Spór o pomoc. Który rząd dał więcej broni Ukrainie? Wraca rotacja. Amerykańscy żołnierze będą w Polsce w najbliższych tygodniach. System patologii. Czy lekarz powinien zarabiać 26 tys. zł za godzinę? Joanna Dunikowska-Paź, dobry wieczór. Ponad 1,5 mld zł to wartość sprzętu przekazanego Ukrainie w czasach obecnie rządzącej koalicji i około 15 mld złotych za czasów rządów PiS, informuje minister obrony i dodaje, że dziś ruszył proces odtajnienia donacji. "To nieodpowiedzialna decyzja" komentuje opozycja, która sama temat wywołała. A Daniel Chaliński pyta, jak sprawę wyjaśnić i czy na pewno chodzi o to, by rzeczywiście była jasna? Strzegą ukraińskiego nieba przed rosyjskimi atakami. Amerykańskie Patrioty ratują ludzkie życie, a także chronią infrastrukturę krytyczną. Każda rakieta wystrzelona w Ukrainie, celna, która niszczy pociski, rakiety, drony, samoloty agresora, to jest większe bezpieczeństwo Polski. I z tym, wydałoby się, nie można dyskutować, ale innego zdania jest opozycja. Krzysztof Bosak pisze, że w marcu w tajemnicy przed Sejmem rząd oddał Ukrainie pociski przechwytujące do systemów Patriot. Na to szybko zareagował szef MON, który odtajnił donację dla Ukrainy, jednocześnie potwierdzając doniesienia. Przekazana ilość stanowi margines naszych zdolności i w ocenie nie tylko Sztabu Generalnego, ale głównego dowodzącego armii amerykańskiej sojuszniczej w Europie nie wpływa na zdolności obrony powietrznej Polski. Pociski zostały przekazane Ukrainie na prośbę sekretarza generalnego NATO. Były szef MON pisze o skandalicznej decyzji i o tym, że rząd rozbraja Polskę. A fakty są takie, że to za jego rządów przekazano Ukrainie znacznie więcej. Czołgi, transportery opancerzone, wozy piechoty, samoloty, śmigłowce - donacji było 44, a ich koszt to niemal 15 mld zł. Rząd koalicji 15 października przekazał Ukrainie pociski rakietowe, bomby lotnicze czy drony. Łącznie 5 donacji na kwotę prawie 10 razy mniejszą. To jest obłudne, od pierwszych dni podejmowali akurat w tej sprawie dobre decyzje. Dzisiaj się ich wstydzą. Drodzy koledzy z PiS, nie wstydźcie się sprzętu przekazanego Ukrainie. Zawsze kiedy przekazywaliśmy sprzęt, było jasne, że przekazujemy i jakiej wartości, zawsze uzupełnialiśmy te zasoby nowoczesnym sprzętem. Twierdzi PiS, ale Błaszczak nie tylko dawał dużo więcej donacji, ale także sam naciskał na niemiecki rząd, by ten ich Patrioty rozmieścił nie w Polsce, a właśnie w Ukrainie. Z tego oto powodu, że bezpieczeństwo przeciwrakietowe w zachodniej Ukrainie oznacza również bezpieczeństwo we wschodniej Polsce. To nie jest hipokryzja? Nie jest, nie jest, po trzykroć nie jest. Kolejne przykłady. To Mateusz Morawiecki, który przekazywał stronie ukraińskiej leopardy. Do wschodnich sąsiadów - co ważne - trafiał także nowoczesny sprzęt jak armatohaubice Krab czy zestawy rakietowe Piorun. Musi być także realna pomoc w broni, pomoc żołnierzom ukraińskim, którzy chcą walczyć. Wtedy ówczesna opozycja nie protestowała. Kiedyś politycy PiS ścigali się na proukraińskość. Dzisiaj ścigają się na antyukraińskość. Kierowanie się tylko emocjami jest geopolityką gówniarstwa. Emocje w sprawie przekazania pocisków do systemu Patriot podsyca Kancelaria Prezydenta, która o niczym miała nie wiedzieć. Urzędnicy Kancelarii Prezydenta o wszystkim byli informowani, komitet bezpieczeństwa, który zbiera się co tydzień, nad tym pracował, tam jest zawsze przedstawiciel prezydenta. I, co ważne, każda decyzja w sprawie donacji jest konsultowana z główna kwaterą NATO. Radziłbym takim szkodnikom politycznym jak pan Przydacz, żeby naprawdę zastanowili się trzy razy, zanim coś powiedzą, bo szkodzą Polsce, szkodzą również prezydentowi Nawrockiemu. Stąd jasny apel premiera. Ponawiam swój apel do wszystkich, począwszy od prezydenta, do wszystkich polityków - nie igrajcie z ogniem. Bo pomoc Ukrainie to polska racja stanu. Gdy Polska nocą podrywa myśliwce, to jest jasny sygnał, że za wschodnią granicą sąsiedzi w piwnicach i schronach kryją się przed rakietami. Tej nocy Rosjanie masowo wysłali je m.in. na Kijów. Są zabici, ranni i ci, których wydobycie spod gruzów zajmie wiele godzin, a nawet dni. Rakiety i drony nadlatywały jeden za drugim. Słychać było wybuch za wybuchem. Panią Nelę z mieszkania do schronu wynieśli sąsiedzi, bo jest po operacji i nie może chodzić. Ciężko oddycha. W armii służy jej wnuk i zięć. Mieszka na tym osiedlu całe życie. W nocy trzęsła się ze strachu. Gdzieś około 1.30 w nocy zaczęły się eksplozje. Już żegnałam się ze światem. Jeszcze parę razy i nie wiem, czy przeżyję. Jedna z rosyjskich rakiet zamieniła w pył pięć pięter bloku. Tatianę od śmierci dzieliła jedna ściana. Jej mieszkanie jest na 8. piętrze. Wybuch i już. Nie mamy mieszkania. Ratownicy nas wyciągnęli z gruzów. Na szczęście żyjemy. Ukrainie dramatycznie brakuje rakiet obrony przeciwlotniczej. W tym ataku nie zdołano strącić ani jednego z 6 hipersonicznych Cyrkonów, ani żadnej z ponad 20 rakiet balistycznych. Każdy Patriot to dla nas szansa na przeżycie. Są niezbędne. W sumie 250 ratowników pracowało dziś w blisko 30 miejscach 4 dzielnic Kijowa. Wraca rotacja amerykańskich żołnierzy w Polsce - ogłasza minister obrony narodowej i to dobra wiadomość od sojuszników, kiedy ze wschodu coraz głośniej słychać o możliwej rosyjskiej prowokacji. Władysław Kosiniak-Kamysz decyzję Amerykanów nazywa "niezwykle pozytywnym sygnałem", którego efekty zobaczymy w ciągu najbliższych kilku tygodni. A Marek Smółka opowie o sygnałach agresora, których nie wolno lekceważyć. Amerykańskie pociski manewrujące Barracuda mają być produkowane w Bydgoszczy. Polska Grupa Zbrojeniowa podpisała właśnie umowę. Wielka nowa technologia. Jest daleki precyzyjny zasięg, który de facto zmienia pozycję Polski w odstraszaniu. Te niskokosztowe i odporne na zakłócenia GPS pociski mają zasięg 900 km. Ich przyszła produkcja w Polsce była okazją do przekazania tej wiadomości. Odebrałem informację od pani Stephanie Holmes, zastępcy ambasadora USA w Polsce, że wraca rotacja, która została wstrzymana kilka tygodni temu. W połowie maja gruchnęła informacja o zawróceniu żołnierzy brygady pancernej do bazy w Teksasie. To 4000 wojskowych i sprzęt, a decyzja nie została wcześniej zapowiedziana. Pentagon tłumaczył to logistyką związaną z redukcją wojsk USA w Europie. Ale żołnierze do Polski wrócą w ciągu kilku tygodni. To ważny sygnał dla Moskwy, która według brytyjskiego dziennika "The Telegraph" planuje zbrojną prowokację na terytorium Polski. Rosja miałaby chcieć kolejny raz przetestować reakcję NATO, a przy tym wywrzeć presję na członkach Sojuszu, by zmniejszyli pomoc wojskową dla Ukrainy. Kreml kwestionuje te ostrzeżenia. Bardzo dużo takich straszaków publikuje się na temat Rosji. Ile są warte zapewnienia Rosji, przypomina szef polskiej dyplomacji. Kategorycznie zaprzeczali, jakoby mieli jakiekolwiek intencje zaatakowania Ukrainy, tak jak przedtem zaprzeczali, że zielone ludziki na Krymie to nie ich wojska. Dlatego trzeba być przygotowanym - mówi koordynator specsłużb. Spodziewamy się bardzo różnych sposobów działania, hybrydowych w tym sensie, że nie jest to element wojny pełnoskalowej, natomiast Rosja dość konsekwentnie te granice przesuwa. Dmitrij Pieskow atak wyklucza, ale sugeruje, że Moskwa znalazłaby powody. Na terytorium Polski jest wiele przedsiębiorstw, które produkują drony, które później atakują naszych żołnierzy. Plan rosyjski to zniszczyć NATO. On istnieje od czasów Związku Radzieckiego i tutaj się nic nie zmieniło. Polska wciąż czeka i liczy na stałą, a nie rotacyjną obecność amerykańskich żołnierzy. W Polsce stacjonują tak żołnierze w bazie tarczy antyrakietowej w Redzikowie. Ale chodzi o znacznie więcej niż kilkuset wojskowych. Że to będzie minimum 15 tys. żołnierzy amerykańskich wraz z rodzinami. Rząd się do tego przygotowuje. Konkrety zostały przesłane stronie amerykańskiej. Jesteśmy tutaj w dialogu na poziomie ambasady, wojskowym, dowództwa w Europie, jak i ze stroną amerykańską po drugiej stronie oceanu. To dla Polski jedna z najważniejszych gwarancji bezpieczeństwa. Rosjanie poważają Amerykanów, Rosjanie boją się Amerykanów pomimo tego, iż często deprecjonują ich siły, znaczenie na świecie. Jednak oni wciąż uważają Amerykanów jako stronę, z którą się liczą. Według nieoficjalnych informacji "Dziennika Gazety Prawnej" decyzja dotycząca budowy stałej bazy może zapaść w ciągu 6 do 12 miesięcy. W cieniu spadających za wschodnią granicą bomb i doniesień o kolejnym kroku Rosjan wymierzonym w NATO członkowie Sojuszu zjeżdżają do Ankary, by na szczycie rozmawiać o skali zagrożenia. Łączymy się z Arturem Kieruzalem, który jest w tureckiej stolicy. Na agendzie są trzy kluczowe punkty, spotkanie będzie krótkie, a jakie są szanse na to, że także przełomowe? Myślę, że tak. Deklaracja końcowa zostanie podpisana dopiero jutro, ale najważniejsze założenia są już przesądzone. Wszystkie 32 państwa Sojuszu mają potwierdzić jutro zobowiązanie do stopniowego zwiększania wydatków na bezpieczeństwo do poziomu 5% PKB. NATO wyśle kolejny sygnał długoterminowego wsparcia dla Ukrainy. Projekt zakłada, że europejscy członkowie Sojuszu i Kanada przekażą Kijowowi 140 mld euro. Sekretarz generalny NATO dzisiaj podkreślił, że wobec rosnących zagrożeń odpowiedź sojuszu może być tylko jedna. Inwestujemy w nasze własne bezpieczeństwo, zapewniając sobie środki niezbędne do ochrony naszych społeczeństw dzisiaj i jutro. Zagrożenia, przed którymi stoimy, są bowiem realne, w tym ze strony Rosji, która nadal prowadzi wojnę na Ukrainie" Jest zapowiedź wzmocnienia wschodniej flanki NATO. Co ważne, po ujawnieniu planów rosyjskiej prowokacji wobec Polski. Jutro przywódcy mają potwierdzić jedność NATO i pokazać, że decyzje o zwiększeniu wydatków na obronność nie pozostaną jedynie politycznymi deklaracjami, ale staną się konkretnymi zobowiązaniami. Tu TVP i "19.30" w poniedziałek. Co jeszcze mamy dla państwa? Autobus porusza się, taranując inne pojazdy. Dlaczego nie hamował? Mówi się, że przyczyną była poważna usterka. To cud, że się nikomu nic nie stało. Polsko-ukraiński spór o UPA na agendzie Parlamentu Europejskiego. Większość europosłów jest zdania, że decyzja prezydenta Ukrainy dotycząca nadania jednemu z oddziałów imienia UPA była niepotrzebna i naraziła na szwank dobrosąsiedzkie relacje Polski z Ukrainą i całą Wspólnotą. Eurodeputowani ubolewają nad decyzją prezydenta Zełenskiego, który ich zdaniem zlekceważył polską wrażliwość związaną z rzezią wołyńską i niepotrzebnie podważył dobre stosunki Warszawy oraz jej do tej pory silne poparcie dla przystąpienia Kijowa do Unii. Jeżeli Ukraina chce być w UE, to musi zrozumieć, że nikt jej tu nie chce, jeżeli będzie gloryfikowała osoby odpowiedzialne za ludobójstwo. Wszyscy odpowiedzialni politycy dzisiaj apelują o deeskalację tego sporu, dlatego że jego podkręcanie dzisiaj leży wyłącznie w interesie Putina. W rezolucji, która dotyczy przede wszystkim oceny dotychczasowych wysiłków Ukrainy na rzecz przystąpienia do Wspólnoty, europarlament apeluje do władz w Kijowie, aby skupiły się właśnie na tym celu, do którego osiągnięcia, jak przypomina, potrzebne są wzajemne zrozumienie, szacunek i dążenie do pojednania, a nie stwarzanie nowych problemów. Poprawki takiej treści już popierają największe frakcje polityczne w Brukseli, dlatego najpewniej znajdą się one w oficjalnym stanowisku Parlamentu Europejskiego. 26 tys. zł za godzinę. Gdy tak hojnie wycenia się pracę nawet bardzo dobrych lekarzy, to trudno się dziwić, że dyrekcji szpitala już w połowie roku kończą się pieniądze. O spółce neurochirurgów działającej na terenie kilku województw piszą dziennikarze Wirtualnej Polski. I to kolejny dowód, że zarobkom w ochronie zdrowia trzeba się przyjrzeć. Bo wyjątków przybywa zdecydowanie za szybko. Odwrotnie jest za to z czasem na wyjaśnienia i konkretne rozwiązania. 26 tys. zł za godzinę. 300 tys. zł dziennie. Te kwoty robią wrażenie, a właśnie tyle zarabiali neurochirurdzy tutaj, w szpitalu w Mogilnie w Kujawsko-Pomorskim. Sprawa finansowa szpitala jest ciężka, bo proceder finansowy, który miał miejsce w szpitalu, odbija się nas. Bo dziś, jak informuje Wirtualna Polska, szpital jest na skraju bankructwa. Dyrekcja nie ma pieniędzy na wynagrodzenia, a Narodowy Fundusz Zdrowia nałożył na placówkę ponad 2,5 mln kary. Przesłanie do Funduszu procedur, które zostały wycenione kilkukrotnie wyżej, spowodowało de facto wyłudzenie zawyżonych środków z NFZ. Sprawę bada prokuratura, bo w Mogilnie zachodzi podejrzenie oszustwa. Jednocześnie to kolejny szpital na skraju upadłości, który płacił lekarzom milionerom. Ilu ich jest? W samej Wielkopolsce tylko w szpitalach samorządowych doliczono się 31. Coś poszło bardzo mocno nie tak, że takie stawki można w ogóle wpisać i sfinansować z publicznych pieniędzy. Dla mnie to jest skandal. Są ludzie uczciwi i nieuczciwi. Ludzie nieuczciwie wykorzystują każdą okazję, żeby doić system. Dlatego system ma się zmienić. Do jutra premier dał czas resortowi zdrowia i szefowi NFZ na przedstawienie "precyzyjnych zmian". Inaczej grozi dymisjami. Jeśli do wtorku nie otrzymam satysfakcjonujących rekomendacji, precyzyjnych, to w środę podejmę satysfakcjonujące decyzje, także personalne. Być może dlatego minister Sobierańskiej-Grendy zabrakło dziś na otwarciu zmodernizowanego oddziału szpitala w Gdyni, któremu prezesowała. Na pytania o horrendalne zarobki medyków odpowiadał Jacek Karnowski. Jest 95 czy 90% lekarzy, którzy dobrze zarabiają, bo powinni zarabiać przyzwoicie, ale jest też patologia. I tę patologię trzeba zlikwidować. By to zrobić, w pierwszej kolejności resort chce wdrożyć e-rejestracje, która uniemożliwi omijanie kolejek, powiązać zarobki lekarzy z ich numerem PESEL oraz skutecznie ewidencjonować czas ich pracy. Na razie bilokacja nie jest stanem osiągniętym przez ludzkość. Będziemy również mieli dane o rzeczywistym czasie pracy personelu medycznego. Zbieranie informacji na temat zarobków lekarzy budzi sprzeciw, co niespodzianka nie jest, samorządu lekarskiego. Medycy uważają, że rząd próbuje z nich zrobić kozła ofiarnego afery szpitalnej. Dużo mniej zaczepnie wypowiadają się w tej sprawie rezydenci, którzy wysunęli dziś postulat zwiększenia liczby kontroli w systemie ochrony zdrowia. Naszymi sojusznikami nie są osoby, które wykorzystują ten system do własnego, prywatnego zysku. Szczególnie w sytuacji, kiedy łamią wszystkie zasady. Naczelna Izba Lekarska dopuszcza możliwość jesiennego protestu, ale poglądy tych lekarzy idą w poprzek oczekiwań społecznych. Jak wynika z jednego z ostatnich sondaży, blisko połowa respondentów uważa, że lekarze zarabiają zbyt wiele. Prokuratura Rejonowa w Lwówku Śląskim zbada, czy doszło do przestępstwa w związku ze śnięciem ponad 15 ton ryb po spuszczeniu wody ze zbiornika Pilchowice. Przy okrągłym stole będzie obradować rada społeczna ds. sytuacji na rzece Bóbr i Jeziorze Pilchowickim, a mieszkańcy już mówią o katastrofie ekologicznej. Tysiące śniętych ryb. Śledztwo prokuratury i coraz więcej pytań o odpowiedzialność. Tak wygląda dziś zbiornik Pilchowice. Niestety spotkała nas ogromna klęska. To są ogromne problemy nie tylko dla nas mieszkańców. Przede wszystkim dla natury. Wszystko zaczęło się od remontu ponad stuletniej zapory. Uszkodzonej podczas poprzedniej powodzi. Od lutego obniżano stan wody, by rozpocząć pracę. Kilka dni temu mieszkańcy zaalarmowali o masowym śnięciu ryb. Wędkarze skrzyknęli się. Przyjechaliśmy z własnym sprzętem, żeby płukać. Mieliśmy zgodę, żeby dla uratowana rybę przerzucić do innego zbiornika. Za remont odpowiada spółka Tauron. Jak tłumaczy, na wszystko była zgoda. Od projektu przez realizację. Na każdym etapie realizacji harmonogramu konsultowaliśmy z odpowiednimi instytucjami, z ekspertami, z przyrodnikami, także z administracją. I na żadnym etapie realizacji nie zakwestionowano, że to, co robimy, jest dobrze realizowane. Spółka powołała radę społeczną, która w formie okrągłego stołu ustali konkretny plan na odbudowę ekosystemu. Decyzją Dolnośląskiej Wojewody zamknięto blisko 30-kilometrowy odcinek Bobru. Tauron działał zgodnie z pozwoleniami wodno-prawnymi. Szczegóły dotyczące realizacji tych pozwoleń są analizowane. Również przez prokuraturę, która wszczęła śledztwo w kierunku dokonania przestępstwa przeciw środowisku. Do tej pory wyłowiono około 20 ton śniętych ryb. Konieczne jest zabezpieczenie stosownych dokumentów dotyczących tamy pilchowickiej, ustalenie osób, które wyrażały zgodę na wykonanie prac remontowych. Sprawę bada też resort środowiska. A opozycja, zamiast szukać rozwiązania, sprawę podsyca i przypomina, najwyraźniej nieświadomie, swoje błędy. Ta katastrofa nie była wcale naturalna. Tyle że PiS ma krótką pamięć. Ta katastrofa nie była wcale naturalna. Doprowadziły do niej zrzuty silnie zasolonych wód kopalnianych. Raport NIK mówi wprost o bierności poprzedniej władzy w czasie kryzysu i wieloletnich zaniedbaniach. Dla przypomnienia: wtedy z Odry wyłowiono 350 ton śniętych ryb. To była gigantyczna katastrofa. Nie przypominam sobie wtedy pana Czarnka, żeby wylewał krokodyle łzy. Dzisiaj to robi tylko. I wyłącznie dlatego, że prowadzi kampanię wyborczą. Której tłem jest katastrofa ekologiczna. To jest śmierć stu kilkudziesięciu tysięcy ryb. To jest tragedia dla przyrody. Prokuratura szuka winnych. Przyroda już liczy straty. Odbudowa ekosystemu może zająć lata. To, co wiadomo na pewno, to to, że autobus miejski najpierw zderzył się z tramwajem, po drodze zaczął taranować samochody, a z jednym z nich na koniec wjechał do przejścia podziemnego. Po wypadku na stołecznej Ochocie wciąż jest mnóstwo pytań, a jednym z kluczowych pozostaje, czy rzeczywiście doszło awarii technicznej i problemów z hamowaniem autobusu. Taranował wszystkie auta po drodze. Nam udało się odbić. Brajan Pękala, świadek i niedoszła ofiara wczorajszego wypadku w stolicy, przyznaje, że zadziałał instynktownie. Jechaliśmy samochodem. Zobaczyłem nadjeżdżający z naprzeciwka autobus naszym pasem pod prąd. Miejski autobus linii 186 najpierw na skrzyżowaniu ulic Grójeckiej i Bitwy Warszawskiej zderzył się z tramwajem. Ważący blisko 20 ton autobus spychał z drogi napotykane pojazdy, niszczył znaki i zatrzymał się dopiero po przejechaniu kilometra w tym przejściu podziemnym, które widać za moimi plecami. Na szczęście w niedzielę po 18.00 na ruchliwym zazwyczaj przejściu było niewiele osób. To cud, że się nikomu nic nie stało. Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, że ten autobus tu wjechał. 4 osoby odniosły obrażenia. Jedna z nich wymaga dłuższej hospitalizacji. W sumie 14 pojazdów osobowych zostało uszkodzonych. Dodatkowo uszkodzone zostały 2 tramwaje. Śledztwo jest prowadzone w kierunku sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym. Podjęliśmy decyzję, że na tym etapie jest za wcześnie na stawianie komukolwiek zarzutów. Wstępne ustalenia śledczych wskazują, że przyczyną wypadku była poważna usterka techniczna. Kierowca wskazywał, że tracił faktyczne oddziaływanie na pedał hamulca. Z nieoficjalnych informacji wynika, że mogło chodzić o awarię elektronicznego czujnika odpowiedzialnego za przyspieszanie pojazdu. Hamulec nie działa. Silnik odbiera taki sygnał, jak byłby wciśnięty pedał gazu. I następuje w tym momencie pewna dezorientacja. Miejskie Zakłady Autobusowe oświadczyły, że awaria tego urządzenia "skutkowałaby unieruchomieniem pojazdu, a nie jego przyspieszeniem". Awaria czy błąd ludzki? Zdaniem Andrzeja Markowskiego, psychologa transportu, wątpliwości budzi przede wszystkim bardzo długi czas reakcji kierowcy. Dlaczego jechał przez kilometr? Przecież można kluczyki wyciągnąć. Wiele rożnych rzeczy można zrobić. Nie wiedział, co robić, co świadczyłoby też, że dostał się do grupy kierowców autobusów bez jakiegoś rzetelnego badania psychologicznego. Inaczej widzi to zastępca głównego inspektora transportu drogowego. Stracił panowanie nad pojazdem, szukał luk, żeby ograniczyć skutki utraty panowania nad tym pojazdem. Moim zdaniem to bohater. 58-letni kierowca był trzeźwy. W jego organizmie nie stwierdzono też obecności substancji psychoaktywnych. Kluczowy w ustaleniu ostatecznej przyczyny wypadku ma być odczyt danych z rejestratora jazdy. Podobno wszystko jest polityką, ale gdy ta z trybuny wchodzi na murawę, to jakoś trudniej się bronić. Zwłaszcza gdy atakuje sam amerykański prezydent. To pod jego naciskiem miała się ugiąć FIFA, która na mundialu uchyliła zawieszenie zawodnika USA za czerwoną kartkę. I amerykański futbol właśnie zyskał nową definicję. Do amerykańskiej reprezentacji w piłce nożnej dołączył jeszcze jeden gracz: obrońca Donald Trump. Stanął w obronie zdobywcy czerwonej kartki Folarina Baloguna. Zadzwonił do prezesa FIF-y Gianni Infantino. Federacja zmieniła zdanie, karę Baloguna zawiesiła. I napastnik AS MONACO zagra dziś przeciwko Belgii. Jedyne, co zrobiłem, to poprosiłem o weryfikację, bo nie uważałem, że to był faul. Wiecie, jestem w tym dobry. To decyzja bez precedensu na tak prestiżowym turnieju. Protestuje UEFA. Oburzeni są też Belgowie. A trenerowi Czerwonych Diabłów pozostaje już tylko czarny humor. Nie wiedziałem, że w biurach FIF-y 5 lipca odpowiada prima aprilisowi w Europie. To było dla mnie odkrycie. Bo wielu ekspertów nie ma wątpliwości, że ta czerwona kartka i kara naprawdę amerykańskiemu piłkarzowi się należały. To jest absolutnie czerwona kartka. Nie ma możliwości, żeby ta decyzja została zmieniona dlatego, że spowodował to świadomie. Widać to na powtórkach, ryzyko bardzo poważnego urazu, który mógł wykluczyć zawodnika Bośni i Hercegowiny z futbolu na wiele lat, a nawet wykluczyć z kariery na całe życie. W obozie gospodarzy przeważa optymizm i poczucie sprawiedliwości. Zostaliśmy wystarczająco ukarani w meczu przeciwko Bośni i Hercegowinie. Graliśmy w dziesiątkę 30 minut, po decyzji całkowicie niesprawiedliwej. A rola obrońcy spoza boiska niespecjalnie przeszkadza amerykańskim kibicom. Myślę, że to bardziej problem dla Infantino niż dla Trumpa. Trump chciał pomóc, jak mógł. Ale ostatecznie to się sprowadza do FIF-y i Infantino, że nie są tym, kim powinni. Są skorumpowani. To ich problem. A kiedyś dowiemy się, jak ta rozmowa wyglądała. Polityka znów wdarła się podczas tego mundialu na boiska. Wielu kibiców zadaje sobie pytanie, czy FIFA strzeliła sobie samobója. A na koniec 80. urodziny legendy kina. A jest o kim opowiadać, bo na ekranie był i Rambo, i Rockym, w pracy - i aktorem, i scenarzystą. I wciąż pozostaje niezniszczalnym bohaterem masowej wyobraźni. Sylvester Stallone świętuje wyjątkowy jubileusz i przy tej okazji Michał Niewodowski przypomni Państwu sylwetkę hollywoodzkiej gwiazdy. Mimo osiemdziesiątki na karku na emeryturę się nie wybiera. Nie jesteśmy jeszcze ukończonymi dziełami sztuki. Przed nami długa droga, zanim będziemy w pełni zadowoleni z tego, kim jesteśmy. Wróćmy więc do początku tej drogi. Zanim został gwiazdą, był aktorem, którego Hollywood nie chciało. Więc wymyślił sobie rolę sam. Scenariusz do Rocky'ego napisał w 3 dni. I choć Balboa przegrał na ringu, Stallone wygrał swoją karierę. To jest chyba właściwie wzór tego, o czym możemy mówić, czyli historii od zera do bohatera. Do dziś cztery części sagi porywają kolejne pokolenia bokserów. Pisałem scenariusz, by przekazać: nie rezygnujcie z celów, nie poddawajcie się w walce. Widzę, że przesłanie to trafia nawet do dzieciaków, których nie było jeszcze na świecie. A od początków świata wśród fanów trwa spór Rocky czy Rambo. Boksera znamy dłużej. Weteran wojny w Wietnamie to jednak była świeża krew. Rambo był taką definicją męskości, wzorem do naśladowania. Ta sportowa jednak, zalążek Rocky'ego jest w serduszku. Rocky. Myślę, że Rocky i Rambo właściwie. Nie do rozstrzygnięcia. Jak to, kto był większą gwiazdą kina akcji: Sylvester czy Arnold. Panowie prężyli muskuły przez całe lata 80. Później zebrali cały oddział niezniszczalnych kombatantów i zrobili to, co potrafią najlepiej, czyli po raz kolejny uratowali świat. Była takim łabędzim śpiewem tych wielkich gwiazd kina akcji z lat 80., 90., kiedy rzeczywiście panowie muskułowie byli absolutnie na topie, testosteron wylewał się hektolitrami z ekranu. Jak się okazało, tę nostalgię można spieniężyć. Ale co by nie mówić, Stallone przez 80 lat udowadnia jedno. Można od życia dostać serię ciosów, ale najważniejsze, żeby nie dać się odesłać do narożnika. Za chwilę "Pytanie dnia". Stanisław Wziątek, wiceminister obrony narodowej, gościem Justyny Dobrosz-Oracz. Ciekawego wieczoru.