Lekarskie fortuny. Neurochirurdzy z Mogilna zarabiali 26 tys. za godzinę. Kto kłamie? Bezpieczeństwo Polski przedmiotem politycznej awantury. Jedność NATO. Jaki sygnał płynie z Ankary? Dymisji nie będzie. Przynajmniej do czasu, gdy ministra zdrowia zaprezentuje terapię na zdrowe zdrowie. A sprawa jest pilna, bo na wierzch wychodzą historie niewiarygodne. Można tę stawkę mnożyć przez dniówki, ale i tak wychodzi, że lekarska spółka z Mogilna liczyła sobie 26 tys. zł za godzinę. Opozycja kuje polityczne złoto ze Szpitala Południowego, a teraz sama ma kłopot, bo kontrakt z Mogilna to czasy PiS. Nie będą to łatwe zadania i nie wszystkim się spodobają, ale nie ma odwrotu. Mówi dziś premier i zapowiada chirurgiczne cięcia w służbie zdrowia, które mają dotyczyć takich patologii jak ta opisana przez Wirtualną Polskę. W szpitalu w Mogilnie neurochirurdzy dostawali nawet 26 tys. zł za godzinę pracy. Jak to jest możliwe? Też nie wiem. Mówi obecny dyrektor szpitala. Umowę ze spółką neurochirurgów podpisała jego poprzedniczka w połowie 2023 roku. Nowe władze oceniają ją wprost. Postanowienia umowne są skrajnie niekorzystne dla szpitala. Bo zgodnie z nimi do kieszeni lekarzy działających w spółce miało trafiać 65% pieniędzy, które NFZ płacił za zabieg. A trzeba pamiętać, że to szpital zabezpieczał dalsze zaplecze, od diagnostyki, poprzez salę operacyjną, poprzez zespół pielęgniarski, środki opatrunkowe, sprzęt na sali operacyjnej. Sprawę bada prokuratura. NFZ już to zrobił i odkrył, że lekarska spółka zawyżała wartość wykonanych zabiegów. Teraz domaga się zwrotu ponad 2,5 mln zł - od szpitala, który w związku z tym stanął na skraju bankructwa. Komornik zajął nam nie tyle konta, co kontrakt z NFZ. To kolejny w ostatnich dniach przykład gigantycznych zarobków lekarzy. Sprawa 28-letniego radnego KO i lekarza z warszawskiego Szpitala Południowego, który rocznie zarabiał ponad 1,5 mln zł, stała się paliwem politycznym dla PiS. To skandal. Do dymisji. Teraz PiS wyrozumiałości ma więcej. Do takich sytuacji nie może dochodzić, niezależnie od koneksji politycznych. Według rządzących powód zmiany narracji jest jeden. Na czele spółki lekarzy z Mogilna stał Józef Aleszczyk, bez wykształcenia medycznego, ale z powiązaniami z PiS. Ma w swojej biografii bliską współpracę z Mateuszem Morawieckim. Premier Morawiecki zatrudniał go jako dyrektora w jednym z ważnych departamentów w Ministerstwie Finansów. Był także w radzie nadzorczej LOT-u, był członkiem komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Coś mi się wydaje, że nie ma tu przypadków, są tylko znaki. Którymi teraz zajmują się śledczy. Premier zapowiada zmiany w prawie, które jutro ma przedstawić ministra zdrowia. Moim zadaniem jako premiera nie jest szukanie kozłów ofiarnych. Ta deklaracja, a także późniejsze słowa rzecznika rządu... Nic mi nie wiadomo o żadnych planach rekonstrukcji. ...oznaczałyby, że Jolanta Sobierańska-Grenda zachowa stanowisko. A przedstawione przez nią rozwiązania satysfakcjonują premiera. Nad tym siedzieliśmy ostatnie kilkadziesiąt godzin. Wszystko to, co jest możliwe do przeprowadzenia, decyzja pani minister, prezesa NFZ, przeprowadzimy w trybie pilnym. Wymaga tego sytuacja. Według Ministerstwa Zdrowia w Polsce są szpitale, w których koszty wynagrodzeń przekraczają wartość kontraktów z NFZ. To znaczy, że system nie działa, że wszystko stanęło na głowie. Pieniądze są coraz większe z roku na rok, a jakość leczenia pacjentów się nie poprawia. Dlatego wśród propozycji Ministerstwa Zdrowia, które mają być przedstawione jutro: limity wydatków na koszty pracy w szpitalach czy wprowadzenie maksymalnej stawki godzinowej. Skoro nauczyciel, pracownik pomocy społecznej, wojskowy ma stawkę ustaloną, to dlaczego lekarz ma nie mieć? Skoro lekarz jest opłacany przez wszystkich obywateli, z ich składki zdrowotnej, Wola polityczna w koalicji rządzącej jest. Ten system można ogarnąć, nie dokładając kolejnych miliardów. Potrzebna jest zgoda ponad podziałami. To nie jest tak, że pracownicy służby zdrowia nie powinni zarabiać godnie. Ale o zgodę w tej sprawie rok przed wyborami może być trudno. Oglądają państwo "19.30", a dziś jeszcze m.in.: Ewidentnie prędkość wymykająca się spoza racjonalnych norm. Szaleńczy rajd. Rowery, hulajnogi to plaga, z którą coraz mniej sobie dajemy radę. Stanowczo powinno się uregulować status pojazdów elektrycznych. Trwa licytacja na patriotyzm z udziałem patriotów wyliczających Patrioty. Kto wiedział, ale nie powiedział? Kto informował, ale nie konsultował? Kto rozbroił Polskę i na czyje zlecenie? W dyskusji wszyscy ludzie prezydenta i minister obrony, a w grze miliardy donacji na rzecz Ukrainy. Opozycja zarzuca rządowi osłabianie państwa, choć sama, rządząc, przekazała Ukrainie dziesięciokrotnie więcej. To PiS jest dziś partią skończonych hipokrytów. Takie mocne słowa wicepremiera wywołały ostrą reakcję polityków PiS. Mieliśmy rację od zawsze. Chłopcy z PO i PSL to nie jest dziecinada, to nie jest piaskownica tylko taki polityczny żłobek. Słowo "hipokryzja" na polityków prawicy działa jak płachta na byka. Pytanie, jak inaczej można nazwać zmianę w podejściu do pomocy militarnej dla Ukrainy. Bo politycy PiS-u zrobili zwrot o 180 stopni. Pomoc dla Ukrainy nigdy nie może oznaczać osłabiania bezpieczeństwa Polski. Grzmi Mariusz Błaszczak, ten sam, który 5 lata temu apelował o umieszczenie Patriotów na Ukrainie, i ten sam, którego rząd przekazał 44 donacje naszym zachodnim sąsiadom. Tu jest hipokryzja level hard. Mariusz Błaszczak mówi, że nie, że po trzykroć nie. Ale Mariusz Błaszczak jest patologicznym kłamcą. I tu warto przypomnieć, jak Mariusz Błaszczak, jak cały PiS, zmienił zdanie w wielu sprawach. Na początek SAFE. W ubiegłym roku były szef MON unijny program chwalił. Teraz mówi o niemieckim mechanizmie. Der SAFE to jest projekt polityczny. Kolejny przykład - Mercosur. I wypowiedź ówczesnego szefa dyplomacji z PiS. Polska jest zwolennikiem zawarcia umowy o wolnym handlu między UE a wspólnym rynkiem południa. Sprawa Mercosur jest niezmiernie ważna. Zagraża polskiemu rolnictwu. To jeszcze kwestia Zielonego Ładu. To fragment spotu Janusza Wojciechowskiego, unijnego komisarza popieranego przez rząd PiS. Europejska wspólna polityka rolna i Zielony Ład to wielka szansa dla rolnictwa w Polsce. Zielony Ład i import produktów rolnych z Ukrainy oznaczają zniszczenie polskiego rolnictwa. PiS takich wypowiedzi pamiętać nie chce. Ja sobie nigdy nie przypominam, żebyśmy chwalili SAFE albo Zielony Ład. Ale w archiwach nic nie ginie. Po prostu uważają, że ich wyborcy to idioci, dlatego wiedząc nawet, że są archiwalne wypowiedzi, w których sami sobie zaprzeczają, i tak idą w zaparte. Tak jak w przypadku przekazania kilku pocisków do Patriotów. Rządzący podkreślają, że to nie osłabia Polski. Polska nie wyrywa się z wydatkami czy z donacjami do przodu przed innych. Działamy odpowiedzialnie i rozsądnie. A krytykowanie działań rządu w obszarze pomocy Ukrainie wpisuje się w narrację Kremla. Granie bezpieczeństwem jest najgorszym tematem ever. Dlatego że patrzy na to Putin, patrzy na to Rosja i się tylko uśmiecha. PiS, widząc słabnące sondaże, próbuje odzyskać elektorat i swoimi antyukraińskimi wypowiedziami dorównuje Grzegorzowi Braunowi. A takie radykalne nastroje tylko bardziej dzielą, niż łączą polskie społeczeństwo. Myślę, że teraz taka skrajna antyukraińskość i podważanie sensu pomocy Ukrainie, także militarnego, jest zagrożeniem dla Polski. Pytanie, czy podobnie uważa prezydent, bo Karol Nawrocki decyzje o przekazaniu pocisków także krytykuje choćby dlatego, że o niczym nie był informowany. W sieci odpowiedział mu szef MON. Podając konkretne daty, kiedy sprawa była omawiana na Komitecie Bezpieczeństwa Rady Ministrów. W trakcie której był obecny przedstawiciel głowy państwa. Informacje otrzymał także szef Kancelarii Prezydenta, Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Karol Nawrocki napisał, że z szefem NATO rozmawia o wielu sprawach, często bez konkluzji. Jak to się dzieje, że kiedy Polska jest narażona na różnego rodzaju dezinformacje, urzędnicy Kancelarii Prezydenta nie wahają się, by używać nieprawdziwych informacji, mówiąc wprost - kłamstw. Choć stawką jest bezpieczeństwo państwa, polityczny spór wciąż trwa. System światowego bezpieczeństwa oparty na sojuszach mogą czekać poważne testy, bo w ważnych miejscach na Ziemi armie wyszły z koszar i toczą wojny. W Ankarze NATO wyznaczyło sobie szczyt i debatuje o jedności, gotowości i pieniądzach. Artur Kieruzal wsłuchuje się w głosy tej debaty. Czy to rzeczywiście może być szczyt przełomowy w historii Paktu? Jeśli szczyt zakończy się zgodnie z projektem końcowej deklaracji, do historii mogą przejść 4 decyzje. Wszystkie państwa NATO zobowiążą się do stopniowego zwiększania wydatków na obronność. Europa ma znacznie większą odpowiedzialność wziąć na siebie za własne bezpieczeństwo. Dalsze trwałe wzmocnienie wschodniej flanki. Celem jest stworzenie takiego potencjału odstraszania, żeby Rosja nawet nie rozważała możliwości zaatakowania państw bałtyckich czy Polski. Ankara zamieniła się dziś w twierdzę. Bezpieczeństwa przywódców 32 państw strzeże ponad 70 tys. funkcjonariuszy. Największym wyzwaniem organizatorów nie jest dziś logistyka, a polityka. Od decyzji jednego człowieka może zależeć sukces całego szczytu. Dlatego sekretarz generalny NATO od tygodni przygotowywał grunt pod spokojny przebieg spotkania. Czego uczy nas piłka nożna? Że żadna drużyna nie wygrywa dzięki jednemu zawodnikowi. Potrzeba ich wielu. To nieprzypadkowa metafora. Była skierowana przede wszystkim do Donalda Trumpa. Europejscy przywódcy chcą pokazać, że coraz większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo bierze na siebie właśnie Europa. Działamy po to, by Rosja nie stanowiła większego zagrożenia dla Polski i całej Europy. Dlatego jesteśmy gotowi konsekwentnie robić to, co robiliśmy do tej pory. Na stole leżą cztery najważniejsze cele szczytu. Utrzymanie jedności Sojuszu, dalsza pomoc dla Ukrainy oraz szybkie zwiększenie produkcji uzbrojenia w Europie. Ale przede wszystkim zwiększenie wydatków na obronność z 2 do 5% PKB w każdym kraju. Ten mecz jeszcze się nie skończył. Rosja wydaje na zbrojenia 50% swoich wydatków. Efekty tej polityki świat ogląda niemal każdego dnia. Zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem szczytu rosyjskie rakiety ponownie spadły na Kijów. Dlatego Wołodymyr Zełenski przyjechał do Ankary z apelem. Dopóki ta wojna trwa, proszę, pomóżcie nam zdobyć więcej pocisków przeciwlotniczych. To jest teraz nasz najwyższy priorytet. To, co dzieje się w Ankarze, z uwagą śledzi także Kreml. Będziemy oczywiście śledzić wszystkie wiadomości i informacje napływające z Ankary. W okresie poprzedzającym szczyt usłyszeliśmy wiele oświadczeń dotyczących naszego kraju. Niestety nie były to oświadczenia o konstruktywnym zaangażowaniu i dialogu. W cieniu rozmów o Ukrainie rozgrywa się jednak jeszcze jedna polityczna historia. Jednym z największych zwycięzców szczytu może okazać się Recep Tayyip Erdogan. Jeszcze kilka lat temu Waszyngton karał Ankarę za zakup rosyjskich systemów S-400. Dziś Donald Trump otwarcie mówi o możliwości sprzedaży Turcji najnowocześniejszych myśliwców. Mamy lepsze relacje z Turcją. Z pewnością rozważylibyśmy taką możliwość. To obecnie najlepszy samolot. To pokazuje, jak bardzo zmieniło się strategiczne znaczenie tego kraju. Podobnie jak wschodniej flanki NATO, która również ma zostać znacząco wzmocniona. Mamy decyzję o produkcji rakiet dalekiego zasięgu. Jeżeli mamy wzmocnienie wschodniej flanki poprzez transfer technologii amerykańskiej i potwierdzenie zdolności sojuszniczych, to jesteśmy bezpieczniejsi. To może być jeden z najważniejszych szczytów NATO od zakończenia zimnej wojny. Bo stawką nie jest dziś tylko podpisanie wspólnej deklaracji. Stawką jest odpowiedź na pytanie, czy Sojusz zdoła zachować jedność, gdy Rosja prowadzi największą wojnę w Europie od zakończenia II wojny światowej. Marine Le Pen winna sprzeniewierzenia środków publicznych. Sąd w Paryżu wydał prawomocny wyrok i skazał liderkę skrajnej prawicy na trzy lata więzienia. Dwa z nich zawiesił, a rok kary Le Pen będzie musiała odbyć z opaską elektronicznego dozoru. Nie będzie się mogła ubiegać o funkcje publiczne przez 15 miesięcy. Jak to wpłynie na jej polityczne plany? Polityczna przyszłość Marine Le Pen, a tym samym przyszłość Francji i Europy, decydowała się dziś za tymi drzwiami. Sąd apelacyjny podtrzymał wyrok sądu I instancji i uznał Marine Le Pen winną sprzeniewierzenia środków publicznych. Jej partia wyłudziła blisko 3 mln euro, zatrudniając w Parlamencie Europejskim asystentów, którzy de facto pracowali tylko na rzecz partii we Francji. Przywłaszczyli oni środki publiczne, pieniądze należące do europejskich podatników, a także do obywateli Francji. Mówimy o tym od lat, a teraz zostało to potwierdzone po raz drugi. Ale sąd zmniejszył wymiar kary, zamiast 4 lat więzienia - 3, w tym dwa w zawieszeniu i rok nadzoru elektronicznego. Zamiast 5-letniego zakazu startu w wyborach - 45 miesięcy, w tym 15 w zawieszeniu. Te karę Le Pen już odbyła. Natychmiast po tym wyroku w sądzie panowało wielkie poruszenie, bo wciąż nie wiadomo, czy Le Pen wystartuje w wyborach prezydenckich. Teoretycznie kandydować może, ale musi nosić elektroniczną bransoletkę. Co znacznie utrudni jej kampanię. Rozważamy obecnie orzeczenie jako całość. Przemyślimy je dziś po południu i wydamy dalsze oświadczenie dotyczące ewentualnych dalszych kroków. Partia może domagać się skrócenia wyroku albo od razu postawić na kandydata B. Jest nim utalentowany i zaledwie 30-letni Jordan Bardella. Już szuka poparcia za granicą, w tym w Polsce. I też może wygrać. Sondaże wyborcze pokazują, że niezależnie od kandydata... Skrajna prawica wygrywa w pierwszej i drugiej turze wyborów. Bardella prowadzi nieco bardziej liberalną politykę niż Le Pen, ale główne linie programu są te same. To zmniejszenie wkładu Francji do unijnego budżetu, opuszczenie struktur dowodzenia NATO czy ograniczenie pomocy dla Ukrainy i zbliżenie z Moskwą. Ich program jest jasny: priorytet dla Francji. Czekają na dojście do władzy już od 50 lat. Więc zwykłe pokrzykiwanie czy obrona francuskich interesów w Brukseli ich nie zadowoli. Według opozycji i ekspertów to Le Pen miałaby większe szanse wprowadzić się do Pałacu Elizejskiego. Bo po trzech startach w wyborach prezydenckich i dwóch awansach do II tury ma dużo większe doświadczenie. Wybory prezydenckie nad Sekwaną już za 9 miesięcy. W Lutyni pod Wrocławiem strażacy gasili pożar, a musieli ratować życie. W płomieniach natrafili na dwie ciężko ranne kobiety pokłute nożem. Przeżyła jedna. Ponurą prawdę o tej zbrodni będzie musiało ustalić śledztwo i może nie potrwa długo, bo sprawca ujęty, ale nie będzie łatwe dla śledczych, bo ofiary to matka i córka, a zabójca to syn i brat. Grozi mu dożywocie. Jechali do pożaru. Trafili na miejsce zbrodni. To nie są wypadki, które zdarzają się codziennie. W Lutyni pod Wrocławiem służby powiadomiono o podpaleniu garażu i stodoły. Strażacy podczas gaszenia pożaru znaleźli dwie ranne kobiety. Matkę i córkę. Kobiety miały liczne rany kłute. Chłopaki są w szoku, bo pierwszy raz taka akcja. Na głęboką wodę zostali wrzuceni, bo to i pożar, i opatrywanie rannej. Życia 20-latki nie udało się uratować. Matka w stanie ciężkim trafiła do szpitala. W tym samym czasie policja szukała sprawcy. Zatrzymano 22-latka - syna i brata ofiary. Przyznał się do ataku nożem na siostrę i matkę. Odmówił odpowiedzi na pytanie dotyczącego motywów zbrodni. Mężczyzna usłyszał już zarzut zabójstwa i usiłowania zabójstwa. Grozi mu dożywocie. Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci sytuacją. Naprawdę ogromna tragedia. Coś, co się dzieje w tej chwili na świecie, to w pale się nie mieści. Prokuratura złożyła wniosek o tymczasowy areszt dla podejrzewanego. Równocześnie sprawdza, czy pożar nie miał zatrzeć śladów zbrodni. Emocje jego osiągnęły apogeum, nad którym nie potrafił zapanować i się po prostu rozładował. Dokonał rzeczy strasznej. Śledczy odtwarzają nie tylko przebieg zbrodni, ale także relacje panujące w tej rodzinie. To właśnie one mogą doprowadzić do ustalenia motywu. Wygląda na to, że sprawa była znana w sąsiedztwie. Konflikt jest przenoszony. Najwyraźniej nie wyglądał dla ludzi na jeszcze taki, który mógłby doprowadzić do tak makabrycznej zbrodni. To kolejna tragedia, która pokazuje, że najczęściej do zabójstw dochodzi wśród osób, które się dobrze znają. Sołtys wsi apeluje o powstrzymanie się od krzywdzących komentarzy. Smutna rzecz i niespodziewana, że w takiej miejscowości do takiej rzeczy doszło. Jak jedna osoba ginie, a druga jest ranna, to jest ogromna tragedia. Śledczy wiedzą już kto. Teraz próbują znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego. 3000 ludzi trzeba było ewakuować z budynków w centrum Wrocławia, po tym jak w czasie prac budowlanych natrafiono na ćwierćtonowy niewybuch. Pod koniec II wojny światowej Festung Breslau była miastem fanatycznie bronionym. I niebezpieczne wojenne pamiątki, przypominają tę historię dość często. Proszeni są o niezwłoczne opuszczenie mieszkań ze względu na istniejące zagrożenie wybuchem. To apel, który mieszkańcy kilku ulic w centrum Wrocławia usłyszeli dziś rano. Niewybuch z czasów II wojny światowej, na który podczas wykopów trafili pracownicy budowy przy ulicy Trzemeskiej, okazał się na tyle duży, że konieczne było zatrzymanie prac i ewakuacja. Ten ładunek i jego masa szacowana na około 250 kg spowodowała, że ten promień 300 metrów jest dość obszerny. W sumie trzeba było ewakuować 3000 osób mieszkających lub pracujących na obszarze pomiędzy ulicą Braniborską a Legnicką, jedną z głównych arterii prowadzących do centrum miasta. Tuż po godzinie 8.30 ruchliwa trasa została zamknięta, co sprawiło, że wokół wyłączonego terenu natychmiast powstały ogromne korki. Jest komunikacja prowadzona objazdami, ale mimo wszystko ze względu na wycięcie tych głównych ulic miast w mieście są utrudnienia. Część mieszkańców ewakuowała się na własną rękę, innym na czas pracy saperów schronienie zapewniono w okolicznej szkole. Pobudka o godzinie 7.00, a ja całą noc nie mogłam spać, bo się denerwowałam. Takie nerwy to dla Wrocławian nie pierwszyzna. Co kilka tygodni na nowych budowach odkrywane jest to, co znalazło się pod ziemią 80 lat temu. Pod koniec II wojny światowej Breslau, podobnie jak wiele innych miast III Rzeszy, został ogłoszony twierdzą. Znajdowane dziś niewybuchy to dla historyków kolejne potwierdzenie, jak mocno Festung Breslau dotknęły ostatnie miesiące II wojny światowej. Armia Czerwona przynajmniej dwukrotnie przeprowadzała bardzo silne naloty przede wszystkim na centrum miasta, więc pozostałości muszą być jeszcze w ziemi. Mniejsze znaleziska odkrywane są co kilka tygodni. Takie jak to, wymagające skomplikowanej ewakuacji i przypominające mieszkańcom wojenną historię Wrocławia średnio raz w roku. Na razie niezidentyfikowany, chyba młody człowiek, gnał wiślanymi bulwarami w Krakowie na elektrycznym jednośladzie. Mało o nim wiadomo, bo kask chronił jego prywatność i głowę. Mijanych ludzi przed nim nie chroniło nic. Prędkość była nielegalna, ale osiągalna, bo takie elektryki sporo mogą, a brawurowi mistrzowie prostej nie mają oporów. O kłopotliwym trendzie, oby do zahamowania. Kraków. Bulwary wiślane. Miejsce, gdzie jeżdżą rowery i spacerują turyści, ten człowiek potraktował jak tor wyścigowy. Te pojazdy poruszają się bardzo szybko, bez uwagi na pieszych, na rowerzystów. Jechał po ścieżce rowerowej i pasie dla pieszych. Pracujemy nad tym, żeby ujawnić tego kierującego i żeby wyciągnąć wobec niego zasłużoną karę. A kara za taką jazdę motocyklem elektrycznym może wynieść nawet 3000 zł. Użytkownicy są bardzo nieodpowiedzialni. Może powinny być bardziej wydzielone te ścieżki, jak ścieżki rowerowe. A to sytuacja sprzed kilku dni ze wsi Kozin w województwie pomorskim. Hulajnoga i prędkość prawie 70 km/h na drodze wojewódzkiej. Takich niebezpiecznych sytuacji z udziałem pojazdów elektrycznych jest coraz więcej, bo lawinowo rośnie liczba ich użytkowników. Hulajnogi elektryczne - 20 km/h rowery elektryczne - 25 km/h. Takie są limity prędkości. Ale w praktyce na ścieżkach rowerowych panuje wolna amerykanka, czyli dużo szybsza jazda. Dla tradycyjnych rowerzystów, a szczególnie dla pieszych, to coraz większe zagrożenie. Tylko w tym roku doszło do 640 wypadków z udziałem hulajnóg elektrycznych, w których zginęło już 9 osób. Najbardziej obawiam się rozpędzonych rowerzystów, ludzi, którzy niezgodnie z prawem korzystają z hulajnóg elektrycznych i tych, którzy bezprawnie korzystają z pseudomaszyn do przewożenia posiłków. Problemem są też pojazdy elektryczne, które nie spełniają norm polskiego prawa. Rowery elektryczne teoretycznie pomagają tylko przy wolnej jeździe. Taki silnik powinien być odłączany automatycznie przy przekroczeniu 25 km/h. Ale w praktyce bardzo łatwo taką blokadę nielegalnie usunąć i pędzić. Musimy zablokować możliwość sprowadzania takiego sprzętu do Polski, który potem będzie bardzo łatwo przerobić i który będzie stanowił zagrożenie w ruchu drogowym. Policja ma tzw. hamownie, które sprawdzają takie przeróbki, ale w praktyce rzadko ich używa. Dla policji tego typu wykroczenia są niskim priorytetem. Jeśli chodzi o e-motorowery, czyli np. dostawców, którzy poruszają się stołecznymi i innymi chodnikami w naszych polskich miastach, Jest szansa, że w najbliższych miesiącach doczekamy się rozwiązań prawnych, które nadążą za technologią i poprawią bezpieczeństwo na drodze. Szlachetna Paczka rozpoczęła rekrutację wolontariuszy. Będą oni pomagać rodzinom, które znalazły się w trudnej sytuacji. Wolontariusze będą odwiedzać rodziny oraz osoby samotne ze swojej okolicy, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej. Rozpoznają najważniejsze ich potrzeby i pomogą wyłonić te osoby, które później będą objęte wsparciem. Do akcji można dołączyć na przykład przez stronę szlachetnapaczka.pl. Psycholodzy alarmują: śpimy za krótko. Jakość i długość snu ma ogromne znaczenie i nie jest tak, że to nasza prywatna sprawa. Człowiek wyspany to człowiek wypoczęty, co daje o sobie znać także w jego kreatywności i wydajności. Gospodarka lubi wyspanych i wylicza, ile ją kosztują dniówki niewyspanych. Ile można zyskać na jawie, gdy się dobrze pracuje we śnie? Zbigniewa Przybyła wstaje o 6.00, by na rowerze w godzinę dojechać do firmy. Później czeka go praca za biurkiem, na której cieniem kładzie się poprzednia noc. Przez stres ciężko śpię, krótko śpię i ten sen jest przerywany. To problem już co trzeciego młodego Polaka. A ciężkie powieki to ciężar dla pracodawcy. Niewyspanie powoduje mniejszą efektywność, co wpływa na relacje w zespole, co wpływa na efektywność wykonania zadań. Efekt: straty dla gospodarki. Rocznie 17 mln roboczodniówek i blisko 9 mld zł. Kiedy pracownik jest pod wpływem alkoholu albo pod wpływem narkotyków, to wiemy co zrobić, dajemy radę. Jeśli pracownik jest chronicznie niewyspany, nie mamy żadnych procedur. To tak zwany prezenteizm, czyli obecność w pracy tylko ciałem, a nie umysłem. Spanie krócej niż sześć godzin ma swoje konsekwencje. Niezdolność do zapamiętywania nowych informacji, opamiętywania tego, co mamy w zasobach pamięciowych. Zwiększa się też ryzyko udaru, chorób serca i układu pokarmowego. Objawy zmęczenia pojawiają się po kilku dniach. Mogą one się przeradzać w faktyczne dolegliwości związane z bólami brzucha, niepokojem, zawrotami głowy. Lekarze przekonują, że zdrowy sen powinien trwać od 7 do 9 godzin. Pijemy coraz więcej energetyków, bo chcemy być żywotni w ciągu dnia. To powoduje, że później zasypiamy. Robi się błędne koło. Młodzież śpi dość mało przez ekrany. Myślę, że to wpływa na jakość naszego snu. Osoby przeglądające telefon do poduszki zwykle mają problem z zaśnięciem. Są nadmiernie eksponowane na niebieskie światło, które przestawia rytm dobowy, zaburza jakość snu i sprawia, że nie jest regenerujący. W walce z zaburzeniami snu najskuteczniejsza jest zmiana nawyków. Pomocne mogą być techniki relaksacyjne i unikanie stresu. Staram się ciężko pracować, ale znaleźć także czas na regenerację. Myślę, że najważniejszy jest balans. Jeśli problemy ze snem trwają dłużej niż kilka tygodni, pomocy warto poszukać u lekarza. W "Pytaniu dnia" Cezary Tomczyk, wiceminister obrony narodowej - gość Piotra Maślaka.