Bolesna rocznica - mija 85 lat od zbrodni w Jedwabnem. Drogie podróże - kilometrówki i diety członka Krajowej Rady Sądownictwa. Wysokie kary - wyrok w sprawie brutalnego mordu na 78-latku. Zbigniew Łuczyński, dobry wieczór. "Kiedy pamiętamy, mamy szansę zbudować lepszy świat". Te słowa naczelnego rabina Polski Michaela Schudricha padły dzisiaj podczas obchodów 85. rocznicy mordu Żydów w Jedwabnem. 10 lipca w 1941 roku Polacy z inspiracji Niemców zabili kilkaset osób, wielu z nich spłonęło żywcem w stodole. Dziś w tym miejscu zebrali się ludzie, aby pamiętać i żałować. Kamień na nagrobku to nie tylko symbol pamięci. To wyraz szacunku, który ma przetrwać przez pokolenia. Dziś w Jedwabnem było ich wyjątkowo dużo. Pamięć zawsze jest potrzebna. Kiedy zapomnimy, wtedy to może być drugi raz. W miejscu dawnej stodoły, gdzie 85 lat temu spalono żywcem co najmniej 340 Żydów, oddano hołd ofiarom. Nasza obecność tutaj po to, żeby się pomodlić, żeby pamiętać o tym, co tu się wydarzyło. Polska dokonała ogromnego wysiłku zmierzenia się z prawdą. Bo według ustaleń śledztwa IPN bezpośrednimi sprawcami tej zbrodni byli miejscowi Polacy. Inspiratorami - Niemcy. Lekcja Jedwabnego to jest przede wszystkim lekcja naszej narodowej samoświadomości. Tu w Jedwabnem pojawili się przedstawiciele ofiar, parlamentarzyści, a także marszałkowie Sejmu i Senatu. Lekcja z Jedwabnego powinna dawać nam olbrzymią dawkę tolerancji, ale myślę, że jeszcze musimy trochę pożyć, żeby ta tolerancja wszystkich ogarnęła. Okrągłe obchody bardziej dzielą, niż łączą Polaków. A to dlatego, że w Jedwabnem mamy aż trzy niezależne od siebie uroczystości. Pierwsze, te główne tutaj pod namiotem, a dwie skrajnej prawicy, która kwestionuje udział Polaków w tym mordzie. Wojciech Sumliński z jednej strony, z drugiej Grzegorz Braun, który tutaj na sąsiadującej działce postawił krzyż i odsłonił tablicę pamiątkową. Choć z pamięcią ta tablica ma niewiele wspólnego. Napisano na niej wezwanie do modlitwy za ofiary "niemieckiego nazizmu i rosyjsko-żydowskiego sowietyzmu". Ludzie chcący tu uprawiać politykę robią wielki błąd. Sami siebie krzywdzą i w tej zadumie, w tej pokorze wobec ludzkiej śmierci powinniśmy się rozstać, a nie skakać do oczu. Rok temu polityk zablokował wjazd na uroczystości naczelnemu rabinowi Polski. Stąd w Jedwabnem wielu policjantów. Wzmocniono też ochronę samego rabina. Jest to moment bardzo trudny, bardzo przykry dla historii Polski, bardzo przykry dla społeczeństwa, które tak dużą pracę dokonało, żeby zbadać tę historię i się z nią zmierzyć. Braun i jego zwolennicy domagają się ekshumacji ofiar. Twierdzą, że Żydów zamordowali nie Polacy, a Niemcy. My jesteśmy obwiniani o zbrodnie żydowskie. To jest po prostu kłamstwo, nieuczciwość i przeciwko temu protestujemy. Temat mordu w Jedwabnem był przez wiele lat w Polsce marginalizowany. Przełom nastąpił w roku 2000. Ruszyły ekshumacje. Przerwano je po protestach środowisk żydowskich. Czuję się Polakiem, który wie, że w naszej historii i w historii innych krajów też są czarne karty i nie należy ich ukrywać. Nie ukrywał prezydent Kwaśniewski, który jako pierwszy i jedyny do tej pory prezydent brał udział w uroczystościach upamiętnienia zbrodni w Jedwabnem. Jako człowiek, jako obywatel i jako prezydent RP, przepraszam. Pamięć o tej zbrodni pozostaje sprawdzianem nie tylko naszej wiedzy o historii, ale także odpowiedzialności za to, jak o niej opowiadamy. Kontrowersje wokół sędziego Łukasza Piebiaka, wybranego niedawno do KRS, wydają się nie mieć końca. Prokuratura prowadzi postępowania związane z aferą hejterską czy sprawę posłużenia się fałszywym testamentem. A teraz padają pytania o finansowe nieprawidłowości. Pieniądze za dojazd do Warszawy pracując w Warszawie czy dieta za posiedzenie KRS, będąc w Strasburgu. Kilometrówki i diety w materiale Jakuba Korusa. Znowu głośno o Łukaszu Piebiaku, bohaterze afery hejterskiej, którego PiS nominowało do Krajowej Rady Sądownictwa. Tym razem przez diety i kilometrówki sędziego. Wczoraj łączył się z nami tutaj zdalnie, więc jest pytanie, czy pan Łukasz Piebiak uważa, że powinien otrzymać dietę za wczorajszy udział w obradach? Zdalnie, bo 8 lipca - choć był to dzień posiedzenia KRS w Warszawie, a sędziowie powinni unikać zaangażowania politycznego - na zaproszenie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów sędzia odwiedził Strasburg. Tłumaczył, że spotkanie w Parlamencie Europejskim miało miejsce późnym popołudniem czy wczesnym wieczorem, co nie przeszkadzało mu w zdalnym posiedzeniu rady. W europarlamencie, w towarzystwie Tomasza Sakiewicza, szefa prawicowej telewizji związanej z PiS, Łukasz Piebiak debatował o wolności słowa. Mówił sędzia. Eksperci nie mają wątpliwości. Od każdego sędziego powinniśmy wymagać zdecydowanie więcej. Jeżeli ktoś aspiruje do funkcji publicznych, to powinien się konsekwentnie koncentrować na wykonywaniu obowiązków w tym organie. W ramach innych obowiązków Piebiak przewodzi też stowarzyszeniu Prawnicy dla Polski, które w dniu jego wizyty w Strasburgu wydało takie oświadczenie. Pytanie, czy sam nie ma kłopotu z procedurami. Jak się okazuje, sędzia wystąpił do KRS o zwrot kosztów dojazdu do pracy z Podkarpacia. Co ważne, na co dzień orzeka w Warszawie i tutaj ma mieszkanie. Żeby móc mieszkać poza miejscem orzekania, sędzia powinien otrzymać stosowną zgodę. Do KRS wrócił temat diet. Hojnie przyznawanych w czasach, kiedy szefową rady była koleżanka Zbigniewa Ziobry, Dagmara Pawełczyk-Woicka. Sędzia Rafał Puchalski, inny bohater afery hejterskiej, tylko za styczeń dostał 30 tys. złotych. A do końca kadencji neo-KRS od początku tego roku pobrał za ten rok tylko 160 tys. zł. Uważam, że są to pieniądze gigantyczne, nieadekwatne do tego, ile było pracy w tym okresie. Rekordzista zainkasował z tytułu prac w radzie w ubiegłym roku 360 tys. zł poza pensją sędziowską. W nowej KRS powołano zespoły robocze mające skontrolować działalność rady w ostatnich latach. Bycie członkiem Krajowej Rady Sądownictwa to jest ciężka praca, to jest misja, to jest służenie państwu i jego obywatelom, a nie sposób na zarabianie łatwych pieniędzy. Sam Piebiak uczestniczy w obradach rady, ale bez prawa głosu. Minister sprawiedliwości zawiesił go w czynnościach sędziego. Były prezes Orlenu Daniel Obajtek, obecnie europoseł, usiłował wejść na teren kopalni soli w Inowrocławiu, gdzie trwa protest pracowników. Doszło do przepychanek z prezesem firmy. Warto przypomnieć, że mandat europosła nie przyznaje uprawnień do tzw. interwencji poselskich. Pan prezes pokazał panu Obajtkowi jego właściwe miejsce - skomentował zajście Donald Tusk. W czym mogę państwu pomóc?. Chciałbym wejść na teren zakładu z interwencją poselską. Kulturalnie było... ...tylko na początku. Po tym jak okazało się, że prezes należących do Orlenu zakładów Solino przepisy zna... ...i wie, że ma do niej prawo tylko polski, a nie europejski parlamentarzysta, Daniel Obajtek rozpoczął szturm. Ja wchodzę na zakład na siłę. Pan nie wejdzie! Proszę się opamiętać! Kim pan jest?! Proszę wyjść! Bardzo mi zaimponował pan prezes, dzielny chłop, muszę powiedzieć. Pokazał właściwe miejsce panu Obajtkowi i jego miejsce jest na pewno poza życiem publicznym. Daniel Obajtek, gdy był prezesem Orlenu, do siedziby spółki nie wpuszczał żadnych kontroli, ani poselskich, ani nawet z NIK-u, tłumacząc to tak. Nie ma żadnej podstawy prawnej i takie opinie prawne mamy, żeby NIK miał nas kontrolować. Ale teraz to co innego. Zapomniał wół, jak cielęciem był. Komentują rządzący. Tym bardziej że teraz chodziło o wtargnięcie do zakładu pod szczególną ochroną. Nasza spółka jest elementem infrastruktury krytycznej, dostęp jest jednoznacznie ograniczony. Mam prawo! Wykrzykiwał europoseł PiS, ale to tylko słowa. Pan Obajtek celowo wprowadzał w błąd, celowo oszukiwał. I, jak słyszymy w Sejmie, na nowo zinterpretował to... ...co prezes PiS mówił o nim przed laty. Wydaje mu się, że cały czas jest właścicielem, że jest na innych zasadach, że może wszystko, stąd próba wtargnięcia do zakładów Solino... Proszę filmować. ...skończyła się interwencją policji i rękoczynami, po których Daniel Obajtek dziennikarzy dopytywał tylko o jedno. Macie to? Macie to wszystko? Panowie się zachowują, jakby zęby były za darmo. Komentuje biuro prasowe Orlenu, przypominając tym samym, że z kasy koncernu Daniel Obajtek płacił za korektę zgryzu. Lewica wskazuje na polityczny kontekst. PiS próbuje gonić Brauna i robić takie same happeningi, jak robił Braun w różnych miejscach. PiS nazywa to odwagą. Widziałem bohaterskie działania Daniela Obajtka. I wykorzystuje do walki z rządem. To wszystko to jest obraz nędzy i rozpaczy o interes strategiczny państwa polskiego. Przemysław Czarnek nie dodaje jednak tego, co pracownicy Solino o Danielu Obajtku wiedzą. To jest pan, który podpisał dla Solino niekorzystną umowę. To - według obecnych władz spółki - stało się początkiem jej problemów, w sprawie których teraz interweniuje Daniel Obajtek. To wyglądało trochę tak, jakby były polityk i były prezes PiS przyszedł kontrolować instytucję, w której sam nabroił. Ale o tym Daniel Obajtek nie pamięta. Jest akt oskarżenia dla byłego prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Wniosek do sądu przeciwko Marianowi B. skierowała Prokuratura Regionalna w Białymstoku. Zdaniem śledczych miał on namawiać urzędników do ujawnienia tajemnicy skarbowej. Zdaniem prokuratury Marian B. miał nakłaniać byłego Dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Krakowie do przekazania mu informacji o kontroli podatkowej, a także czynnościach prowadzonych wobec niego przez CBA. Tadeusz G. przyznał się do bezprawnego ujawniania informacji. To nie koniec kłopotów byłego prezesa NIK-u. Jak wynika z audytu zleconego przez obecnego szefa Izby, instytucja za czasów prezesury Mariana B. przeznaczyła blisko 270 tys. zł na zewnętrzne opinie prawne. Część zamawianych analiz miała dotyczyć spraw bezpośrednio związanych z decyzjami ówczesnego prezesa. To jest "19.30" w piątek, a wśród dzisiejszych wiadomości... Rekordowe wydatki na bezpieczeństwo i rekordowa liczba wakatów w policji. Został zabity ze szczególnym okrucieństwem, a sąd uznał motywację sprawców za zasługującą na szczególne potępienie. 78-letni mieszkaniec Gdańska przyjął pod swój dach wnuczkę. Ta, razem z mężem i kochankiem, postanowiła zabić dziadka. Za tę zbrodnię zostali dzisiaj skazani na kary długoletniego więzienia. 15-letnia Angelika N., wnuczka ofiary, oraz jej 19-letni kochanek Dawid Z. usłyszeli wyrok 25 lat więzienia. Kobieta za podżeganie do zabójstwa, mężczyzna za jego realizację. Mąż Angeliki, Kamil N., trafi do więzienia na 20 lat za pomoc w zabójstwie. Udział każdego z oskarżonych w zrealizowaniu czynu był istotny, a działania przez nich podejmowane uzupełniały się wzajemnie. To miał być "pakt miłości" - tak plan morderstwa opisywał kochanek kobiety. Inicjatorką była Angelika N., a mężczyźni zgodnie podjęli się wyznaczonych ról. Kochanek zaatakował, a mąż stał na czatach. Dawid Z. stał przed blokiem i widział Kamila N. i Józefa D., za którym poszedł, i uderzał tłuczkiem do mięsa, zadał mu kilkanaście uderzeń. Po dokonanej zbrodni Dawid Z. wyrzucił ubranie i narzędzia zbrodni do morza. Małżonkowie nie wezwali odpowiednich służb, a po całym zdarzeniu zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. Upływ czasu nie spowodował u żadnego z nich poczucia winy. Małżeństwo mieszkało z dziadkiem w niewielkim mieszkaniu i to przejęcie nieruchomości było motywem zbrodni. Każdy w tym całym układzie miał swoją rolę do spełnieni. To nie jest kwestia przypadku, nie można mówić o tym, że to było nieumyślne, tylko to było przygotowane, zaplanowane. Sąd uznał, że choć sprawcy działali w sposób okrutny, to nie był to szczególny rodzaj okrucieństwa, stąd kary 25 lat więzienia, choć prokuratura chciała dożywocia. Dawid Z, uznał, że nie posiadał takich narzędzi, które nadawałyby się do szybkiego zadania śmierci. Wybrał tłuczek do mięsa po to właśnie, żeby w ten sposób szybko pozbawić życia. W przypadku Kamila N. sąd podwyższył karę z 16 na 20 lat więzienia, uznając, że jest współodpowiedzialny za czyn, w którym uczestniczył. Obrona zapowiedziała apelację. Staramy się jednak dywersyfikować poszczególne role poszczególnych oskarżonych, sądy ujednolicają te role. Wyrok sadu w Gdańsku nie jest prawomocny. Przełom w śledztwie w sprawie napadu na warszawski salon jubilerski. Policja zatrzymała podejrzanego i wie, kim są pozostali sprawcy. Zdaniem śledczych za napadem może stać międzynarodowy gang specjalizujący się w rabunkach luksusowej biżuterii. Do kradzieży doszło pod koniec grudnia 2024 czwartego roku w jednej z warszawskich galerii handlowych. Do salonu jubilerskiego weszły trzy osoby w strojach dostawców jedzenia. Ochroniarza obezwładnili gazem pieprzowym, obsługę sterroryzowali przedmiotem przypominającym broń, po czym rozbili gabloty. Ich łupem padła biżuteria o wartości 1,5 mln złotych. Zapakowali ją do toreb, a potem uciekli na hulajnogach. Teraz jeden ze sprawców wpadł w ręce służb. 46-latek został zatrzymany podczas próby przekroczenia granicy między Chorwacją a Serbią. Pozostali członkowie grupy wciąż są poszukiwani. Jest ich ponad 103 tysiące, a liczba osób chcących czuwać nad naszym bezpieczeństwem rośnie. Do niedawna do słowa "policja" można było w ciemno dodawać słowo "wakat", ale to już przeszłość. 29 mld zł przeznaczonych dla służb w tym roku przynosi efekt. I to jest akurat dobra zmiana. Jeszcze rok temu brakowało ich ponad 12,5 tysiąca. Dziś policyjnych wakatów jest niespełna 7000. Mundurowych przybywa, a chętnych do służby jest więcej niż miejsc. Pieniądze, które trafiają do budżetu policji, staramy się zagospodarować w sposób odpowiedni. To ogromna formacja, ogromne potrzeby, zużywający się sprzęt transportowy, inwestycje w ludzi. A te są konkretne. Aby przyciągnąć nowych funkcjonariuszy, państwo podwyższyło pensje. Są też dodatki mieszkaniowe. A przede wszystkim stabilna praca. Efekt - po latach kadrowego kryzysu policja zaczyna odbudowywać szeregi. Stabilność zatrudnienia, myślę, że dobre warunki finansowe na dzień dzisiejszy. To jest to wszystko, co przyciąga młodych ludzi. Na wszystkie służby podległe MSWiA przeznaczy blisko 29 mld zł. Lwia część trafi właśnie do policji, ale na wsparcie może też liczyć straż pożarna, Straż Graniczna i Służba Ochrony Państwa. Aby stać się formacjami bardziej nowoczesnymi, ale z drugiej strony to wpływa również na zapewnienie bezpieczeństwa w kraju, bezpieczeństwa nam wszystkim. Bo granica między bezpieczeństwem wewnętrznym a zewnętrznym jest dziś cieńsza niż kiedykolwiek. A w wojnie hybrydowej obce służby wykorzystują zorganizowaną przestępczość. To wyzwanie choćby dla Straży Granicznej. Na celowniku - grupy zajmujące się przemytem i handlem ludźmi. Do tego dochodzą zdania z zakresu przeciwdziałania nielegalnej migracji, kontrola legalności pobytu i zatrudnienia cudzoziemców, konsultacje wizowe, wywiady i inne zadania. Wyzwaniem dla służb jest też pogoda. Gwałtowne nawałnice czy podtopienia na nogi stawiają straż. A walka z nimi wymaga nie tylko ludzi, ale i specjalistycznego wyposażenia. Działania stricte gaśnicze, to jest jakiś procent, mówi się już coraz częściej, że jest to około 25-30% wszystkich działań, jakie podejmuje straż pożarna. Rachunek za bezpieczeństwo tylko w tym roku to 29 mld zł. Ale jego prawdziwą wartość mierzy się nie liczbą zer w budżecie, lecz tym, jak szybko po telefonie pod 112 pojawi się pomoc. Wiatr znad morza, który ostatnio nie miał dobrej prasy za przyczyną pogodowych zawirowań, przynosi dzisiaj dobrą wiadomość. I przełomowy moment dla polskiej energetyki. Bo właśnie od dziś energia wyprodukowana przez morską farmę wiatrową na Bałtyku została wprowadzona do Krajowego Systemu Elektroenergetycznego. Wytworzona na Bałtyku energia z wiatru płynie już do gniazdek Polaków. To możliwe dzięki ukończeniu tej inwestycji - stacji elektroenergetycznej Choczewo na Pomorzu. Pierwszy prąd z polskiej morskiej farmy wiatrowej. Pierwszej z kilku. Tę Orlen buduje we współpracy z Kanadyjczykami. Zainstalowano dotąd 54 z docelowych 76 turbin. Prąd płynie z nich kablami ułożonymi pod dnem morza do tej właśnie stacji, wybudowanej przez polskie konsorcjum - SPIE Energy z Gdańska i Elfeko z Gdyni. Polska innowacyjność, polska pracowitość i polskie firmy. Realizację wspierały polskie ośrodki naukowe - Instytut Energetyki z Gdańska i Wydział Elektryczny Politechniki Warszawskiej. Stacja to łącznie 800 ton konstrukcji stalowych, 300 km kabli, wszystko na terenie równym 35 boiskom piłkarskim. Jej zadaniem jest przesyłanie zielonej, odnawialnej energii do krajowej sieci. To jest polskie morze, w jakimś sensie to jest polski wiatr. Nie płacimy za wiatr, on będzie wiał niezależnie od tego, co się będzie działo w Iranie czy w Moskwie. Dlatego farmy wiatrowe są tak ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa i suwerenności energetycznej. Transformacja energetyczna nie jest celem samym w sobie. Ona jest narzędziem do budowy siły i odporności polskiej gospodarki. Do stacji Choczewo będą przyłączane kolejne bałtyckie farmy wiatrowe. Ich łączna moc do końca dekady dojdzie do sześciu gigawatów. To więcej niż moc największej w Polsce elektrowni węglowej Bełchatów. Tyle że ta energia będzie tańsza. To bardzo ważne, że uruchamiamy nowe odnawialne źródła energii, które co do zasady są tańsze od energii pochodzącej z węgla, a w szczególności z importowanego gazu. Stacja Choczewo została zbudowana za ponad pół miliarda zł z unijnych pieniędzy, dokładnie z KPO. Przygotowania ruszyły 7 lat temu, jeszcze za rządów PiS. I choć dziś PiS broni węgla i wyszydza odnawialne źródła energii, to z faktami nie da się dyskutować. Im więcej użyjemy odnawialnych źródeł energii, tym mniej zaimportujemy gazu z krajów nam wrogich albo niestabilnych. Pomorze i właśnie gmina Choczewo staje się nowym centrum energetycznym Polski. Obok tej stacji powstanie kolejna podobnej wielkości, do odbioru energii z pierwszej polskiej elektrowni jądrowej i sama elektrownia. Port lotniczy w Palm Beach i lądujący na nim prywatny samolot rodziny Trumpów. Taki obraz nie dziwi, bo Floryda to miejsce, z którym prezydent USA jest związany od lat. Jednak od wczoraj każdy samolot lądujący na tym lotnisku zawita do portu imienia Donalda J. Trumpa. Miejsc noszących imię urzędującego prezydenta przybywa. U Donalda Trumpa wszystko musi być największe, najlepsze, najpiękniejsze i najwspanialsze na świecie. A najlepiej jeszcze, gdyby nosiło jego nazwisko. Jak lotnisko w Palm Beach na Florydzie, które właśnie oficjalnie przyjęło imię prezydenta Donalda Trumpa. I trudno o bardziej symboliczny debiut nowej nazwy. To lądujący na lotnisku imienia Trumpa jego rodzinny samolot Trump Force One. To człowiek, który na to zasługuje. Człowiek, który zrobił tak wiele dla tego kraju. Jest tym zachwycony. To dla niego ogromny zaszczyt. Od czasu rozpoczęcia drugiej kadencji w Białym Domu administracja robi wszystko, by nazwisko i wizerunek Donalda Trumpa utrwalić. Zostało przypisane do nowych okrętów wojennych USA, programu wizowego dla zamożnych cudzoziemców, rządowego serwisu leków na receptę, federalnych kont oszczędnościowych dla dzieci, a także wielu dróg i mostów. Są też okolicznościowe paszporty i złote monety z wizerunkiem Trumpa. A nawet karnety do parków narodowych. On nie jest królem, tylko prezydentem. Więc to nie jest odpowiednie. Tak stwierdził też sąd, który ostatnio zarządził usunięcie nazwiska Trumpa z fasady prestiżowego ośrodka - Centrum Kennedy'ego. Uznał, że zmiana nazwy była nielegalna. Uważam, że ten konkretny prezydent nie zasługuje na to, by cokolwiek nazywać jego imieniem za to, co zrobił naszemu krajowi. A Trump - dosłownie - chce go przebudować. To jak dotąd jego największy projekt - sala balowa przy Białym Domu. Budujemy światowej klasy salę balową. Pewnie słyszycie ten piękny dźwięk budowy? To muzyka dla moich uszu. Jej budowa pochłonie ponad 600 mln dolarów. Bo blichtr widoczny na tych wizualizacjach musi swoje kosztować. Złotą estetykę Trump wprowadza w całym Białym Domu. Nie oszczędził nawet łazienki Lincolna. Styl znany jest z jego posiadłości Mar-a-Lago, gdzie już stanął jego pomnik. Złoty. Za to niebieski - jak flaga USA - miał być ten zbiornik w centrum stolicy. Ale zakwitły w nim zielone algi. Trump planuje postawić w Waszyngtonie także monumentalny łuk triumfalny. Ma być wyższy od słynnego paryskiego odpowiednika. Na razie jest tylko taki. Nie musieć, ale móc. Taki luksus ma niewielu ludzi na świecie, a w świecie artystów można takie osoby policzyć na palcach. Rolling Stones istnieje "od zawsze", więc słowo "powraca" nie do końca oddaje fenomen tej legendarnej grupy. Ale fakty są takie, że dziś do odbiorców trafia 25. płyta, a wielbiciele Micka Jaggera dostają nowe piosenki. Po fali fake newsów na temat płyty teraz czas na wiarygodne źródło. Nie każda premiera płyty rozświetla niebo nad Tamizą. Ale też nie każdy zespół wydaje nowy album 64 lata po swoim pierwszym koncercie. "Foreign Tongues" to 25. studyjny album Stonesów. 14 nowych nagrań i lista gości, która mogłaby wypełnić niejeden festiwal. Paul McCartney, Robert Smith z The Cure czy Chad Smith z Red Hot Chili Peppers. Jest też ostatni utwór, w którym zagrał nieżyjący już perkusista Charlie Watts. Mamy nadzieję, że wyruszymy w trasę. Ronnie i ja bardzo chcemy wrócić na scenę, więc liczymy, Wśród publiczności niemal na pewno będzie Piotr Metz. To właśnie do niego trafił jeden z zaledwie 50 egzemplarzy limitowanego wydania płyty. Tam jest wystarczająco dużo prawdziwych Stonesów w Stonesach, żeby wszyscy, którzy kochają Stonesów, byli zadowoleni. Prawdziwi Stonesi to przede wszystkim riffy, surowe, bezczelne i rozpoznawalne po kilku sekundach. Najsłynniejszy z nich, do "Satisfaction", Keith Richards wymyślił przez sen. Obudził się, nagrał jego krótki szkic na magnetofon i ponownie zasnął. Rano odkrył, że na taśmie jest też 40 minut jego chrapania. Mick powiedział, że jak będzie miał 35 lat, przestanie wykonywać ten utwór, i nadal go grają. Ich historia ma też polski rozdział. Dwa legendarne koncerty w warszawskiej Sali Kongresowej w 1967. Za żelazną kurtyną Stonesi brzmieli jak obietnica świata, o którym większość publiczności tylko marzyła. Stonesi przetrwali winyle, kasety, płyty CD, streaming i kolejne zapowiedzi własnego końca. Po ponad sześciu dekadach nie muszą już nikomu niczego udowadniać. A jednak wciąż zachowują się tak, jakby najlepsze dopiero miało się wydarzyć. Rockowe uderzenie kończy "19.30". Za chwilę schodzimy na ziemię, bo w programie "Pytanie dnia". Gościem Piotra Maślaka będzie Miłosz Motyka. My wracamy o 22.30 z podsumowaniem dnia. "19.30" niezawodnie i na czas już jutro. Do zobaczenia.