Spór o order. Czy ukraiński prezydent straci najwyższe polskie odznaczenie? Heroina przejęta. Tona białej śmierci w gdyńskim porcie. Eskalacja konfliktu. Coraz mniej szans na pokój na Bliskim Wschodzie? Joanna Dunikowska-Paź. Dobry wieczór. "19:30" zaczynamy od pytania, czy ukraiński prezydent straci najwyższe polskie odznaczenie. Opinia Kapituły Orderu Orła Białego trafiła do prezydenta. Decyzja ma być - jak czytamy - w odpowiednim czasie. Jest także publiczny apel premiera do prezydentów Nawrockiego i Zełenskiego o bezpośrednią i szczerą rozmowę, skoro dyplomacja nie przynosi efektów. Efekty sporu widać jednak gołym okiem i - jak się okazuje - potrafią także zmieniać trasy prezydenckich podróży. Nie w Pałacu Prezydenckim, a tu, w letniej rezydencji prezydenta w Juracie, ważyły się losy odznaczenia dla Wołodymyra Zełenskiego. Tutaj wszystko idzie w takim kierunku, jak czują i jakie emocje mają Polacy. Pytanie tylko, co dalej. Bo decyzja kapituły to ważny, ale symboliczny gest. Jaka decyzja? Nie wiemy. Obóz prezydencki znowu zachowuje się jak taki przedszkolak, który biegnie do piaskownicy, nasika jako pierwszy, żeby powiedzieć: to jest mój teren, ja pierwszy zgłosiłem ten postulat. Nie można tak robić. To są za poważne rzeczy. Bo prezydent Nawrocki tuż po informacji o tym, że Zełenski nadał nazwę bohaterów UPA jednej z ukraińskich jednostek specjalnych... Jestem oburzony. ...zapowiedział, że Order Orła Białego powinien mu zostać odebrany, ale oprócz zapowiedzi i zwołania kapituły nie zrobił nic. Apeluję do władz Ukrainy o ponowne rozważenie tej decyzji. Dialogu za to szukali rządzący i apelowali do ukraińskiej administracji. Nie rozumiem, dlaczego podejmują decyzję, która sprawia ból państwu, które tak wiele zrobiło, żeby pomagać. Jeszcze w trakcie obrad kapituły premier wezwał Karola Nawrockiego i Wołodymyra Zełenskiego do bezpośredniej i szczerej rozmowy, ponieważ dyplomacja nie przyniosła żadnych efektów. Kijów do Warszawy wysłał swojego przedstawiciela. Kyryło Budanow miał wybadać polskie reakcje. Spotkał się z przedstawicielami prezydenta i rządu. Przekonał się, że wszyscy rozmówcy mówią do niego to samo, że nie ma tutaj jakiejś dyskusji czy rozbieżności. Jak przekonują nas osoby znające szczegóły rozmów, te do łatwych nie należały. Rząd wywiera presję na stronę ukraińską, by ta cofnęła decyzję o nadaniu jednostce imienia bohaterów UPA. Kluczowa miała być rozmowa z Aleksandrem Kwaśniewskim, którego Ukraińcy bardzo szanują. Mam nadzieję, że szybko się opamięta strona ukraińska, bo nie potrzebujemy symbolicznych gestów i symbolicznego konfliktu. Na razie, jak przekazuje ukraińska agencja informacyjna, po wizycie Budanowa w Warszawie Udało się uniknąć najgorszego scenariusza. Jednak od wielu lat relacje polsko-ukraińskie nie były aż tak trudne. A świadczyć o tym może fakt, że Wołodymyr Zełenski udał się do Londynu z lotniska w Mołdawii, a dotychczas samolot prezydenta startował z Jasionki koło Rzeszowa. Może różne drogi wybierać. To jest techniczna sprawa, skąd leci, a nie polityczna. PiS wykorzystuje sytuacje i chce, żeby Sejm uchwałą uczcił pamięć ofiar Wołynia. Jedocześnie atakuje Zełenskiego. Gdyby Polska nie pomogła Ukrainie po 24 lutego na skalę, jaką się zaangażowaliśmy, Zełenski nie byłby dzisiaj prezydentem. Śmiem twierdzić, że nie wiadomo w ogóle, gdzie by był. Order Orła Białego Zełenski otrzymał z rąk Andrzeja Dudy. Odznaczenie było wyrazem wsparcia dla całej walczącej Ukrainy. Wołodymyr Zełenski otrzymał Order Orła Białego w innym czasie Komentuje dziś były prezydent. Wtedy, kiedy my dzisiaj kłócimy się o historię z Ukraińcami, szampany strzelają na Kremlu, więc my musimy te relacje ułożyć na prawdzie, pojednaniu i otwarciu nowego rozdziału. O odebraniu najwyższego odznaczenia państwowego prezydentowi Ukrainy ostatecznie zadecyduje premier. Potrzebna do tego jest jego kontrasygnata. Niezależnie od napięć na linii Kijów - Warszawa w Ukrainie rozpoczynają się poszukiwania ofiar rzezi wołyńskiej. Ponad 80 lat po tym, jak oddziały policji SS złożone głównie z Ukraińców przy wsparciu UPA wymordowały większość mieszkańców Huty Pieniackiej, a miejscowość następnie spaliły, ruszają poszukiwania. IPN ma zamiar odnaleźć i zidentyfikować kilkaset ofiar zamordowanych Polaków przez ukraińskich nacjonalistów. Za wyjątkowy turniej w Paryżu i piękne sportowe emocje należało się królewskie powitanie. Wicemistrzyni French Open Maja Chwalińska wróciła do kraju oficjalnie jako 21. rakieta w rankingu i jako nasza niekwestionowana duma narodowa. Choć turniej był wyczerpujący i pani Maja, jak sama przyznała, marzy, by po prostu się wyspać i dobrze zjeść, to znalazła jeszcze chwilę, by odebrać morze kwiatów, gratulacji i podziękowań. W Polsce zapanowała majomania. Tenisistka wróciła do Warszawy specjalnym samolotem LOTMAJA. Na lotnisku tłum, transparenty, tenisowe piłki i wielka nadzieja na autografy. Żeby przywitać Maję, niektórzy poszli nawet na wagary. Są rzecz ważne i ważniejsze. Usprawiedliwią to nauczyciele jakoś? Myślę, że tak. Jak pokażemy zdjęcie i autograf, to na pewno. Bo przez ostatnie 3 tygodnie cała Polska żyła paryskim snem Mai. Chciałam ją tutaj w gronie fanów powitać osobiście. I podziękować za te emocje, których nam dostarczyła. Jaką jest miła sympatyczną, uroczą wręcz osobą. - Jest wielka? - Myślę, że tak. A będzie jeszcze większa. W stolicy przyjęto ją jak mistrzynię, a zainteresowanie kibiców zaskoczyło samą tenisistkę. Skala tego była ogromna, więc dziękuję wszystkim. Cieszę się, że mogłam wam sprawić tyle radości. Maja była sensacją w Paryżu. Jest pierwszą kwalifikantką w historii, która dotarła do finału French Open, a w rankingu WTA awansowała o zawrotne 93 miejsca. Nadzieje kibiców są mocno rozbudzone przed Wimbledonem. Myślę, że mój tenis pasuje też do tego, żeby na trawie grać dobrze. Bo mogę wykorzystywać dużo mojego czucia, geometrii kortów, slice'a, skrótów. Do Anglii pojedzie na pewno, choć miejsca w turnieju przyznano jeszcze przed jej awansem w rankingu. Zagadką pozostaje, czy Chwalińska będzie musiała grać w kwalifikacjach, czy otrzyma dziką kartę. Podobno są dwie dzikie karty, a trzy zainteresowane. Serena, Venus i Maja. Przed organizatorami Wimbledonu trudny wybór. I to jest najlepszy dowodem, że Maja znalazła się w tenisowej Elicie. Doborowe towarzystwo. Jeszcze 3 tygodnie temu nie byłoby tematu, bo są to legendy tenisa. A teraz wierzę, że młodość przekona Wimbledon. Decyzja Brytyjczyków ma zapaść w połowie czerwca. Oglądają Państwo "19:30" w poniedziałek. Mamy dla Państwa jeszcze m.in. takie tematy. Sekundy od tragedii. Wyjątkowa nieodpowiedzialność. Przechodzenie tuż przed pociągiem. Nie byłby w stanie wyhamować, gdyby mu ktoś wtargnął w ostatniej chwili. Pośpiech, który mógł kosztować życie. Po prostu przez tory, żeby jak najszybciej. Kontenery wypełnione heroiną w gdyńskim porcie. W transporcie ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich zamiast dekoracyjnych cegieł służby odkryły rekordowy przemyt narkotyków. W ramach międzynarodowej współpracy zatrzymano 3 osoby i podobno to dopiero początek. Zawartość tych kontenerów z Emiratów Arabskich od początku wzbudziła podejrzenia służb. Z Dubaju powinna być czekolada dubajska albo daktyle, a tu do Polski przypłynęła cegła elewacyjna. Psy wywęszyły jednak coś jeszcze. Dzięki pracy czworonożnych funkcjonariuszy pod cegłami odkryto tonę heroiny. Jej czarnorynkowa wartość to 220 mln zł. To największa tego typu operacja antynarkotykowa ostatnich lat. Statek z heroiną zawinął do portu w Gdyni w marcu. Już wtedy służby wiedziały, że cegły to tylko przykrywka, a nadawcą ładunku są azjatyckie kartele narkotykowe. Wystarczyło tylko cierpliwie czekać na adresata. Przez 2 miesiące funkcjonariusze Krajowej Administracji Skarbowej i Centralnego Biura Śledczego Policji trzymali rękę na pulsie, czekali, kto zgłosi się po tę tonę heroiny. Zgłosiły się 3 osoby. Postawiono im zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i przemycania narkotyków. Ich zadaniem było przetransportowanie heroiny w głąb Europy. Niewykluczone, że część trafiłaby na polski rynek. Tona zabezpieczonej substancji, ohydnej substancji, która niesie śmierć. Bo jej przedawkowanie jest bardzo proste, a skutki przedawkowania - tragiczne. Spowalnia napęd oddechowy, czyli w którymś momencie przestaniemy oddychać. A pomiędzy zatrzymaniem oddechu a zatrzymaniem krążenia to zaledwie 4 minuty. Heroina błyskawicznie zabija i błyskawicznie uzależnia. Dlatego dla przestępców handel narkotykami to niezmiennie żyła złota. 80-90% działalności tych grup przestępczych to właśnie handel narkotykami, przemyt narkotyków. Tutaj się zarabia najwięcej. Polskie służby intensywnie walczą z przemytem narkotyków. W ostatnich latach zyskały nowe urządzenia do dokładnego prześwietlania ładunków. Nowoczesne RTG, gdzie możemy pokazywać różne struktury. Do tego oko AI, tak to się nazywa, czyli system informatyczny wspierany przez sztuczną inteligencję. To efekty. Przez 5 miesięcy tego roku zarekwirowano kilka razy więcej narkotyków niż przez cały 2022 rok. Choć nie zawsze wielkie ilości pokazują wysoką skuteczność służb. O innej skali działania będziemy mówić, jeżeli powiemy o przemycie kilograma fentanylu, co jest wartością kosmiczną, a tony heroiny. Każdy narkotyk ma inną charakterystykę. Wszystkie są jednak zagrożeniem. Dlatego każdy udaremniony przemyt jest na wagę złota. Bilion złotych w ciągu 10 lat. Polskę czekają bezprecedensowe inwestycje w energetykę, głównie wiatrową - powiedział minister aktywów państwowych Wojciech Balczun. W najbliższym 10-leciu na energetykę wydamy bilion złotych. Takich inwestycji nie było nigdy w historii. I to, co jest kluczowe z perspektywy polskiego rządu, to jest to, żeby beneficjentami w jak największym stopniu były polskie firmy, żeby te inwestycje oznaczały transfer technologii, żeby oznaczały nowe miejsca pracy. Wakacje upłyną pod znakiem samorządowej kampanii w Krakowie, która będzie rezonowała w całym kraju. Ale najpierw trzeba ustalić, kto urlop zamieni na prezydencką rywalizację. Znamy już niemal wszystkich kandydatów, których proponują poszczególne ugrupowania. Niewiadomą pozostaje kandydat Koalicji Obywatelskiej i PSL. Podobno ma być wspólny i nieoficjalnie pojawiły się konkretne nazwiska. Kto już jest, a kto może dołączyć do krakowskiego wyścigu? Rafał Sonik. To on miałby być wspólnym kandydatem Koalicji Obywatelskiej i PSL na prezydenta Krakowa. Kilka osób z otoczenia liderów politycznych obecnej koalicji rozmawiało ze mną niedawno o tym, czy zgodziłbym się kandydować. Utytułowany kierowca rajdów terenowych - na quadzie wygrywał m.in. Dakar. Biznesmen działający na rynku nieruchomości komercyjnych i filantrop. Jeszcze nie zdecydował, czy przyjmie ofertę. Moja agenda pozwala na podjęcie decyzji około 15 czerwca, czyli pewnie w przyszłym tygodniu. Natomiast jeśli agenda moja nie pokryje się z agendą czy to wyborczą, poreferendalną, czy to z agendą polityczną partii, to trudno. Partia, która właśnie straciła prezydenta Krakowa, odwołanego w referendum, jest w trudnym położeniu. Będzie to kandydatura dająca nowy początek, zupełnie inną wizję, inny profil niż dotychczasowy prezydent Krakowa. Kandydat spoza polityki - menadżer - mógłby być dla Koalicji Obywatelskiej asem z rękawa. To są takie kompetencje menadżerskie i tutaj doświadczenie kandydata może mieć znaczenie. Ale nie brakuje takich sugestii od politycznych suflerów. Chłopie, nie pakuj się w to. Takiej rady bym udzielił. Kraków jest dzisiaj polem polaryzacyjnej bitwy dwóch polaryzacyjnych bulldogów. Czy jest sens w tę bitwę się pakować? PiS wystawił obecnego wiceprzewodniczącego rady miasta - Michała Drewnickiego. Ja się nikogo nie boję. Sądzę, że trzeba przede wszystkich walczyć o mieszkańców. Swoich kandydatów ogłosiła już większość ugrupowań. Do grona kandydatów dołączyła właśnie kandydatka Lewicy. Mobilizujemy się w ważnych sprawach. Potrafimy walczyć o to, żeby Kraków był dla nas lepszy. Startu nie ogłosił jeszcze oficjalnie Łukasz Gibała, o którym mówi się, że jest niemal pewnym uczestnikiem drugiej tury wyborów. Pod koniec maja w referendum władzę w Krakowie stracił Aleksander Miszalski. Przedterminowe wybory prawdopodobnie odbędą się w sierpniu. Alarm powietrzny dla mieszkańców wschodniej Łotwy i pierwszy raz, gdy nad terytorium tego kraju zestrzelono bezzałogowy statek powietrzny. Choć kolejny, gdy kraje bałtyckie bezpośrednio odczuwają skutki rosyjskiej agresji i jak ostrzega łotewska armia, będzie ich więcej. Także w Polsce trwają ćwiczenia, które mają odstraszać agresora. To moment zestrzelenia przez myśliwce NATO drona, który dziś rano wtargnął w przestrzeń powietrzną Łotwy. Około godziny 9.00 miejscowego czasu łotewskie siły zbrojne ogłosiły alarm przeciwlotniczy dla mieszkańców regionów na wschodzie kraju. Do akcji natychmiast wkroczyły siły powietrzne NATO. Nasze czujniki wykazały, że dron wleciał na Łotwę w wyniku rosyjskiej broni elektromagnetycznej. Został on zniszczony dzięki Misji Baltic Air Policing. To, co pokazuje dzisiejsze działanie: że NATO działa, NATO jest skuteczne, NATO chroni swoich członków. W tym konkretnym wypadku interweniował francuski myśliwiec Rafale stacjonujący w bazie w Szawlach na Litwie. Według wstępnych informacji nikt nie ucierpiał, ale łotewskie służby wciąż badają miejsce zdarzenia. To kolejny taki incydent w państwach bałtyckich. Tylko w ciągu ostatnich dwóch miesięcy doszło do kilkunastu podobnych zdarzeń w regionach graniczących z Rosją i Białorusią. Takich ataków na Litwie, Łotwie, Estonii i w Polsce należy się spodziewać. 2026 rok to będzie rok ataków dronami. Rosja to wykorzysta, a Ukraina będzie próbowała odpowiedzieć. A to oznacza, że wschodnia flanka NATO, łącznie z polskimi siłami zbrojnymi, musi być w pełnej gotowości. Dlatego wszystkie elementy systemu obronnego doskonalimy m.in. w taki sposób. Tak ćwiczą nasi terytorialsi, którym dzisiaj towarzyszyliśmy z kamerą podczas wspólnych manewrów z żołnierzami amerykańskiej Gwardii Narodowej. To największe w historii ćwiczenia Wojsk Obrony Terytorialnej. Na poligonie w Toruniu są wykorzystywane niemal wszystkie elementy bojowe tej formacji. Dzisiaj pierwszy raz dowódca kompanii występował w roli kierującego ogniem, całą kompanią, miał do dyspozycji drony, artylerię, śmigłowce. I to wszystko musiało ze sobą współgrać dzięki precyzji, doświadczeniu i pełnemu zaangażowaniu. Od umiejętności medycznych, snajperskich po umiejętności dronowe. Było sześć różnych specjalizacji i dzisiaj widzieliśmy efekty, gdzie było połączenie wszystkich tych zdolności. Zdolności, które w ostatnich dniach Wojska Obrony Terytorialnej mogły rozwijać razem ze swoim amerykańskim odpowiednikiem. Ta współpraca to dla nas szansa na wymianę doświadczeń i podzielenie się przydatną wiedzą, co widać było na ćwiczeniach, gdzie mogliśmy kooperować na różnych polach. A zdobyte na poligonie doświadczenie może okazać się bezcenne. Zakończenie konfliktu na Bliskim Wschodzie niebawem - niezmiennie przekonuje Donald Trump i tylko to, co pokazuje rzeczywistość, może mocno zaskoczyć. Iran i Izrael przekazują sobie cios za ciosem, do ataków dołączają także bojownicy Huti, ogłaszając blokadę Morza Czerwonego. O chaosie w regionie - Klaudia Kocimska. Przedmieścia Bejrutu i południe Libanu znów pod izraelskim ostrzałem. Siły Obronne Izraela będą kontynuować działania na terenie Libanu i nasilać ataki na Hezbollah. Kilka dni temu ustalono zawieszenie broni między Izraelem a Libanem. Warunkiem miało być zaprzestanie walk przez Hezbollah i wycofanie z południa Libanu. Hezbollah na rozejm się nie zgodził. Izraelska armia przed atakiem wydała nakazy ewakuacji dla ludności cywilnej. Uciekliśmy i kiedy wróciliśmy, okazało się, że nasz dom jest poważnie uszkodzony. Wszystko jest zniszczone, okna, drzwi, nawet łóżka. Nie da się już mieszkać. Atakują ludzi, kamienie i drzewa. Tu nie ma celów wojskowych, nie ma Hezbollahu. Zaatakowali kawiarnię, w której odpoczywali ludzie. W odpowiedzi Iran i jemeńscy bojownicy Huti wystrzelili rakiety w kierunku Izraela. W całym kraju wyły syreny alarmowe. Zamknięto szkoły i wprowadzano zakaz zgromadzeń. Izrael przygotowywał się na odwet. Jesteśmy silni i nie martwimy się. Mam nadzieję, że Trump zrozumie, że teraz nie będzie spokojnie z Irańczykami. W rozmowie z portalem Axios amerykański prezydent dał jednak do zrozumienia, że nie chce, by Izrael kontynuował te ataki. Zadzwonił i powtórzył to ponownie w mediach społecznościowych. Administracja Donalda Trumpa sygnalizuje, że rozmowy z Teheranem nie są zerwane i że to Trump decyduje, a nie Benjamin Netanjahu. Mogą się zdarzać sporadyczne incydenty, ale teraz prezydent jest zdecydowany uzyskać dla USA bardzo korzystne warunki. Izrael i Iran ogłosiły ostatecznie, że wstrzymują ataki, ale pozostawiają sobie furtkę, by wznowić je w każdym momencie. Historyczne przemówienie papieża w hiszpańskim parlamencie. Leon XIV przed Kongresem Deputowanych mówił o ochronie życia, rodziny, godności czy pokoju, ale także wyzwaniach związanych z migracją i rozwojem sztucznej inteligencji. Wystąpienie papieża nagrodzono kilkuminutową owacją na stojąco, a co warto z niego zapamiętać? Historyczna wizyta Leona XIV w hiszpańskim parlamencie przypadła na moment wyjątkowo głębokich podziałów politycznych, zarówno w tym gmachu, jak i na ulicach kraju. Świat przeżywa głęboki kryzys duchowy i kulturowy, który objawia się wielorakimi formami przemocy, polaryzacji i wzajemnej nieufności. Broń może wymusić tymczasową ciszę, ale nigdy nie zbuduje prawdziwego i trwałego pokoju. Leon XIV mówił o szacunku dla człowieka, o godności, o odpowiedzialności za słabszych. O potrzebie dialogu w świecie coraz bardziej podzielonym przez politykę. Jego słowa trafiały do kraju, który od miesięcy żyje w cieniu ostrego konfliktu między lewicą a prawicą. Papież może nam pomóc, bo ta polityczna niestabilność jest straszna. Byłoby dobrze, gdyby politycy go wysłuchali. Jeśli będą otwarci na to, co się do nich mówi, to papież może mieć wpływ. Leon XIV unikał języka konfrontacji. Zamiast wskazywać winnych, zachęcał do budowania wspólnoty i szukania tego, co łączy. A zainteresowanie jego wizytą nie słabnie. Bo niezależnie od poglądów politycznych wielu Hiszpanów widzi dziś w papieżu nie tyle przywódcę religijnego, ile jednego z nielicznych światowych liderów, który zamiast podsycać podziały, próbuje je zasypywać. Zarzut zabójstwa i oczekiwanie na decyzję o ewentualnym areszcie dla Damiana F., który przyznał się do zamordowania 16-latki z Białej Podlaskiej. Ciało dziewczyny z ranami kłutymi znaleziono w piątek w jednym z mieszkań na terenie powiatu bialskiego. Według prokuratury mężczyzna po zbrodni miał zacierać ślady. Ostatecznie zdradziło go niepokojące zachowanie. 19-latkowi grozi dożywocie. Byli parą i mieszkali pod jednym dachem od trzech miesięcy. Ta miłosna historia ma jednak makabryczny finał. W piątek policja znalazła zwłoki 16-latki. Ujawniono liczne rany o charakterze ciętym i kłutym w okolicy klatki piersiowej i szyi. Ciało Gabrieli K. znaleziono pod kołdrą w mieszkaniu przy ulicy Polnej w Białej Podlaskiej. Ze zgłoszenia wynikało, że rodzina nie ma z nią kontaktu już od kilku dni. Życie nożem nastolatce odebrał jej partner, 19-letni Dominik F. Musiał nastąpić jakiś impuls, wywołany na skutek jakiegoś nieporozumienia, sprzeczki czy jakaś sytuacja życiowa, która ich spotkała. Sprawca po wszystkim próbował nieudolnie zacierać ślady, m.in. uszkodził kartę SIM w telefonie swojej partnerki. Ja mam wnuczkę 16-letnią i nie wyobrażam sobie, żeby coś takiego mogło się stać. Podejrzany odnalazł się w okolicach Radzynia Podlaskiego. Biegał po okolicznych łąkach bez odzienia. Policjanci dopiero po wezwaniu posiłków zdołali ująć mężczyznę. Przez nietypowe i agresywne zachowanie mężczyzna trafił na oddział psychiatryczny miejscowego szpitala. Bo choroba tak może wyglądać. Zdaniem eksperta mogło dojść do nagłego ataku psychozy. Mężczyzna nie leczył się psychiatrycznie. Pod działaniem psychozy człowiek robi bardzo, bardzo różne rzeczy, nie do końca zrozumiałe, gdy analizujemy to w oparciu o tak zwany zdrowy rozsądek. Śledczy sprawdzają, czy tegoroczny maturzysta w momencie popełnienia zbrodni był pod wpływem narkotyków. Nie był wcześniej notowany. Zarzuty usłyszał w szpitalu, gdzie wciąż przebywa. Mężczyzna przyznał się do stawianego mu zarzutu, złożył obszerne wyjaśnienia. Za zabójstwo grozi mu nawet dożywocie. Kluczowa w sprawie będzie opinia biegłych psychiatrów. "Kilka sekund od tragedii" - tak o sytuacji na dworcu w Wolsztynie piszą miejscowe służby i publikują film, na którym widać kobietę z małymi dziećmi, którzy przebiegają przez tory dosłownie przed pociągiem. Tym razem się udało, ale kolejny raz trzeba powtórzyć pytanie, czy naprawdę nie warto poczekać kilkanaście sekund, by żyć. Dworzec kolejowy w Wolsztynie i porażające nagranie. Przez przejście kolejowe mimo wyraźnych sygnałów maszynisty przebiega kilka osób, w tym kobieta z dwójką małych dzieci. Dwie sekundy później nadjeżdża pociąg. Szkoda słów. Myślą, że pociąg się zatrzyma przed nimi i ich przepuści. Albo myślą, że zdążą, bo się wszyscy wszędzie spieszą. Gdyby tam była Straż Ochrony Kolei, każdy dostałby mandat. Konsekwencje mogły być znacznie poważniejsze niż mandat. Mimo że była to niewielka prędkość, bo pociąg hamował tuż przed peronem, to droga hamowania takiego pociągu tuż przed peronem wynosi w bardzo optymistycznym wariancie ponad 100 metrów, a realnie 200 metrów. Rzecznik Polskich Linii Kolejowych dodaje, że na tej konkretnie stacji piesi powinni korzystać z przejścia podziemnego, naziemne jest dopuszczone tylko w szczególnych przypadkach i jest to odpowiednio oznaczone. Przejście w poziomie szyn jest wykorzystywane podczas świadczenia asysty osobom o ograniczonych możliwościach poruszania się, natomiast osoby postronne nie powinny korzystać z tego przejścia. Doktor Magdalena Piłat-Borcuch zwraca uwagę na to, że takie zachowania to nie tylko igranie z losem, ale też skrajnie zły przykład dla dzieci, które później powielają błędy dorosłych. Nie ma co oczekiwać, że dzieci będą się zachowywały inaczej. Dzieci będą się zachowywać dokładnie tak, jakie normy przyswoją, obserwując zachowania rodziców. Eksperci dodają, że takie zachowania to nie są odosobnione przypadki. To nagranie z Puszczykówka. Ojciec z dwójką dzieci przechodzi przez przejazd mimo opuszczonych zapór. Pociąg nadjechał 20 sekund później. Żniwo, które zbierają te niebezpieczne sytuacje, jest bardzo wysokie. Średnio możemy powiedzieć, że co drugi dzień mamy do czynienia z poważnym zdarzeniem na przejeździe kolejowym. Od początku roku na przejściach i przejazdach kolejowych doszło do 89 wypadków i kolizji, w których zginęło 21 osób. A to nagranie z Wolsztyna to najlepszy dowód na to, że kilka sekund zaoszczędzonych na przejściu przez tory nigdy nie jest warte ryzyka. I na koniec kilka słów o Opolu, które przez ostatnie dni grało i śpiewało dla państwa i to państwo, jak zawsze, okazali się najlepszą publicznością, a festiwal jednym z najchętniej oglądanych w ostatnich latach. W zasięgu koncertów znalazło się ponad 4 mln osób, a w pierwszej dziesiątce najlepiej oglądanych programów wszystkich stacji telewizyjnych 8 pokazywało transmisję z opolskiego festiwalu. Ten finał zaczął się od mocnego uderzenia: rockowego jubileuszu Lady Pank, zespołu, którego piosenki od 45 lat śpiewają kolejne pokolenia. Od "Kryzysowej narzeczonej" przez "Mniej niż zero" po "Zawsze tam, gdzie ty". To była podróż przez historię zespołu, ale też przez wspomnienia publiczności. Chciałbym powiedzieć jeszcze bardzo ważną rzecz - żebyście nam wybaczyli, bo przez te 45 lat byliśmy trochę niegrzecznymi chłopcami, ale wydaję mi się, że bosą nóżką nie da się przejść przez rock and rolla. Druga część wieczoru zmieniła tempo. Koncert "Kiedy mnie już nie będzie" był hołdem dla dwóch niezwykłych kobiet: Magdy Umer i Agnieszki Osieckiej. Bez wielkiego patosu, za to z piosenkami, w których każdy może odnaleźć kawałek własnej historii. Utwór, który przed chwilą zaśpiewałam z Kubą Badachem, to jest jedna z moich ukochanych polskich piosenek od lat. Nie musiałam się jej uczyć specjalnie na ten koncert, bo ona mnie wzrusza mniej więcej od 13. roku życia, bo wtedy pamiętam, że usłyszałam ją po raz pierwszy. W finałowy wieczór nie zabrakło też nagród. Wyróżnienie dziennikarzy i fotoreporterów trafiło do Kuby Badacha, artysty, którego głos, muzykalność i sceniczna klasa od lat mają w Opolu swoje szczególne miejsce. Dobrze się czuję na tej scenie. Świetnie się czuję wśród tej publiczności. Ci wszyscy ludzie, którzy robią ten festiwal, to są właściwie nie polskiego formatu, a światowego. Tegoroczne hasło festiwalu: "Hity są na chwilę, przeboje na zawsze" wybrzmiało wyjątkowo dosłownie. W Opolu znów spotkały się pokolenia. Ci, którzy pamiętają te piosenki z czasów ich premier, i ci, którzy znają je już z rodzinnych playlist. Za chwilę "Pytanie dnia". Justyna Dobrosz-Oracz i były prezydent Bronisław Komorowski.