Nowi sędziowie stawili się w Trybunale. Prezes Trybunału nie uznaje ślubowania. NBP 35 miliardów na minusie. Skąd tak potężna strata? Sondaże nie pozostawiają złudzeń. Węgrzy uwierzyli w rewolucję. Wybory w niedzielę. Joanna Dunikowska-Paź, dobry wieczór. "Będę przychodziła do Trybunału Konstytucyjnego, będę oczekiwała dopuszczenia do orzekania do skutku" - deklarowała na antenie TVP Info sędzia Anna Korwin-Piotrowska. Podobny plan ma pozostała trójka nowych sędziów, którzy od prezesa Święczkowskiego obok gratulacji usłyszeli, że jest bardzo dużo spraw do rozpatrzenia, ale bez zaproszenia od prezydenta z nimi nie ruszą. A Trybunał pozostaje dla nich otwarty, jak dla wszystkich obywateli. To deklaracja, o faktach - Anna Łubian-Halicka. Strzeżony niczym skarbiec ze złotem. Wbrew takim słowom prezesa... Każdy obywatel ma prawo przychodzić do Trybunału Konstytucyjnego. To nie jest zamknięta twierdza. ...dziennikarze do środka nie zostali wpuszczeni. Problem z wjazdem mieli też nowi sędziowie. Ale w końcu udało im się przekroczyć próg Trybunału. Będę oczekiwała dopuszczenia mnie do orzekania. Czyli będzie pani przyjeżdżała do skutku? Do skutku. Mówiła w "Pytaniu dnia" sędzia Anna Korwin-Piotrowska. To odpowiedź na te słowa prezesa Trybunału o czworgu spośród sześciorga sędziów, którzy ślubowanie złożyli w Sali Kolumnowej Sejmu. Nie mogę im przydzielić spraw, nie mogę im zapewnić też obsługi czy też gabinetów. Utrudnia prace prawidłowo wybranym sędziom do Trybunału Konstytucyjnego. Oceniają rządzący. Sędziowie zapowiadają pozwy do Sądu Pracy. Dziś złożyli u prezesa Trybunału pismo z konkretnymi oczekiwaniami. Żeby przygotowano nam gabinety do pracy, wydano karty dostępu do budynku, umożliwiono korzystanie z systemów informacyjnych oraz przydzielenie nam spraw. Ale prezes Trybunału stawia warunek, którego ani w Konstytucji, ani ustawie nie ma. Dopóki nie dostanę informacji od pana prezydenta, że te osoby złożyły ślubowanie wobec pana prezydenta, dopóty te osoby nie nawiążą stosunku służbowego. Według konstytucji prezydent nie jest tu organem decyzyjnym. A ta forma ślubowania... Ślubuję wobec prezydenta. ...według byłych prezesów Trybunału dopełnia formalności. Wszystkie przesłanki do tego, żeby oni objęli swoje funkcje w trybunale, zostały spełnione. Ale PiS... To nie było żadne zaprzysiężenie. ...korzysta z wydeptanej już ścieżki. I - jak podkreślają rządzący - dodaje prezydentowi kompetencji, których nie ma. Boże, błogosław prezydenta, by wokół Trybunału stworzyć wrażenie prawnego galimatiasu. Prezydent złoży tę sprawę do rozpoznania do TK. To powtórka z historii. 10 lat temu wywołany przez reformy PiS chaos prawny doprowadził Trybunał do całkowitego paraliżu. Może Prawu i Sprawiedliwości o to chodzi, żeby ten paraliż TK trwał? Nie mam żadnych wątpliwości, że Kaczyński uważa, że Trybunał albo jego, albo wcale. Robi wszystko, żeby nie było niezależnego Trybunału. Niemal wszystkie wyroki Trybunału z ostatnich 10 lat były na rękę PiS. To jeden z ostatnich. Komisja winna zaprzestać działalności. Uznający komisje śledcze rozliczające afery poprzedniej władzy za niekonstytucyjne. O omawianiu tematów z prezes Trybunału pisał wprost w mailach Michał Dworczyk. Ale to prezesowi Trybunału nie przeszkadza w takich deklaracjach. Staram się trzymać TK jak najdalej od polityków, od ich decyzji politycznych. To po kolei. Pan Bogdan Święczkowski prezes Trybunału, radny sejmiku śląskiego z listy PiS, ale też był oczywiście liderem listy sejmowej z PiS-u. Pan Bartłomiej Sochański, członek PiS-u od 2017 roku. I tak na 9 dotychczasowych sędziów trybunału czterech to byli radni lub członkowie PiS. Andrzej Zielonacki był w komitecie popierającym Jarosława Kaczyńskiego. Nie chcę, żebyście mieli państwo wrażenie, że od wczorajszego kroku nagle Trybunał Konstytucyjny w Polsce zacznie normalnie działać. Jeszcze wiele ciężkiej pracy przed nami, ale zrobimy to, wyprostujemy sprawę w Trybunale Konstytucyjnym. Który - to archiwa sprzed ponad 10 lat - był uznawany za autorytet i zabierał głos w imieniu obywateli, nakazując podwyższenie kwoty wolnej od podatku czy wycofanie się z wprowadzenia opłat za drugi kierunek studiów. Taki Trybunał według rządzących ma wrócić. 35 mld 700 mln złotych - dużo? Nawet rekordowo dużo, a gdy dołożyć do tego, że "na minusie", to sprawa istotnie się komplikuje. Te dane to gigantyczna strata, jaką za ubiegły rok zanotował NBP, a to oznacza, że do budżetu państwa nie wpłynie nawet złotówka. I tu warto zapytać jeszcze raz, skąd dokładnie miałyby pochodzić pieniądze na dozbrojenie armii, które prezydent proponował wspólnie z prezesem NBP. To kolejny rok, który NBP kończy na minusie. 2025 rok był ujemny. A konkretnie z blisko 36 miliardami straty. Najwięcej od kilku lat. Ostatni raz NBP zysk miał 5 lat temu. Od tamtej pory zanotował w sumie blisko 87 mld zł na minusie. Narodowy Bank Polski od czterech lat nie ma ani jednej złotówki zysku. Ma straty i żeby mówić o sfinansowaniu czegokolwiek, nie tylko SAFE, trzeba mieć zysk. One najwcześniej mogą być 1 lipca 2027. Adam Glapiński tłumaczył, że o ile NBP zyskał na rezerwach dewizowych, to straty przyniosły różnice kursowe i umacnianie złotego. To jest pytanie o kwalifikacje i dobre samopoczucie prezesa Glapińskiego. Miesiąc temu, gdy Pałac Prezydencki i NBP ogłaszali projekt "SAFE 0%", czyli finansowanie obronności zyskiem m.in. ze złota, słyszeliśmy takie zapowiedzi. Rozpocznie się ten rok zysków. Taka w każdym razie jest deklaracja ze strony pana prezesa Glapińskiego. Opowieści pana Nawrockiego tak samo wiarygodne jak pana Kaczyńskiego, że te pieniądze się pojawią jutro, są opowieściami z cyklu bajki z mchu i paproci. Marszałek nie nadał projektowi numeru druku, wytykając brak stabilnych źródeł finansowania. SAFE 0% miał być miksem różnych instrumentów finansowych, lewarowanych złotem. Do tego kredyty i obligacje. W zmienionej wersji projekt przygotowali ludowcy. Powiedzieliśmy panu prezesowi Glapińskiemu sprawdzam. Skoro pan prezes na konferencji prasowej zapowiedział, że ma pieniądze, to niech teraz te pieniądze wyłoży na stół. Myślę, że to była taka polityczna rozróba, taki kapiszon, w którego chyba sami autorzy nie wierzyli, że ona ma szanse realizacji. Natomiast zyski czy straty Narodowego Banku Polskiego, do tego większej wagi bym nie przykładał, mają charakter często księgowy. Mimo takich ocen Adam Glapiński pomysłu wciąż broni. Gdybyśmy sprzedali całe złoto i skupili z powrotem tyle samo złota, to by się pojawiła w naszej księgowości nadwyżka 197 mld. A o krytykach kwestionujących wysokość zysków ze złota mówi tak: Przedziwni jacyś ludzie powychodzili z różnych kątów, jak dżiny z jakiegoś świecznika, lampy naftowej czy z puszki Pandory. Przypomnijmy, że w wyliczenia prezesa NBP powątpiewali choćby członkowie Rady Polityki Pieniężnej. Żadne kwoty poza prawdopodobnie liczbą ton, bo w tej sprawie trudno mi weryfikować - nie są prawdą. Opowiadał jakieś bajki. Pomysł okazał się takim trochę pustym projektem. Taką wydmuszką raczej niż jakimś poważnym projektem. Bo kurs złota się zmienia, co pokazała wojna na Bliskim Wschodzie. Na tym wykresie widać, ile kosztowało na początku roku i po ataku USA i Izraela na Iran. Na żywym organizmie widzimy, jak bardzo zmienne są potencjalne zyski ze sprzedaży złota, one są bardzo ulotne. A tańsze złoto to czas na kupno, a nie sprzedaż. Co wykorzystuje też prezes NBP. Dokupiliśmy złota do wysokości 580 ton. Adam Glapiński chce dobić do 700 ton. To największa katastrofa w powojennej historii Polski. 16 lat temu w drodze na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej w katastrofie pod Smoleńskiem zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński z małżonką Marią, a także ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski. Długa lista ofiar zawiera w sobie wiele rodzinnych i niezwykle osobistych dramatów, a także głęboką narodową traumę. Te miejsca czekały na państwową delegację. Pewnej pustki nie da się zastąpić. Chyba wszyscy mamy w pamięci 10 kwietnia 2010 roku, jako wielki smutek, ale też jako wielką wspólnotę Polaków. Był sobotni poranek, uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. O 8:41 rządowy Tupolew rozbił się podczas podchodzenia do lądowania na lotnisku Siewiernyj. Zginęła para prezydencka,, wysocy rangą urzędnicy państwowi i dowódcy wojskowi. Duchowni, przedstawiciele rodzin katyńskich i załoga samolotu. W sumie 96 osób. Jak się patrzyło na tę listę, rzeczywiście żałoba była ogólnonarodowa. Były to dni tragiczne dla Polski, dla nas wszystkich. Dla wielu rodzin był to początek wieloletniej żałoby. Byliśmy umówieni na niedzielę na obiad, który się nigdy nie odbył. A ten dzień pamiętam cały czas jak przez mgłę. Wydawało mi się wtedy, że siłą woli i modlitwą odwrócę coś, co się wydarzyło. Dziś hołd ofiarom katastrofy smoleńskiej oddali przedstawiciele władz państwowych i bliscy tych, którzy zginęli. Przed Pałacem Prezydenckim. Na Placu Piłsudskiego. Na wojskowych Powązkach. I w katedrze na Wawelu. 16 lat temu też wszyscy mieliśmy poczucie, że znaleźliśmy się w środku nocy, dramatycznej nocy. Jest możliwa jedność przy wszystkich różnicach, przy wszystkich napięciach. Po tragedii ogłoszono żałobę narodową. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyły tysiące Polaków. Pamiętam każdą minutę. To jest trauma, o której zawsze będziemy pamiętać. Byłem pod wielkim wrażeniem jedności narodowej, którą wówczas osiągnęliśmy. Katastrofa smoleńska jest jedną z największych tragedii w powojennej historii Polski. To jest część naszej tożsamości. Trudnej, bolesnej, ale innej nie mamy. To walka, która będzie trwała dosłownie do samego końca. Wybory na Węgrzech w najbliższą niedzielę, brak ciszy wyborczej oznacza, że w weekend polityka osiągnie temperaturę wrzenia. Na Placu Bohaterów w Budapeszcie trwa właśnie koncert, na którym węgierscy artyści muzyką protestują przeciwko rządom Viktora Orbana. Na miejscu jest Daniel Chaliński, jak dużo jest osób? Trudno mi oszacować, ile dokładnie, ale plac wypełniony jest po brzegi. Tylko na popularnym serwisie społecznościowym udział w koncercie zadeklarowało ponad sto tysięcy ludzi. Przełamiemy system - to nazwa tego wydarzenia. I to z pewnością nie jest zwykły koncert. W tym kultowym miejscu na Placu Bohaterów, gdzie praktycznie od upadku komunizmu odbywają się główne antyrządowe protesty, muzykę słychać było już o 16:00. Wyjątkowy koncert ma potrwać jeszcze dobrych kilka godzin. To ostatnie tak duże wydarzenie przed niedzielnymi wyborami tutaj na Węgrzech, ale koncert, jak i całe wydarzenie, jest apolityczne. Brak tu partyjnych flag czy transparentów. Tu wszystkich obecnych łączy po prostu chęć zmiany. Zamieszkane przez niespełna sto tysięcy osób miasto Szekesfehervr na kilkadziesiąt godzin przed wyborami parlamentarnymi. Tu większość mieszkańców już wie, na kogo zagłosuje. Nie chcemy żadnych zmian. To, co było do tej pory, jest bardzo dobre i mamy nadzieję, że tak pozostanie. Takie głosy nie powinny dziwić, bo to rodzinne miasto rządzącego Węgrami od niemal 16 lat Viktora Orbana. Chodził do tego samego liceum, co ja. Ale to nie wpływa na moje poglądy. Tak, jak jest teraz, jest idealnie. Innego zdania są ci, którzy przychodzą na wiece opozycyjnej TISZY. Zwolennicy tej partii liczą na zmianę. Ostatnie 16 lat to okres korupcji, kłamstw i zdrady całego narodu węgierskiego. Czuję, że obecna sytuacja gospodarcza nie jest już stabilna i chciałbym, żeby to się zmieniło. Walka z korupcją, reformy gospodarcze, niezależność energetyczna. To tylko niektóre z postulatów opozycji. Rząd mówi, że mamy fantastyczny rok i wystartujemy jak samolot, ale okazało się, że samolot był zepsuty już w hangarze, a oni trzymali mapę do góry nogami. Jest więc wiele do zrobienia: gospodarka się kurczy, inwestycje spadają, a inflacja gwałtownie rośnie. Według sondaży ponad 50% wyborców zagłosuje właśnie na opozycję. Na Fidesz 39%. Kaczyńskiemu nie wyszedł Budapeszt w Warszawie, ale bardzo możliwe, Nieco inaczej wygląda badanie uwzględniające niezdecydowanych Węgrów - to 25% wyborców. O ich głos Orban walczył w Budapeszcie, ściskając dłoń wiceprezydenta USA. Prezydent cię kocha. Z dumą opublikował w mediach społecznościowych wpis Donalda Trumpa. Orban, podobnie jak Trump, atakuje Brukselę i sprzeciwia się wspieraniu Kijowa. Ukraina nie zostanie członkiem UE w ciągu następnych 4 lat, nie wyślemy tam ani grosza. Oskarża też opozycję o współpracę z zagranicznymi służbami wywiadowczymi i próbę podważenia wyników wyborów. Powiedzmy to jasno! To zorganizowana próba zakwestionowania decyzji narodu węgierskiego poprzez chaos, presję i międzynarodową dyskredytację. To narracja Kremla. Peter Magyar, lider opozycyjnej TISZY, zapowiada koniec prorosyjskiej polityki. Chce, by Węgry ponownie obrały proeuropejski kurs. Prosimy ustępującego premiera, aby z należytym spokojem i godnością przyjął werdykt narodu węgierskiego. Według sondaży 78% węgierskich wyborców popiera członkostwo swojego kraju w UE. Myślę, że kraj stoi na rozdrożu: Wschód czy Zachód. By wybrał Zachód, Peter Magyar w ciągu ostatnich 5 dni kampanii zaplanował aż 29 wieców wyborczych. Jutro w Islamabadzie pierwsza runda rozmów o pokoju na Bliskim Wschodzie. Zanim przy negocjacyjnym stole twarzą w twarz usiądą przedstawiciele USA i Iranu, członkowie NATO coraz głośniej pytają, czy Donald Trump faktycznie rozważa wycofania części amerykański wojsk z Europy. Media za oceanem piszą o wściekłości prezydenta, a my w Waszyngtonie pytamy Marcina Antosiewicza, czy z bliska ten strach ma większe oczy i jakie są perspektywy na rozmowy pokojowe. Amerykańska delegacja już jest w drodze do Islamabadu. Przed wylotem przewodniczący delegacji wiceprezydent J.D. Vance, od początku przeciwnik tej wojny, na lotnisku mówił, że ma nadzieję, że to będzie produktywne spotkanie. Z niecierpliwością czekamy na negocjacje. Myślę, że będą one pozytywne. Zobaczymy oczywiście, jak powiedział prezydent, czy Irańczycy są gotowi negocjować w dobrej wierze - my z pewnością jesteśmy gotowi wyciągnąć do nich rękę. Jeśli będą próbowali nas oszukać, przekonają się, że nasz zespół negocjacyjny nie jest aż tak przychylny. Amerykanom zależy przede wszystkim na odblokowaniu cieśniny Ormuz, w której wciąż stoi minimum 200 tankowców z ponad 130 milionami baryłek ropy naftowej. Przepływają tylko statki irańskie. Amerykanie będą rozmawiać bezpośrednio z przedstawicielami reżimu. Trump przyjął sekretarza generalnego Rutte. Amerykanie będą rozmawiać bezpośrednio z przedstawicielami reżimu. Mają nadzieję, że ich sojusznicy wywrą presję na Teheran. Myślą głównie o Japonii, Korei Południowej, ale także Europie i NATO. Trump przyjął sekretarza generalnego Rutte. Pojawiło się wiele medialnych gróźb, jakoby Amerykanie mogli zredukować liczbę swoich żołnierzy na starym Kontynencie, jeśli Europejczycy nie staną wyraźnie po ich stronie. Rutte grzecznie i przyjacielsko przypomniał kronikę wydarzeń i wylistował fakty. Prezydent Trump postanowił nie informować sojuszników z wyprzedzeniem i rozumiem to. Jednak patrząc dziś na Europę, widzę sojuszników zapewniających ogromne wsparcie, bazy, logistykę i inne środki, aby potężne siły zbrojne USA mogły skutecznie uniemożliwić Iranowi zdobycie broni jądrowej i osłabić jego zdolność do siania chaosu. Większym problemem dla prezydenta niż brak entuzjazmu Europejczyków dla jego wojny jest dramatycznie słabnące poparcie w ruchu MAGA i rozwój sytuacji gospodarczej. Dane z dzisiaj pokazują, że inflacja urosła do 3,3%. To znacznie więcej niż na końcówce rządów Bidena. Amerykanie przewidują recesję. Z pewnością te czynniki wykorzysta irańska delegacja, by uzyskać od Amerykanów korzystne dla siebie warunki zakończenia wojny. Jak ustalili dziennikarze "19.30", jeszcze w kwietniu mają ruszyć prokuratorskie przesłuchania osób zaangażowanych w kampanię "Sprawiedliwe sądy" z 2017 roku. Na liście tych, do których śledczy mają pytania, są politycy PiS-u, a sama kampania była częścią działalności Polskiej Fundacji Narodowej. W tle miliony złotych i straty znacznie przekraczające "szkodę wielkich rozmiarów". Takie jak ten bilbordy w czasach rządów PiS miały obrzydzić Polakom wymiar sprawiedliwości i podważyć zaufanie do sędziów. To było wyrzucanie w błoto publicznych pieniędzy i to była pierwsza taka sytuacja w skali światowej, że rząd finansuje kampanię, żeby zohydzić władzę sądowniczą. Zlecona przez Polską Fundację Narodową kampania "Sprawiedliwe sądy" ruszyła jesienią 2017 i potrwała kilka miesięcy. Jej filarami były czarno-białe banery ustawione w całej Polsce oraz spoty prezentowane w telewizji i internecie. Ukradniesz wafelek i możesz iść siedzieć, a taki sędzia - bach - pokaże legitymację sędziowską i puszczą go wolno. Ówczesny prezes Polskiej Fundacji Narodowej Cezary Jurkiewicz zapowiadał, że chodzi o zobrazowanie patologii. Naszym obowiązkiem jest przedstawienie tego, co faktycznie wydarzyło się w wymiarze sprawiedliwości. Ale materiały raczej piętnowały sędziów i przedstawiały ich jako "nadzwyczajną kastę". Często wykorzystując w tym celu manipulację i kłamstwa. To było szkalowanie, to były informacje nieprawdziwe, jednostkowe przypadki podciągano pod całe środowisko, robiąc z sędziów złodziei. To była polityka, i to brudna polityka, bo robiona w złej intencji. Według ustaleń śledczych Polska Fundacja Narodowa wydała na kampanię ponad 8,4 mln zł. Za akcją "Sprawiedliwe sądy" stała PR-owa firma Solvere założona przez Annę Plakwicz oraz Piotra Matczuka. Zaraz potem oboje znaleźli zatrudnienie w administracji państwowej. Z jednej strony mówimy o działaniu na szkodę fundacji, a z drugiej o sytuacji, w której w sposób jawny, niezgodny z prawem finansowano partię polityczną. Kampania która miała przekonywać, że sądy mają być uleczone i sprawiedliwe, Dlaczego śledczy wracają do tematu teraz, choć sprawa dotyczyła kampanii z 2017 roku? Zdaniem prokuratury "Sprawiedliwe sądy" była jedną ze spraw, które za czasów PiS "skręcono" z powodów politycznych. Opozycja w powrocie do tematu "Sprawiedliwych sądów" widzi prześladowania polityczne. Po to Donald Tusk nielegalnie przejmował prokuraturę, żeby wykonywała zlecenia polityczne. I to jest jedno z takich zleceń, które prokuratura wykonuje. Ja nie byłem inspiratorem, aby wznowić to postępowanie. Obywatele oraz prawnicy wracają, bo uznają, że były te sprawy, jak mówi się potocznie, skręcone. Zgodnie z planem śledztwo w Prokuraturze Regionalnej w Rzeszowie potrwa przynajmniej do 30 czerwca. W jego trakcie zabezpieczono już dokumenty z PFN, Nie żyje Jacek Magiera - drugi trener reprezentacji Polski, w przeszłości piłkarz i zawodnik kadry narodowej. Szkoleniowiec w przeszłości związany m.in. z Legią Warszawa. Właśnie z tym stołecznym klubem w 2017 roku zdobył mistrzostwo Polski. Cały piłkarski świat żegna Jacka Magierę, podkreślając, że to przede wszystkim bardzo dobry człowiek, a dopiero potem świetny piłkarz i wyjątkowy trener. Człowiek, bez którego trudno opowiedzieć historię polskiej piłki, zarówno klubowej, jak i reprezentacyjnej. W tej pierwszej trzykrotnie zdobył Mistrzostwo Polski z Legią Warszawa - dwukrotnie jako piłkarz, raz jako trener. Zaledwie kilka miesięcy temu został asystentem selekcjonera Jana Urbana. Postaram się zrobić wszystko, żeby polska piłka miała z tego korzyści. Korzyści miała już wcześniej, szczególnie w szkoleniu młodych adeptów piłki. Jednym z wielu sukcesów Jacka Magiery jako trenera było doprowadzenie reprezentacji Polski do lat 20 do 1/8 finałów Mistrzostw Świata. Zupełnie niedawno pan trener był tutaj na ławce rezerwowych i robił to, co umiał najlepiej, czyli szkolił młodzież. Jacek Magiera swoją karierę piłkarską zaczynał w Rakowie Częstochowa, skąd przeniósł się do Legii Warszawa. To z Wojskowymi zdobywał największe sukcesy jako piłkarz. Po zawieszeniu korków na kołek był trenerem oprócz Legii, Zagłębia Sosnowiec i Śląska Wrocław, z którym zdobył wicemistrzostwo kraju. Ale nie za to najbardziej cenili go koledzy, nie tylko z boiska. Jacek był zawsze pogodnym, miłym, sympatycznym człowiekiem. Całkiem niedawno wymienialiśmy się informacjami na temat naszych dzieci. To jest bardzo, bardzo smutny dzień. Wszystkie kluby piłkarskiej ekstraklasy upamiętnią w ten weekend Jacka Magierę minutą ciszy przed rozpoczęciem swoich spotkań. W mediach społecznościowych żegna go cała sportowa Polska, m.in. Robert Lewandowski. Jacek Magiera zasłabł rano podczas treningu biegowego, po czym trafił do Wojskowego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu, gdzie zmarł. Miał 49 lat. To niezwykle rzadka operacja i wyjątkowa szansa dla pacjentów, którzy kwalifikują się do przeszczepienia wątroby. W klinice Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego lekarze wycięli organ, z której najpierw usunęli ogromny guz, by następnie pozaustrojowo zregenerować wątrobę i ponownie wszczepić ją pacjentce. Monika Leśnik żyła z guzem w wątrobie, który się rozrastał. To było prawie 8-kilogramowe obciążenie. Było mi ciężko dźwigać, podnosić, zachowywałam się jak osoba w ciąży. Guz zagrażał jej życiu, bo choć niezłośliwy, był wypełniony krwią i mógł w każdej chwili pęknąć. Pacjentka czekała na przeszczep. Otuchy dodawały jej dzieci, które pisały do niej listy. Byli tak prości w tym, mówili: "Mamusiu, przecież ty wyzdrowiejesz, zaraz wrócisz do domu". Zamiast przeszczepu lekarze zdecydowali się na autotransplantację. Wycięli wątrobę, następnie usunęli z niej guz, zregenerowali narząd i z powrotem wszczepili wątrobę pacjentce. Guz całkowicie zmienił anatomię jamy brzusznej. Największym wyzwaniem było usunięcie wątroby z jamy brzusznej, bo ona praktycznie wypełniała całą jamę brzuszną i poza wątrobą praktycznie nie było miejsca w brzuchu. Pierwszy w Polsce autoprzeszczep wątroby ten sam zespół przeprowadził dwa miesiące temu. Tym razem guz niemal całkowicie zgniótł wątrobę i tu z pomocą przyszła technika. Ważnym etapem operacji było przechowanie wątroby w tym urządzeniu, które służy do regeneracji narządów przeznaczonych do transplantacji. Tu, w obniżonej temperaturze, z dodatkiem tlenu wątroba była przez dwie godziny, co przywróciło jej funkcje. Tę metodę zastosowano dotąd tylko u kilkorga pacjentów na świecie. To kolejny milowy krok w transplantologii. Szacuję, że nawet kilkudziesięciu chorych rocznie po pełnym rozwoju tego programu może skorzystać z tej metody. Dla części chorych, których nie można zakwalifikować do przeszczepienia wątroby, to jest jedyna metoda leczenia. Za Moniką Leśnik kilkunastogodzinna operacja, która dla organizmu była większym obciążeniem niż maraton. Ale z każdym dniem jest lepiej. Został ze mnie zrzucony ogromny ciężar fizycznych dolegliwości i nowe życie, dla mnie cudowne. Żyje z własną, naprawioną wątrobą bez konieczności przyjmowania leków immunosupresyjnych i ryzyka odrzucenia narządu. Sama misja już przeszła do historii, ale żeby w pełni określić ją hasłem "sukces", potrzebny jest bezpieczny powrót kapsuły Orion. A to oznacza także powrót w atmosferę i wodowanie na Pacyfiku - to kluczowy etap, do którego ma dojść tej nocy. O misji w 10 dni dookoła Księżyca, która jest na ostatniej prostej w drodze do domu. Po 10 dniach w kosmosie astronauci z misji Artemis wracają do domu. Tak daleko jak oni nie był jeszcze nikt. Nie możemy się doczekać, aż zobaczymy zespół nurków Chcę spojrzeć na moje córki, Ellie i Katie, i powiedzieć: kocham was. Ich wsparcie było niesamowite. Niesamowite jest też to, co udało się osiągnąć misji Artemis II. Ich lot był nie tylko udanym testem systemów i procedur. Był pionierski. Po pierwsze poleciały cztery osoby, poleciała pierwsza kobieta w lot dookoła Księżyca. Zdjęcia, obrazy w wysokiej rozdzielczości. Zaćmienie Księżyca, o którym myślę teraz i jeszcze mam ciarki na plecach. Ta misja to pierwszy ważny krok w powrocie człowieka na Księżyc, ale zanim to nastąpi, astronauci muszą bezpiecznie wrócić. Kluczowym w powrocie misji Artemis na Ziemię będzie manewr skip entry. Kapsuła Orion, tak samo jak kamień rzucony o powierzchnię jeziora, odbije się, wytraci swoją prędkość i spokojnie wejdzie po raz drugi w atmosferę. A to ma nastąpić około 1.30 czasu polskiego. Orion będzie poruszał się z prędkością blisko 40 tys. km/h. Wokół niego wytworzy się plazma o temperaturze niemal 3000 stopni Celsjusza. To prawie dwa razy tyle ile temperatura topnienia stali. To gigantyczna temperatura, którą musi przetrwać statek, a jedyne, co będzie przed nią chronić, to osłona termiczna, która będzie starała się przejmować te temperaturę, będzie się topić i w formie płatów odpadać od kapsuły. W tym momencie nie ma już odwrotu i nie ma miejsca na błąd. Lądowanie jest najniebezpieczniejszym momentem misji. Doskonale o tym wie polski astronauta Sławosz Uznański. Nie ma planu B, trzeba wylądować. Jest całe zaplecze specjalistów, ludzi, którzy liczą trajektorię, sprawdzają systemy. Powrót misji Artemis śledzi cały świat. Teleskopowi Uniwersytetu Warszawskiego udało się uchwycić lecącą w kierunku Ziemi kapsułę Orion. Kapsuła była fotografowana poprzedniej nocy i jeszcze tej wcześniejszej. Leci coraz szybciej bo jest coraz bliżej i jest też coraz jaśniejsza. Wodowanie kapsuły Orion na Pacyfiku w nocy około godziny 2.00 czasu polskiego. Ja już państwu dziękuję, czas na "Pytanie dnia". U Justyny Dobrosz-Oracz dziś Borys Budka, europoseł, Koalicja Obywatelska. Spokojnego wieczoru.