Éljen a magyar - koniec ery Orbana, Peter Magyar przejmuje urząd premiera. Zmiana strategii? Donald Trump nie wyklucza, że wycofani z Niemiec amerykańcy żołnierze trafią do Polski. Feralny rejs. Osoba z Polski objęta nadzorem epidemiologicznym po kontakcie z osobą zakażoną hantawirusem. Dobry wieczór, zaczynamy "19.30". Los, który tak długo Węgrami pomiatał, przynieś im szczęśliwy. Od Budy do Pesztu, od Segedynu po Miskolc, Węgrzy tak śpiewali dziś w swoim hymnie, patrząc, jak spełnia się ich wybór z 12 kwietnia. Posłowie składają przyrzeczenie, Peter Magyar przejmuje władzę, z mandatem tak silnym, jak konstytucyjna większość. Kończy się era Orbana, ale co się zaczyna? Niektórzy mówią, że zaczyna się era odbudowy demokracji, a inni - testu, czy da się odwrócić system zmieniony przez jednego człowieka bez wstrząsu dla całego państwa. Peter Magyar ma z pewnością niełatwe zadanie. Nowo wybrany premier Węgier po uroczystościach w parlamencie udał się na plac, gdzie czekali jego wyborcy od samego rana. Do tej chwili doprowadziło go zmęczenie Węgrów dotychczasowym stylem rządzenia i obietnica nowego otwarcia. Peter Magyar przejmuje władze. Dzieci dorastały w ciągłym podżeganiu do nienawiści politycznej, starsi ludzie obwiali się o swój los. Cały kraj został zatruty przez politykę, która cynicznie bawiła się w sianie strachu. To się skończyło. Premiera wybrali nowo wybrani parlamentarzyści w trakcie inauguracyjnego Zgromadzenia Krajowego. Tisa w ostatnich wyborach zdobyła tu większość konstytucyjną. Zaufanie, którym zostaliśmy obdarzeni, jest ogromnym zaszczytem i zobowiązaniem. Te obrazki obiegły świat. Tysiące ludzi bawiących się na ulicach Budapesztu świętowało upadek rządów Orbana. Dziś tłum ludzi wspierał nowego premiera przed parlamentem. To jest coś, na co czekaliśmy od 16 lat. Mamy powód do radości i nadziei. W tłumie ludzie z wielu zakątków świata. To Dora. Urodziła się na Węgrzech. Mieszka w Anglii. Do Budapesztu przyleciała wczoraj. To jest przełomowy moment. Tyle lat nie byliśmy się w stanie uwolnić od korupcji i kryzysu praworządności. To ogromna ulga dla wszystkich. Sam Magyar przez ponad 20 lat był związany z Fideszem Viktora Orbana. Z partii odszedł po tym, jak ówczesna prezydent ułaskawiła osobę zamieszaną w tuszowanie pedofilii. Dziś przeprosił ofiary. Postąpił właściwie. To jest to, czego oczekuje się od polityków. Jeśli widzisz, że system staje się skorumpowany, musisz to ujawnić. To będzie taki nowoczesny, europejski konserwatyzm. Z naciskiem na europejski. Ocenia polski dziennikarz pracujący na Węgrzech. TISZA na swoich wyborczych sztandarach miała odbudowanie relacji z Brukselą. W trakcie zaprzysiężenia na budynek parlamentu wróciła flaga UE. A na sali wybrzmiał jej hymn. Bedzie bardzo szybka akcja i to prawdopodobnie się stanie w ciągu kilku tygodni, czyli zmiana prawa, dostosowanie się do zaleceń UE. Żeby odzyskać środki unijne, bo to jest dla Węgier bardzo ważne. A chodzi o 17 miliardów euro. Pieniądze zablokowała Komisja Europejska z powodu nieprzestrzegania praworządności przez rząd Orbana. Premier Węgier musi działać szybko, bo unijne pieniądze trzeba wydać do końca sierpnia. Mam bardzo ważną flagę. To flaga UE, ponieważ wreszcie mogę poczuć się Europejczykiem. Jedną z pierwszych decyzji nowego premiera będzie powołanie urzędu ochrony majątku publicznego. Jego zdaniem będzie odkrycie w ciągu ostatnich 20 lat wszystkich nadużyć, przeprowadzenie śledztw oraz używanie wszelkich środków prawnych, by ten majątek odzyskać. Bo według doniesień po przegranych przez Orbana wyborach osoby z jego otoczenia w pośpiechu wywoziły majątki za granicę. Peter Magyar wezwał także do dymisji prezesów instytucji publicznych i samego prezydenta. Panie prezydencie, jest czas, żeby pan odszedł. Zmianę w Budapeszcie możemy także odczuć nad Wisłą. W końcu być może ta przyjaźń polsko-węgierska, którą on tak często podkreślał w swoich wystąpieniach, ona znowu zakwitnie i będziemy mieli z tego namacalne korzyści. Peter Magyar zapowiadał, że w pierwszą oficjalna podróż zagraniczną uda się do Polski. Do wizyty ma dojść jeszcze w tym miesiącu. Donald Trump zabiera część wojsk z Niemiec, Polska chętnie przyjmie ich u siebie, Amerykański prezydent mówi, że może to zrobić. Może, nie może, nie wszystko od niego zależy, bo na taką relokację musi się zgodzić Kongres, ale plan w Polsce się podoba ponad podziałami. To byłoby solidne wzmocnienie tego filaru polskiej obronności. Ważne tym bardziej, że od wczoraj buduje się drugi. W Niemczech 36 tys. amerykańskich żołnierzy, w Polsce około 10 tys. A może być więcej, bo Donald Trump nie wyklucza przesunięcia części z nich do nas. Polska chciałaby tego. Mamy świetne relacje z Polską, ja mam świetne relacje z prezydentem Nawrockim, poparłem go i wygrał. Jest fighterem, lubię go, więc mogę to zrobić. Sojusz polsko-amerykański to fundament naszego bezpieczeństwa - komentuje szef MON i zapowiada, że Polska jest gotowa przyjąć kolejnych amerykańskich żołnierzy w celu wzmocnienia wschodniej flanki NATO i lepszej ochrony Europy. To jest bardzo daleko idąca gwarancja tego, że nie zostaniemy przynajmniej takim atakiem wprost zaatakowani. Wojny z USA Rosja putinowska jednak nie podejmie. Szef Pentagonu ogłosił wycofanie z Niemiec 5000 żołnierzy. USA przekonują, że decyzja zapadła dawno. Tyle że ogłoszono ją po niemieckiej krytyce wojny z Iranem. I od tego czasu na linii Trump - Merz wieje chłodem. Na przeniesienie wojsk USA zgodzić musi się jeszcze Kongres. To wszystko jest w ramach planowania strategicznego, na to wszystko jest finansowanie Kongresu. Pomysł skrytykowali republikańscy szefowie komisji sił zbrojnych Izby Reprezentantów i Senatu. Zamiast całkowicie wycofywać siły z kontynentu, w interesie USA leży utrzymanie silnego odstraszania w Europie poprzez przesunięcie tych 5000 żołnierzy na wschód. I tu stanowisko rządu i prezydenta jest jasne. My w Polsce jesteśmy gotowi, żeby żołnierzy amerykańskich przyjąć. My chcemy zwiększenia obecności wojsk sojuszniczych, wojsk amerykańskich i w Polsce, i w Europie. Bezpieczeństwo musi stać na dwóch nogach: sojusz z USA i silna Europa - podkreślają rządzący. Zwłaszcza, gdy uwaga USA skierowana jest na Bliski Wschód. USA w ogóle trochę wycofują swoje działanie na terenie UE, w związku z tym dobrze, że jest taki program jak SAFE. Po tym, jak wczoraj Polska pierwsza w Unii podpisała umowę na finansowanie armii, dziś umowę SAFE zawarła Litwa. Na polską obronność pójdzie 180 miliardów złotych. Mimo prezydenckiego weta. To jest coś, co się nie mieści w głowie, że zwierzchnik sił zbrojnych, osoba, która ma konstytucyjne obowiązki dbania o wojsko polskie, się tak zachowała. Listę najpilniejszych potrzeb armii opracowali polscy wojskowi, 90% środków z SAFE trafi do polskiej zbrojeniówki. Ale PiS i tak niezmiennie powtarza, że pieniądze trafią do Niemiec. Podpisują pożyczkę brukselsko-niemiecka na sprzęt, którego nie można kupić tam, gdzie jest najnowocześniejszy, tylko w gruncie rzeczy w dużej mierze na sprzęt niemiecki. SAFE krytykuje też nowy szef BBN. Suwerenność na kredyt nie jest prawdziwą suwerennością. Są przeciwko pieniądzom na zbrojenie, czyli są za tym, żeby Polska była w gorszej sytuacji wobec putinowskiej Rosji. Program SAFE ma tylko jedną wadę - odpowiadają rządzący. Nie jest pomysłem partii prawicowych. Gdyby ten projekt wymyślił PiS, to pewnie dzisiaj by nie krytykował. Pierwsze 27 miliardów z SAFE ma trafić do Polski za kilka dni. Od dziś do poniedziałku cisza na froncie. Rosja i Ukraina zgodziły się na propozycję Donalda Trumpa, by zawiesić broń na czas, w którym Rosja świętuje rocznicę zakończenia II wojny światowej. Armaty zamilkną, a strony wymienią jeńców, tysiąc za tysiąc. Trump ma nadzieję, że to początek końca wojny i dodaje, że trwają w tej sprawie rozmowy. I tak od półtora roku. Rozejm w ogniu. W nocy rosyjskie wojska zaatakowały m.in. obwód sumski. Mimo że kilka godzin wcześniej Donald Trump ogłosił, że Ukraina i Rosja zgodziły się na tymczasowe zawieszenie broni. Czy to Putin prosił pana o pomoc w osiągnięciu rozejmu? Nie, nie, to ja wystąpiłem z propozycją, a prezydent Putin się zgodził. Prezydent Zełenski też się zgodził - obaj chętnie. Bo Kreml potrzebował przerwy w działaniach wojennych, by spokojnie świętować Dzień Zwycięstwa. Putin prowadził w tym celu zakulisowe rozmowy z Białym Domem. Ta inicjatywa nawiązuje do niedawnej rozmowy telefonicznej między prezydentami Rosji i USA, w której przywódcy omawiali możliwość zawieszenia broni podczas uroczystości. Obchody w tym roku były mniej huczne niż dotychczas. Podobno z powodu specjalnej operacji wojskowej wszystko jest bardzo skromne. Na Placu Czerwonym zabrakło sprzętu wojskowego - zazwyczaj kluczowego elementu defilady. Kreml wykorzystywał go, by budować wizerunek Rosji jako niezwyciężonej siły militarnej. Jego brak dzisiaj tłumaczył względami bezpieczeństwa. Jest zagrożenie - wszyscy to rozumieją. Na trybunach też skromnie. Obok Putina pojawiło się zaledwie kilku zagranicznych liderów: jego białoruski odpowiednik Alaksandr Łukaszenka, prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew i prezydent Uzbekistanu Szawkat Mirzijojew. Ale do Moskwy przyjechał też inny gość. Premier Słowacji Robert Fico nie wziął udziału w Paradzie Zwycięstwa na Placu Czerwonym, ale spotkał się z Władimirem Putinem. Dla którego, jak twierdzi, przywiózł istotne przesłanie. Kluczowym słowem jest dialog. Uważam, że sto razy lepiej jest usiąść przy stole negocjacyjnym i prowadzić rozmowy. On sam prowadził rozmowy na temat energetyki. Z Moskwy wraca z zapewnieniem Putina, że ten zrobi wszystko, aby zaspokoić zapotrzebowanie Słowacji na energię. Czy zrobi równie wiele, by dotrzymać warunków rozejmu? To pytanie zadają sobie Ukraińcy. Na ulicach Kijowa ostrożny optymizm miesza się z nieufnością. Nie sądzę, żeby to cokolwiek dało. Wojna się z tego powodu nie skończy. Na mocy wynegocjowanego porozumienia walki zostały wstrzymane od 9 do 11 maja. Obie strony mają także uwolnić po tysiąc jeńców. Plac Czerwony jest dla nas mniej ważny niż życie ukraińskich więźniów, których można sprowadzić do domu. Rozejm to początek trwałego pokoju - przekonuje Donald Trump. Ale ostatnie negocjacje między Ukrainą, USA i Rosją odbyły się w lutym. To jest "19.30" w sobotę, a przed nami jeszcze: Śmierć pod okiem monitoringu. Ta osoba leżała na chodniku, nie została udzielona żadna pomoc. Kto zawinił, człowiek czy system? Wysyłam na miejsce patrol i powiadamiam służby ratunkowe. Nie mamy obowiązku, żeby nadzór nad tym monitoringiem był całodobowy. Dziesiątki tysięcy poszkodowanych i setki milionów strat - taki jest na razie bilans upadku giełdy Zondacrypto. Straty mogą być też w polityce, bo prędzej czy później opinia publiczna wyrobi sobie ostateczne zdanie o tym, kto zrobił interes, kto karierę, a kto porządek z oszustami. Po drodze były dwa prezydenckie weta, a teraz jest 5 projektów ustawy. Prezydencki też. A co jeżeli prezydent zawetuje po raz trzeci projekt, który rząd przygotował? To złożymy czwarty, piąty, do skutku. Bo nie zostawimy tej sprawy. Przed rządem kolejna próba uregulowania rynku kryptowalut. We wtorek w Sejmie czytanie projektów poselskich, prezydenckiego i Rady Ministrów. Musimy zadbać o bezpieczeństwo klientów, musimy zadbać o bezpieczeństwo państwa. Pamiętamy, co się stało z Zondacrypto, musimy reagować. W projekcie rządowym: surowe kary dla oszustów i szerokie uprawnienia Komisji Nadzoru Finansowego. KNF mógłby karać pośredników i blokować podejrzane oferty. Mam nadzieję, że prezydent Nawrocki oraz PiS pójdą po rozum do głowy i będą współpracować. Wszystkie karty są już na stole. To ponad 30 tys. pokrzywdzonych, którzy tylko na upadku giełdy Zondacrypto stracili ponad 350 milionów złotych. A w tle powiązania giełdy z rosyjską mafią. Ale porozumienie jest mało prawdopodobne, bo opozycja odpowiedzialnością za kryptoaferę obarcza rządzących. Dlaczego przez dwa lata prokuratura w rękach Żurka, a wcześniej Bodnara nie zrobiła kompletnie nic, żeby ustrzec tysiące Polaków przed milionowymi stratami? Zdaniem koalicji politycy prawicy bronią się przez atak. Bo to wywodzący się z tego obozu prezydent dwukrotnie zawetował ustawę o kryptowalutach. A PiS i Konfederacja pomogły weto podtrzymać. Pan prezydent ma dziś na czole karteczkę "Zondacrypto". Pałac Prezydencki obiecywał własny projekt ustawy. I projekt przedstawił. Pół roku po obietnicy. Po to, żeby zakończyć ten chocholi taniec rządu i Donalda Tuska. Politycy koalicji punktują, że projekt prezydencki jest niemal identyczny z rządowym. Tym samym, który wcześniej dwa razy zawetował. Muszą teraz zjeść swój język. Pojawia się projekt prezydencki, który jest kopiuj wklej tym, który przygotowała Rada Ministrów. A publicyści twierdzą, że wraz z upadkiem Zondacrypto prawica straciła ważnego sponsora. Taka hipoteza oburza polityków PiS. Antydemokratyczny rząd Donalda Tuska ogranicza finansowanie opozycji, i PiS, i Konfederacji. I to jest podstawowy problem, a nie jakieś kwestie związane z Zondacrypto. Prawica i obóz prezydencki mają dużo za uszami. Pamiętamy finansowanie fundacji Ziobry, fundacji Wiplera, pamiętamy CPAC w Rzeszowie. Dlatego koalicja liczy, że trzeciego weta prezydenta nie będzie. Może u prezydenta nauczyli się przepisywać dobre projekty rządowe, może umieją w copywriting, trzeba bić brawo, jeżeli prezydent dojrzał, aby to podpisać, to dobrze, niech podpisuje. Poza projektami rządu oraz prezydenta Sejm zajmie się pomysłami Polski 2050, PiS oraz Konfederacji. Dziś Dzień Europy, wspólne święto 450 milionów obywateli krajów Unii, obchodzone na pamiątkę deklaracji Roberta Schumana, która dała początek dzisiejszej Wspólnocie. Ale dziś to też nasze święto. Jak się nazywa stolica Polski? Na takie pytanie większość zna odpowiedź. Europejczycy doceniają Polskę za jej gościnność i odwagę, ale nie tylko. Polacy są bardzo uprzejmi i religijni, bardzo lubię polską muzykę Chopina. Ludzie są bardzo mili, jestem Hiszpanką i myślę, że mamy dużo wspólnego z Polakami, lubię polskie jedzenie, zwłaszcza zupy. Bitwa pod Somosierrą, w której u boku Napoleona walczyli Polacy, a Bonaparte zawsze mówił: zostawcie to Polakom, dla nich nie ma nic niemożliwego. Dlatego nawet polski cud gospodarczy przestaje w Europie dziwić. W tym roku Polska gospodarka z 3,5% wzrostem znów jest jedną z najszybciej rozwijających się w Unii. I choć stereotyp polskiego hydraulika czy budowlańca wciąż istnieje... Pracownicy budowlani w Europie pochodzą przede wszystkim z Polski. To nie brakuje Polaków na czele zagranicznych firm czy przejęć przez polskie firmy tych zagranicznych. Jesteśmy zdolni, bardzo przedsiębiorczy, dbamy o nasze interesy dosyć mocno i skutecznie, to widać także w parlamencie. A siła gospodarcza przekłada się na wciąż rosnącą rolę geopolityczną Polski w Unii. Polska jest jednym z głównych filarów UE. Przewodniczący Rady Europejskiej obserwuje to na prowadzonych przez siebie unijnych szczytach, w czasie których Polska nie tylko wpływa na zmianę propozycji tak, by były dla nas korzystniejsze, ale również narzuca swoje rozwiązania - najlepszym przykładem na to jest program SAFE, który powstał za polskiej prezydencji. Jesteśmy największym rozgrywającym obok takich państw jak Niemcy, Francja czy Włochy. Być może dlatego, według najnowszych badań Eurobarometru, Polacy darzą Unię większym zaufaniem niż przeciętny Europejczyk, w jaśniejszych barwach niż unijna średnia widzimy też przyszłość Wspólnoty. Wspólnoty która dziś obchodzi swoje 76. urodziny - 22. z coraz bardziej wpływową Polską na pokładzie. Tragiczny wypadek w Płocku. Podczas Mistrzostw Polski Skuterów Wodnych na Wiśle zderzyły się dwa skutery. Sternicy zostali wciągnięci pod wodę. Jeden z nich nie żyje. Mistrzostwa zostały przerwane. Pomimo podjętej reanimacji, życia jednego ze sterników nie udało się uratować, na miejscu zginął 18-letni mieszkaniec woj. dolnośląskiego, drugi sternik, 54-letni mieszkaniec woj. Dolnośląskiego, nie doznał poważnych obrażeń. Na miejscu pracują służby pod nadzorem prokuratora. Zabezpieczono dwa skutery, które uczestniczyły w tym zdarzeniu. Wykonano oględziny miejsca zdarzenia, trwają przesłuchania świadków. Teraz oko monitoringu miejskiego tak zimne, że jego czujność na nic się nie zdała, bo kamera bez człowieka to tylko trochę plastiku. W Szczecinku przez kilka nocnych godzin wyraźnie i ze szczegółami rejestrowała kłopoty starszego człowieka, ale nie było komu zareagować, bo taki jest regulamin. Mężczyzna zmarł, a rodzina chce ustalić, po co jest system, który nie działa. Deptak przy dworcu w Szczecinku i czujne oko kamery. To tu na jednej z ławek siedział 71-latek. Na nagraniu z monitoringu, którego nie możemy państwu pokazać, bo zabezpieczyła je prokuratura, widać moment, w którym mężczyzna upada na ziemię i próbuje się podnieść. Bezskutecznie. To zdarzenie miało miejsce w godzinach Jak widać, przez wiele godzin, gdy ta osoba leżała na chodniku, nie została udzielona żadna pomoc. Rodzina zmarłego chce zachować anonimowość. I ma długą listę pytań. Najważniejsze - jak to możliwe, że człowiek umierał pod okiem kamery niezauważony przez służby. Bo, co kluczowe w tej sprawie, monitoring działał, ale w tym czasie nikt nie obserwował obrazu na żywo. W nocy, gdy doszło do tragedii, stanowiska obsługi monitoringu straży miejskiej były nieobsadzone, mimo że na co dzień nadzorują je operatorzy. Monitoring działa 24 godziny na dobę. Jest to prowadzona rejestracja. Aczkolwiek nie mamy obowiązku, aby nadzór nad tym monitoringiem był też całodobowy. Z regulaminu monitoringu, który funkcjonuje w straży miejskiej, nie wynika, że ten operator ma być. Jest regulamin monitoringu. Operator jest tam wymieniony tylko i wyłącznie jako osoba, która udostępnia odpowiednim służbom nagrania. O leżącym na chodniku mężczyźnie pogotowie powiadomiła dopiero postronna osoba. Medycy próbowali przywrócić akcję serca i czynności życiowe, ale było za późno. Jak powinien zareagować strażnik, gdyby widział to zdarzenie? Od razu wysyłam na miejsce patrol i powiadamiam służby ratunkowe. Rodzina zmarłego złożyła zawiadomienie do prokuratury. Czy ktoś w ogóle jest za to odpowiedzialny? Czy to jest źle skonfigurowany system? Uważam, że jeżeli byłaby ta pomoc udzielona na czas, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nasz bliski dalej byłby z nami i by żył. Śledczy zbadają, czy ktoś w tej sprawie zawinił, czy był to splot niefortunnych zdarzeń. Zawiadamiający wskazuje, że jego zdaniem funkcjonariusze mogli dopuścić się przestępstwa. Chodzi o nieudzielenie pomocy osobie w stanie zagrożenia zdrowia lub życia. MV Hondius jutro dotrze do Teneryfy. Tam się może zakończy koszmarny rejs pasażerów wycieczkowca, na którym wykryto hantawirusa. Zabił trzy osoby, a jednostka utknęła na Atlantyku, bo nie pozwolono jej przybić do portu na Wyspach Zielonego Przylądka. Na Kanarach pasażerowie mają być wyokrętowani i ewakuowani, ale to nie kończy pytań o rejs. Nie było jej na pokładzie feralnego rejsu, ale na lotnisku w Johannesburgu najpewniej miała kontakt z osobą chorą, dlatego osoba z Polski została objęta nadzorem sanitarnym. To nie jest osoba chora, ani to nie jest pasażerka, to jest osoba zgłoszona do nadzoru przez WHO. Jest niemal pewne, że będą kolejni. Bo sprawa feralnego rejsu, którego kapitanem jest Polak, Jan Dobrogowski, przypomina filmowy scenariusz. To nagrania udostępnione przez jednego z pasażerów, jeszcze zanim na luksusowym wycieczkowcu wykryto zakażania. Wiatr jest silny, a fale wysokie, więc wszyscy jesteśmy przemoczeni. Dlatego nosimy wodoodporną warstwę wierzchnią. Musimy chronić się przed wirusami. Statek 1 kwietnia ruszył z Argentyny. 10 dni później z powodu zakażania hantawirusem zmarł pierwszy pasażer. 24 kwietnia, gdy dopłynął do Wyspy Świętej Heleny, pokład opuściła żona zakażonego mężczyzny. Dwa dni później zmarła w szpitalu w RPA. Do zakażenia doszło jeszcze na lądzie, najpewniej w Argentynie. Turecki influencer, które też płynął tym statkiem, podkreśla, że służby zareagowały za późno. Sam opuścił pokład 24 kwietnia bez żadnego nadzoru. Środki ostrożności zostały wprowadzone, ale zbyt późno. Chciałbym, żeby zareagowali szybciej. Na pokładzie przebywało łącznie 149 osób z 23 różnych krajów. Długo żaden port nie chciał go przyjąć. Jutro dotrze do Teneryfy, skąd pasażerowie zostaną ewakuowani. Akcje ma koordynować osobiście szef Światowej Organizacji Zdrowia. Będą mogli wrócić do domu, ale nie rejsowymi, komercyjnymi lotami, tylko specjalnym transportem i będą monitorowani. Doktor Michał Sutkowski podkreśla, że za wszystkim potwierdzonymi zakażeniami stoi typ hantawirusa, który może się przenosić między ludźmi drogą kropelkową. Śmiertelność 30%. Objawy przypominają grypę. Dodatkową trudnością dla nadzoru sanitarnego jest też długi okres wylegania wirusa. Nawet po dwóch miesiącach. Równolegle trwa dochodzenie epidemiologiczne na innym luksusowym wycieczkowcu. Do tej pory zachorowało blisko 120 pasażerów i członków załogi. Tym razem chodzi o norowisa, który wywołuje ostre dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Podglądanie to nie jest szczególnie elegancki zwyczaj, ale bywa naukowo pożyteczny i mówimy o takim przypadku. Sokół wędrowny z dachu lubelskiej elektrociepłowni jest obiektem obserwacji ornitologów i wygląda na to, że o tym wie. Ale jak każdy celebryta, nie ma z tym kłopotu, a może nawet wręcz przeciwnie. O tym, co widać, gdy się ktoś stroi w piórka. Dla sokolicy Wandy to był dzień jak każdy inny - powrót z miasta, sprzątanie gniazda, karmienie młodych, gdy nagle coś przykuło jej uwagę i wzbudziło niepokój. To moment, w którym mieszkanka komina elektrociepłowni na lubelskim Wrotkowie zorientowała się, że jest w ukrytej kamerze. Ten sokół przebija tak zwaną "czwartą ścianę", kiedy patrzymy na zwierzę, utrzymujemy kontakt wzrokowy, to zwierzę przestaje być tylko zwierzęciem, staje się kimś. Sokolica Wanda stała się międzynarodową gwiazdą, a popularność reality show z udziałem polskich sokołów szybko rośnie. Bo w życiu tych latających drapieżników nie brakuje romansów, dramatów i zaskakujących zwrotów akcji. Mieliśmy sytuację w Warszawie, gdzie na Pałacu Kultury zginęła para, to do samca, który tam się przeniósł, 6 różnych samic próbowało dołączyć. I została jedna. To nie jedyny taki przypadek - kilka lat temu internet żył telenowelą z udziałem trójki sokołów, również z Lublina, które toczyły bezpardonowa walkę o jaja. Mimo wysokiej temperatury obyło się bez udziału służb. Naszym najważniejszym zadaniem jest nie przeszkadzać tym ptakom, nasza rola to jest pomoc w przygotowaniu im gniazda tak, żeby chciały do niego wracać i składać kolejne jaja. Co na razie przynosi znakomite efekty, bo w gniazdach na obiektach należących tylko do PGE urodziło się jak dotąd 150 piskląt. A oprócz tego stowarzyszenie Sokół monitoruje szereg innych gniazd w całej Polsce. To oznacza, że ptasich celebrytów będzie tylko przybywać. Więc jeśli poczujemy, że jesteśmy przebodźcowani i czujemy zmęczenie tym, co nas otacza, warto zajrzeć do sokołów lub innych latających przyjaciół. W takim podglądaniu nie ma nic złego. Senator Grzegorz Schetyna z Koalicji Obywatelskiej u Mariusza Piekarskiego w "Pytaniu dnia". Dziękuję i do zobaczenia.