej współpracy w ramach formatu Grupy Wyszehradzkiej plus Ukraina oraz realizacji ważnych projektów humanitarnych. W poniedziałek kolejna odsłona dyplomatycznego sporu. Prezydent Karol Nawrocki chce, aby kapituła odebrała prezydentowi Zełenskiemu Order Orła Białego. "Opuszczony, zakuty w kajdanki przez władze, które mu nie ufały ani się o niego nie troszczyły" - takie uderzenie wprost w brytyjski rząd i politykę migracyjną na Wyspach zamieścił J.D Vance, nawiązując do sprawy śmierci Henry'ego Nowaka zabitego przez 23-letniego sikha. Na słowa amerykańskiego wiceprezydenta zareagował Londyn. Zbrodnia, która wstrząsnęła Wielką Brytanią. Jesteśmy tu po to, żeby okazać szacunek chłopakowi, któremu tak wcześnie odebrano życie. Henry Nowak miał 18 lat. Zginął od ciosów ceremonialnym nożem, zadanych przez starszego o 5 lat sikha. Sprawca okłamał policję, mówiąc, że zareagował w ten sposób na rasistowskie obelgi. Funkcjonariusze skuli rannego Polaka, a nie jego oprawcę. Sposób, w jaki go traktowano, był nieludzki i poniżający. W Wielkiej Brytanii śmierć polskiego studenta wywołała dyskusję na temat procedur policyjnych, w USA stała się pożywką do walki politycznej. Zachód stworzył absolutnie złą religię państwową, w której oskarżenie o rasizm jest najcięższym przestępstwem, jakie można popełnić, gorszym nawet niż gwałt czy morderstwo. Downing Street zareagował natychmiast. W ostatnich dniach Elon Musk znowu wtrąca się w naszą politykę, próbując wywołać podziały. Nie tylko Elon Musk. Podobnie wypowiedział się amerykański Departament Stanu oraz wiceprezydent J.D. Vance. Henry Nowak zmarł w taki sam sposób, w jaki umiera cywilizacja: opuszczony, zakuty w kajdanki przez władze, które mu nie ufały, ani się o niego nie troszczyły i oskarżony o przestępstwa z nienawiści, których nie popełnił. Rzecznik brytyjskiego rządu powtórzył słowa Starmera. Jak pisze BBC: Po wypowiedzi J.D. Vance'a Downing Street skrytykowało ludzi próbujących ingerować w naszą demokrację i podsycać podziały. Ale wpis Vance'a wydaje się skierowany bardziej do amerykańskiej opinii publicznej. Donald Trump zaostrza politykę migracyjną, często łącząc napływ migrantów z osłabieniem tożsamości narodowej. Zaczęliśmy od Paryża, bo to dzięki sportowym emocjom stamtąd nasze serca biły mocniej, ale z pewnością muzycznym sercem Polski jest od kilku dni Opole. Tam trzeci dzień Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki. Już za kilkanaście minut niezwykłe wydarzenie. Ja powiem krótko: "Autobiografia", a państwo już mogą nucić kultowy przebój zaśpiewany przez Perfect. O jubileuszu Bogdana Olewicza, wielkich przebojach, ale i dawce humoru. Autobiografia ze słowami Bogdana Olewicza i muzyką Zbigniewa Hołdysa była hymnem pokolenia lat 80., a Perfect stał się dzięki niej legendą. Zresztą spod pióra Olewicza wyszły też takie utwory jak "Nie płacz Ewka", "Niewiele ci mogę dać" czy "Jesteś lekiem na całe zło. Dziś na opolskiej scenie usłyszymy je w wykonaniu m.in. Dody, Natalii Kukulskiej, Krystyny Prońko, Alicji Majewskiej, Kuby Badacha i Kamila Bednarka. Wczoraj Opole należało do Sargisa, który podwójnie wygrał konkurs Premier. Jego utwór "Ziemia" doceniło zarówno jury, jak i publiczność. Jestem naprawdę zaszczycony i czuję się naprawdę wyróżniony. Bardzo dziękuję. No nie mogłem sobie tego lepiej wymarzyć. Swój jubileuszowy koncert miała też Justyna Steczkowska, a hip-hop pojawił się w nieoczywistych połączeniach: Numer Raz z Natalią Kukulską czy O.S.T.R. z Katarzyną Nosowską. Duża radość, duża satysfakcja. Wszyscy są w dobrych nastrojach, humorach, tak że ogromna wdzięczność. A dziś na scenie także dużo śmiechu. Kabaret Neo-Nówka będzie świętował w Opolu 26-lecie działalności. Artyści zapowiadają nowe wersje kultowych skeczy, w tym słynnego "Nieba". Nie tylko muzyka, ale i sportowe emocje. Dziękujemy jeszcze raz za nie Mai Chwalińskiej. W TVP Info Pytanie Dnia, rozmowa z Przemysławem Rosatim, członkiem Trybunału Stanu. Zaprasza Aleksandra Pawlicka. A "19:30" wraca jutro. Do zobaczenia.