Unia Centrum. Nowa partia w koalicji. Gra pamięcią. Spór o Wołyń nie ma końca. Na oparach. Rosja bez paliwa. Na gruzach Polski 2050 powstaje nowe ugrupowanie. Już nie klub, a Unia Centrum, i jest pełnoprawną partią polityczną. Na czele Paulina Hennig-Kloska, we władzach takie nazwiska jak Kobosko czy Suchoń. Partia w kolorach będzie niebiesko-zielona, bo połączy przedsiębiorczość i troskę o środowisko. Kongres programowy we wrześniu. Ostatnie przymiarki. By powitać władze nowej partii. Partii, która na rok przed wyborami chce zamieszać na polskiej scenie politycznej. Pod nazwą Unia Centrum. Ugrupowanie powstało z połączenia stowarzyszenia Centrum Polska oraz Unii Europejskich Demokratów. O sobie mówią "niebiesko-zieloni". Proponują silną gospodarkę, rozwój, a także troskę o klimat, środowisko i jakość życia. Dziś mamy czas, kiedy wartości takie jak odpowiedzialność za państwo należy łączyć z odwagą. Mówi ministra klimatu, która ma pokierować nową partią. Wiceprzewodniczącymi zostali Mirosław Suchoń, Elżbieta Bińczycka, Ewa Szymanowska i Michał Kobosko. My chcemy odpowiadać na potrzeby, tej części wyborców, którzy chcą Polski centrowej. Sami deklarują dalszą współpracę z rządem. A to już reakcja współkoalicjantów. Jeśli chodzi o koalicję, to dbamy o to, żeby wciąż łączyły nas wspólne wartości, żebyśmy mogli wspólnie pracować i przyjmować dobre ustawy. Nie ma żadnej realnej potrzeby społecznej na ten byt. Twierdzi PiS, i jak słyszymy, nie wróży on Unii Centrum przyszłości. Widziałem Ruch Palikota, widziałem Nowoczesną Ryszarda Petru, widziałem ruch Kukiza - bardzo sympatyczny, ale wszystkie mniej więcej tak samo skończyły. Czyli na jednym sezonie politycznym. A żeby znaleźć Centrum w ostatnim sondażu, potrzeba lupy, bo ugrupowanie zamyka stawkę. I notuje zaledwie 0,1% poparcia. Dopiero budujemy nową markę na scenie politycznej i dopiero będziemy prezentować się wyborcom. Klub Parlamentarny Centrum powstał w lutym w wyniku rozłamu w partii Polska 2050. Spory wewnętrzne, konflikt wokół kierownictwa partii, a także brak porozumienia co do kierunku rozwoju zadecydowały o tym, że klub poselski Polski 2050 zmniejszył się o połowę. Nie uważam, żeby to była partia, która tworzy lukę po rozczarowanych Polską 2050, po ich działaniach politycznych, legislacyjnych, jakoś trudno doszukiwać się innego działania, niż takiego samego, jak robi Platforma Obywatelska. Jednak, jak słyszymy, Unia Centrum chce odzyskać wyborców partii Pełczyńskiej-Nałęcz. Dla byłych polityków tego ugrupowania Polska 2050 to koń trojański w koalicji rządzącej. Ja mogę tylko życzyć jedno, że będzie ogromnym sukcesem, jeżeli partia Centrum odzyska tych wyborców, którzy kiedyś głosowali na Trzecią Drogę i na kandydatów Polski 2050. To jest dość trudne pytanie. Unia Centrum na razie planuje samotny start w przyszłorocznych wyborach, ale nie wyklucza też wspólnych list. Jeżeli oni uważają, że to jest słuszne dla nich i nad tym powinni się pochylić, to życzę im jak najlepiej. W Unii Centrum znalazła się większość posłów z klubu parlamentarnego Centrum. Kilku polityków, w tym Ryszard Petru, na razie nie podpisało deklaracji programowej. Od dziś zabieramy się do wspólnej pracy. Dziękujemy bardzo. Konwencja partyjna we wrześniu. Gigantyczny pożar w Strzegomiu. Kłęby dymu, z okien było widać na 12 metrów w górę. To są zmielone plastiki. Musimy pracować w aparatach ochrony układu oddechowego. Gaszenie trwało 24 godziny. Sytuacja jest opanowana. Polskie emocje wobec Ukrainy falują od empatii dachu nad głową dla uchodźcy, przez uwagi o roszczeniowym narodzie, aż po hejt nad "ukrami", których miejsce jest za Bugiem. Powrót debaty o Wołyniu podnosi temperaturę, a politycy czujni na społeczny barometr wykonują oczekiwane przez elektorat gesty. W sprawie trudnej historii rozmowę łatwo może zastąpić hasło na manifestacji. Jaką drogę wybiera polska polityka? Apele o godne upamiętnienie ofiar Wołynia nie pomogły. W Warszawie marsz skrajnej prawicy z Grzegorzem Braunem na czele. Tu ofiary ludobójstwa nie wydawały się być najważniejsze. Były ataki na konkurentów z prawicy. Nagle ogarnęli, że banderyzm jest na Ukrainie, nazizm jest na Ukrainie, żyd Zełenski nagradza nazistów z UPA. A jeszcze więcej było o, zdaniem Brauna, obecnym zagrożeniu ze strony Ukraińców. We Wrocławiu o budowanie konfliktu nietrudno, skoro nie wiadomo, czy jedna czwarta, czy już jedna trzecia czy więcej mieszkańców to Ukraińcy. Grzegorz Braun na antyukraińskich emocjach gra od dawna, zdejmował już flagę Ukrainy z budynku jednej z instytucji. I to nazywa patriotyzmem. To są polityczni awanturnicy i oszołomy, niestety, którzy na skrajnych emocjach próbują zbijać kapitał polityczny. W kolejną rocznicę rzezi wołyńskiej Brauna na Wołyniu nie było. Ofiary upamiętnił będący w Ukrainie wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Dziś wziął udział w Dniu Walki i Męczeństwa Wsi Polskiej, który, jak mówił, dopełnia się z Dniem Ofiar ludobójstwa wołyńskiego. Powiedzenie wprost Ukraińcom, że to jest dla nas sprawa, której nie odpuścimy. I zapraszamy, wyciągamy rękę do budowy lepszej przyszłości, bo mamy te trudne doświadczenia i nigdy ich nie wolno powtórzyć. To jest racja stanu Rzeczpospolitej. Bo Polska i Ukraina mają wspólnego wroga. Rosja eskaluje, drabinka eskalacyjna i podążanie po niej do góry przez Rosję jest naszym doświadczeniem każdego dnia. Ale, jak podkreślają rządzący, Polska ma prawo domagać się prawdy w sprawie ludobójstwa popełnianego przez Ukraińców w czasie II wojny światowej. I chce kolejnych ekshumacji. Część z nich już trwa. Stoimy nie na stanowisku takim, że to jest przeciwko komuś, tylko na stanowisku opartym na rzetelnych badaniach historyków, o interpretacje powszechnie przyjęte w prawie międzynarodowym. W Warszawie powstanie Mur Pamięci. Zamordowani nie mogą zostać bezimienni, nie mogą zostać bez godnego pochówku, pamięć o nich to nasz wspólny obowiązek. Bardzo roztropne działanie państwa polskiego w obliczu tego, co w ostatnim czasie się dzieje. Wołodymyr Zełenski nadał imię "Bohaterów UPA" elitarnej jednostce wojskowej. Ma też powstać panteon w Kijowie, w którym może znaleźć się miejsce także dla zbrodniarzy z UPA. To wszystko kładzie się cieniem na relacje Polski i Ukrainy. Dopóki ta sprawa nie zostanie rozwiązana, dopóty będzie destabilizowała wzajemne relacje i nie będzie pozwalała na nawiązanie rzeczywiście partnerskich relacji sojuszniczych, które są niezbędne w kontekście wyzwań i zagrożeń. To zaczyna rozumieć Kijów. Z okazji rocznicy rzezi wołyńskiej Zełenski napisał o wspólnym rosyjskim wrogu. W kwestii rozliczenia przeszłości Ukraina ma chcieć przyspieszyć z pracami poszukiwawczymi w miejscach pogromów. Pełna prawda i chrześcijańskie uhonorowanie poległych to jest to, co potrzebne. Jeżeli chcemy budować wspólną przyszłość, to musimy ją budować też na solidnym fundamencie prawdy historycznej. Tyle tylko, że jej nie buduje się przez marsze, przez obrażanie Ukraińców, tylko poprzez dyplomację. Tu dyplomacja i prawda historyczna zeszły na odległy plan. 4 lata temu Rosja ruszyła do ataku na Ukrainę z jasnym przekazem dla świata i narodu: Kijów Zełenskiego to nazistowski reżim, musimy go wykorzenić, a państwo zdemilitaryzować, by ten nazizm nie zaczął szczerzyć kłów. Świat oczywiście wzruszył ramionami, uzbroił Ukrainę i Polska była w tym towarzystwie, ale dziś "ukraiński nazizm" właśnie w Polsce dostaje legitymację. Kto się go dopatrzył, czemu teraz i po co? Tak dziś PiS wykorzystuje wołyńską ranę, by sączyć putinowską narrację o Ukrainie. Dzisiaj mamy absolutne moralny obowiązek, nie tylko prawo, a obowiązek, krzyczeć do wszystkich stolic europejskich i światowych, krzyczeć o powstrzymaniu odradzania się ideologii nazistowskiej na Ukrainie. Politycy koalicji rządzącej nie dowierzają. To, co wyprawia Przemysław Czarnek, jest niewiarygodne. Ciekawe, czy Przemysław Czarnek przetłumaczył z rosyjskiego to przemówienie, bo ono brzmi jak propaganda putinowska. Bo to właśnie Putin z kłamstwa o rzekomym nazizmie w Ukrainie uczynił propagandowe alibi dla swojej bestialskiej napaści. Postanowiłem przeprowadzić specjalną operację wojskową. Będziemy dążyć do demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy. Denazyfikacji Ukrainy, czyli eliminacji rzekomego nazizmu. Dziś politycy PiS-u, powtarzając te kremlowskie kłamstwa, wpisują się w propagandowy scenariusz Putina. Tu jest posługiwanie się językiem Putina i pojawiają się pytania rodem wyjęte z Kremla. Panie redaktorze, pan to porównuje do słów Putina. To był powód wejścia do Ukrainy. Tak Putin to argumentował. Panie redaktorze, ale nie możemy zaprzeczyć, w 1943 roku było ludobójstwo. Ale nikt dzisiaj temu nie zaprzecza. Co istotne, pamięć o ofiarach Wołynia nie wymaga języka Kremla. Wczoraj wicepremier i minister obrony oddał im hołd na Wołyniu. Dziś pyta polityków PiS: Dlaczego ich tam nie było? Wczoraj powiedziałem przedstawicielom rządu Ukraińskiego: dla nas to upamiętnienie jest sprawą niezwykle ważną, to jest sprawa honorowa. Rządzący mówią wprost: PiS gra Wołyniem o skrajnie prawicowy elektorat. Przyjmując Brauna na króla opozycji, oni wszyscy się z nim ścigają, nie zważając na to, gdzie interes i racja bezpieczeństwa państwa polskiego. Choć jeszcze kilka lat temu politycy PiS-u wiedzieli, co służy Putinowi i gdzie jest prawda. W rosyjskiej propagandzie wielokrotnie mogliśmy usłyszeć fałszywe oskarżenia wobec Ukraińców o faszyzm. Dokładnie tak mówił Stalin: przeciwników nazywajcie faszystami lub antysemitami. I dokładnie to, przed czym ostrzegał kiedyś premier z PiS-u. Robi dziś Przemysław Czarnek, też z PiS-u. Odradzania się ideologii nazistowskiej. Gdzie jest ta granica między krytyką Ukrainy a powielaniem rosyjskich tez? To jest bardzo cienka granica, ale odpowiedzialni politycy powinni umieć ją wyznaczać. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. I niestety w tym sporze ten trzeci jest Putin. Kremlowskie brednie o współczesnych nazistach w Ukrainie rozpowiada też ten człowiek - Krzysztof Tołwiński. W latach 90. polityczną drogę zaczynał w PSL, ale prawdziwą karierę zrobił w rządzie Jarosława Kaczyńskiego jako wiceminister, a później poseł PiS-u. Dziś jawnie wspiera zbrodniczą Rosję, a rosyjskim żołnierzom przekazał apteczki. Walczącym za nowy porządek, za pokój, walczącym przeciwko nazizmowi. Miesiąc temu Tołwiński w rosyjskiej ambasadzie w Warszawie... Jest chleb, jest sól. Panie ambasadorze, witamy po staropolsku. ...płaszczył się przed rosyjskim ambasadorem. To jest osoba, która jest już ewidentnie prorosyjska, ale on zaczynał od takich mocnych antyukraińskich wypowiedzi i widać, jak cienka jest ta granica pomiędzy antyukraińskością a wprost działaniem na korzyść Władimira Putina. Jak się okazuje, kremlowska propaganda jest najgroźniejsza wtedy, gdy przestaje brzmieć po rosyjsku, a zaczyna po polsku. Pryzma sprasowanych plastikowych odpadów, wielka jak piłkarskie boisko, wysoka na 3 piętra, zapłonęła w Strzegomiu pod Wałbrzychem. Akcji gaśniczej sprzyjał profesjonalizm strażaków i wiatr, który zwiewał toksyczny dym z dala od ludzi. Strażacy zrobili swoje, a teraz do pracy bierze się prokuratura. Trzeba ustalić, jak doszło do pożaru i czy składowisko było legalne. Kłęby dymu były widoczne z wielu kilometrów. Ognie nawet na 12 metrów w górę. Była bardzo duża łuna dymu widoczna. Tuż przy bocznicy kolejowej zapłonęło składowisko śmieci bardzo trudnych do ugaszenia. Składowisko odpadów pochodzenia plastikowego. To są zmielone plastiki, sprasowane. W tym miejscu było to składowane. Nie wiadomo, czy legalnie. Burmistrz Strzegomia nie wie też, do kogo należy teren. Myślę, że odpowiednie służby będą to sprawdzać. Było to składowisko odpadów niewątpliwie. I to ogromne. Pryzmę 50 na 70 metrów i wysoką na 8 metrów gasiło w szczycie akcji około 200 strażaków. Płonące tworzywa sztuczne tworzą dość dużo dymu. Musimy pracować w aparatach ochrony układu oddechowego. Musimy się regularnie wymieniać. To długotrwała akcja. Mieszkańcom zalecono zamknięcie okien i niezbliżanie się do miejsca pożaru. Strażacy ze specjalnej grupy chemicznej objechali gminę, by zbadać stan powietrza. Ten zastęp w późnych godzinach nocnych zakończył swoje działania. Był w kilkunastu miejscach na terenie gminy. Sprawdzał to powietrze. Nigdzie nie stwierdzono przekroczenia stężeń dopuszczalnych. Widoczne było, ale wyczuwalne - nie. Wcale nie było wyczuwalne. Jakby coś w domu było nie tak, coś by śmierdziało, to na pewno zamknąłbym balkon. Tu akurat kluczowy był wiatr, który tym razem sprzyjał. W pobliżu jest centrum handlowe, gdzie w sobotę wieczorem dużo ludzi się pojawia. I to było największym zagrożeniem. Na szczęście tutaj przyroda była po naszej stronie. Nie wiało w tamtym kierunku. W pobliżu jest też stacja kolejowa. Ale ruch pociągów odbywał się normalnie. W pożarze ucierpiał natomiast nieużytkowany budynek dawnej infrastruktury kolejowej. Stary budynek magazynowy również był objęty pożarem. Z rozpoznania wynika, że dach się zapadł do środka. Na razie nie wiadomo, jak doszło pożaru. Ustaleniem przyczyn zajmie się policja. Prezydent Ukrainy zapowiedział dymisję premier Julii Swyrydenko. Wołodymyr Zełenski argumentuje swoją decyzję "zmianą strategii politycznej". Zdaniem mediów szefowa rządu ma zostać ambasadorem Ukrainy w USA. Jestem wdzięczny Julii za jej precyzyjną, stabilną i efektywną pracę premiera, za lata owocnej służby w ukraińskim zespole, i zaproponowałem jej możliwość kierowania nowym projektem związanym z relacją z kluczowym partnerem. Oczekuję, że wspólnie z deputowanymi dokonamy odpowiednich zmian w rządzie Ukrainy. Mocny apel papieża Leona XIV o pokój. Podczas spotkania z wiernymi w Castel Gandolfo zaapelował, by "nowe wichry wojny" nie zgasiły nadziei na pokój w regionach konfliktów, takich jak Bliski Wschód i Ukraina. Niestety znowu wieją wichry wojny na Bliskim Wschodzie, Ukrainie i w licznych innych częściach świata, siejąc przemoc, terror i śmierć oraz uderzając po raz kolejny w wielu niewinnych. Nie pozwólmy na to, aby te wichry zgasiły płomyk nadziei i pokoju, także gdy wydaje się on kruchy i chwiejny. Rosja to surowcowa potęga, która zalewała świat swoją ropą, ale wojna wszystko zmieniła, bo Ukraińska armie wie, gdzie uderzyć, by zabolało. Zbombardowane rafinerie nie łapią oddechu, na stacjach benzynowych sceny jak z koszmaru o trzecim świecie. Komitety kolejkowe, zeszyty z zapisami, wyzwiska i interwencje ochrony, bo o 3:00 nad ranem nerwy puszczają. Rosjanie coraz częściej mówią, że wiedzą, komu dziękować. Do takich awantur na rosyjskich stacjach benzynowych dochodzi coraz częściej. Mieszkańcy biją się o miejsce w takiej kolejce czy nawet ilość tankowanego paliwa. Wszyscy są zestresowani, wszyscy są zdenerwowani, kłócą się i sprzeczają. W kraju krasnodarskim problem jest tak duży, że służby na stację wysłały paramilitarne oddziały, by pilnowały porządku. Jest dużo spekulantów wszelkiego pokroju. Tankują, odjeżdżają i znowu ustawiają się w kolejkach. My to sprawdzamy kamerami i ludzie nam mówią, kto kryje się za rogiem po więcej. Jeśli podjedzie, po prostu go wyrzucimy. Teraz uspokoić sfrustrowanych kierowców mają też nauczyciele. Władze twierdzą, że robią to dobrowolnie, pedagodzy, że to rozkaz i niezadowoleni dzielą się w sieci poleceniami, jakie dostają. Według Reutersa po masowych ukraińskich atakach na rafinerie wroga, rosyjska krajowa produkcja benzyny pokrywa zaledwie 65% bieżącego zapotrzebowania. Mieszkańcy, by zatankować, czekają w kolejkach nawet do kilkunastu godzin. Kiedy to wszystko się skończy? Jest 3:00 nad ranem i stoję w kolejce na stacji benzynowej Rosnieft. Z ośmiu stacji benzynowych w mieście tylko dwie mają paliwo. I nie chodzi już o gigantyczne ceny benzyny i ropy, ale w ogóle o ich brak - dotyka już 78 z 83 regionów Rosji. Władze na Syberii zaapelowały do mieszkańców o pracę zdalną. Jeździliśmy dziś dwie godziny w poszukiwaniu stacji benzynowej, ale nigdzie nikogo nie było. Dotąd Rosjanie sprawdzić, gdzie jest paliwo, mogli na tej stronie. Teraz jest to niemożliwe, bo dzięki takim apelom zapanował informacyjny chaos. Kreml, który na początku udawał, że kryzys paliwowy nie istnieje, teraz mówi otwarcie. Oczywiście sytuacja na stacjach budzi niepokój ludzi. By ustabilizować sytuację, rząd podejmuje dodatkowe działania. Wprowadzono zakaz eksportu oleju napędowego, co pozwoli na skierowanie większej ilości dostaw na rynek krajowy. Ale mimo działań, według rosyjskich sondaży zaufanie Rosjan do Putina powoli zaczyna się kruszyć. Kolejka na stacje, komu należy podziękować? Oczywiście Putinowi, dlatego że tej wojny mogło przecież nie być. Tajfun Bavi, wielki jak Francja, panoszy się w Azji, opuścił japońską Okinawę, Filipiny, teraz uderzył w południowo-wschodnie Chiny. Huraganowy wiatr spiętrza morskie fale do 12 metrów, zrywa dachy i zalewa ziemię setkami litrów wody na metr kwadratowy. Odwołano wiele lotów i kursy kolei dużych prędkości. Te nagrania pokazują siłę żywiołu. Tajfun Bavi uderzył porywami wiatru sięgającymi ponad 140 km/h i 10-metrowymi falami, które z łatwością sięgnęłyby 3. piętra w bloku mieszkalnym. To stało się koło północy. Usłyszeliśmy huk, zrywane dachówki i trzask łamanych drzew. Ten tajfun jest ogromny. Widać to na tych zdjęciach satelitarnych. Obszar tajfunu obejmował powierzchnię większą od terytorium Francji. A to jego skutki: setki powyrywanych z korzeniami drzew, osuwiska błota, wylewające rzeki i zalane ulice. Zamknęliśmy drogę. Wypompowujemy 1000 m3 wody na godzinę, ale pada coraz mocniej. Żywioł uderzył najpierw we południowo-wschodnie prowincje Chin i to dwukrotnie. Skutki Tajfunu odczuli też między innymi mieszkańcy Szanghaju. Staraliśmy się zabezpieczyć sklep, ale ostatecznie nic to nie dało. Wiatr zerwał fragment zadaszenia, a woda wlała się do środka. Jeszcze przed uderzeniem żywiołu z zagrożonych terenów około dwóch milionów osób. Od wczoraj przygotowujemy w domu zapasy wody i jedzenia. To, co się wydarzy, może mieć wpływ na najbliższe dni. Wstrzymano ruch promów i zawieszono kursowanie kolei dużych prędkości. Na lokalnych lotniskach odwołano niemal wszystkie połączenia. W jednym z największych na świecie w Szanghaju - 400. Wcześniej ponad 1000 na Tajwanie. Choć żywioł nie uderzył bezpośrednio w wyspę, to przyniósł ulewy. Na północy spadło prawie 800 litrów wody na metr kwadratowy. Boję się, ale ten tajfun nie jest tak dotkliwy w skutkach jak poprzednie. Rannych zostało ponad 130 osób. W ostatnich dniach tajfun siał spustoszenie także w japońskiej prefekturze Okinawa. Najtragiczniejsze skutki, choć nie bezpośrednio, przyniósł na Filipinach. W wyniku gwałtownych osuwisk i powodzi zginęło co najmniej 17 osób. Mają około 1,80 m wzrostu, jakieś 100 kg wagi, ale nie żywej, bo to roboty. W tym gronie humanoid z Polski, bo oto zespól inżynierów i speców od sztucznej inteligencji jedzie do Chin na prestiżowy turniej walk robotów. Są jedynym zespołem z Europy i jedną z polskich wizytówek robotyki w świecie, w którym coraz bardziej wypada się liczyć. To nie jest kadr z filmu "Giganci ze stali". Tylko prestiżowe zawody robotów EngineAI w chińskim Shenzen, do których zakwalifikował się polski zespół. Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jedyną drużyną z Europy, cała reszta jest z Chin. Brave Mind Fighters są trzecim zespołem na świecie. W finale turnieju liczyć się będzie, jak sprawnie i precyzyjnie porusza się ich humanoidalny robot. Dlatego uczą swoją maszynę m.in. układów inspirowanych filmowymi walkami robotów. My tu jesteśmy pewnego rodzaju pionierami, więc jest to dla mnie magiczne uczucie, kiedy film science-fiction staje się rzeczywistością. Za każdym ruchem robota stoją setki godzin pracy, nagrań, zapisanych linijek kodu i symulacji. Dopiero wtedy robot może wykonać je w rzeczywistości. Najpierw nagrywaliśmy kaskadera, później przerabialiśmy jego ruchy na dane cyfrowe. Następnie na podstawie tych danych cyfrowych uczyliśmy tych ruchów robota. Zespół koduje w Polsce, a robot odpowiada ruchem na drugim końcu świata. Cały proces odbywa się zdalnie, pracujemy, bo łączmy się z komputerem w Japonii, gdzie zyskujemy moc obliczeniową i tam dokonujemy tak zwanego treningu. Brave Mind Fighters pokazują, że polskie zespoły potrafią łączyć sztuczną inteligencję, robotykę, symulacje i pracę z prawdziwą maszyną. Ten sukces był możliwy tylko dzięki połączeniu wiedzy z wielu różnych dziedzin. Robotyka humanoidalna w istocie jest z założenia interdyscyplinarna, coraz większy jest ten wpływ na społeczeństwo. A sukces polskiego zespołu może pomóc rozwijać naszą gospodarkę i umiejętności cyfrowe. Bo robotyka zyskuje dziś nową twarz, i to dosłownie. Rynek robotyki jest dziś wart około 50 miliardów dolarów. W ciągu najbliższych 4 lat jego wartość ma się co najmniej podwoić. Im szerzej roboty wchodzą do naszego życia, tym więcej wyzwań stoi przed ich twórcami. W przyszłości istotna będzie możliwość komunikowania się z robotem oraz odczytywania przez ludzi informacji z jego mimiki, na przykład rozpoznawania uśmiechu, by wiedzieć, czy maszyna jest zadowolona, czy nie. Roboty już dziś wychodzą z laboratoriów na boiska. Grają w piłkę podczas własnych zawodów, a na mundialu jeden z nich wniósł piłkę przed meczem. Zawsze postrzegaliśmy ludzkie umiejętności jako źródło motywacji i wyzwanie, by przesuwać granice tego, co potrafią robić roboty. I choć możemy się obawiać, że kiedyś nas zastąpią, warto pamiętać, że za każdym sukcesem robota cały czas stoją jednak ludzie. Kacper Opiela to rowerzysta, ale to nie jest najlepsze słowo, bo nie pasuje skalą. Kiedy ostatnio pan Oskar wsiadł na rower, to przejechał 33 tys. kilometrów. 18 krajów, nie zawsze na rowerze, bo ląd czasem się kończył, ale uparcie do przodu. Po drodze woda, dżungla, pustynia, a co przeżył i co widział? Planował dotrzeć do Patagonii. Skończył w Rio de Janeiro. Dwa kontynenty, 18 krajów i 33 tys. kilometrów. Kacper Opiela wrócił do domu po 4 latach podróży, podczas której kilka razy kończyła się droga, ale nie pomysły, jak ruszyć dalej. Ciągnie mnie do świata. Pomimo że teraz na pewno będę cieszył się przez najbliższe tygodnie tą rutyną, to znam siebie. Rowerową wyprawę rozpoczął na Alasce. Miał 3000 funtów i plan, by dotrzeć na południowy kraniec Ameryki. Wiózł ze sobą namiot, ubrania i zapasy. Dom na dwóch kołach. Kiedy rozmawialiśmy dwa lata temu, był już po przeprawie przez oddzielającą Panamę od Kolumbii dżunglę Darien, nazywaną "jądrem ciemności". Rower musiał tam zamienić na kajak. Najtrudniejszy jak dotąd etap, jakim była przeprawa z Panamy do Kolumbii, wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego - 420 km. Jako pierwszy Polak pokonał tę trasę kajakiem. Wtedy większość wyprawy wciąż była przed nim. Przejazd przez Peru taki najbardziej wymagający fizycznie. Jazda na wysokości 4500 metrów, a nawet powyżej 5000, to było coś zupełnie dla mnie nowego. Na jednym z ostatnich etapów podróży dołączył do niego Marcin. Razem przejechali z Santiago do Patagonii. Silny wiatr, palące słońce, zmiana pogody, dużo zmian wysokości. Bardzo trudne warunki. Z Patagonii Kacper przedostał się na Falklandy, a stamtąd jachtem "SELMA EXPedtitions" dopłynął do Brazylii. Do Rio zostało mu 1700 kilometrów rowerem. W takiej podróży trzeba poznać nie tylko drogę, lecz także miejscowe zwyczaje. Jak mówi Ewa Chojnowska, autorka projektu "Szpilki w plecaku", niewinny gest w innym kraju może znaczyć coś zupełnie innego. Gestykulacja, pewne słowa, pewne rzeczy, które dla nas wydają się czymś codziennym, niemającym znaczenia, w niektórych krajach może być uważane za coś bardzo niefajnego. Po ponad 1100 dniach Kacper odstawił rower. Teraz czeka go wyzwanie, którego nie można zaznaczyć na mapie. Czuję, że moje życie jest już trochę w innym miejscu. Przez niemal 4 lata codziennie uczył się ruszać dalej. Teraz musi nauczyć się zostawać. Za chwilę Pytanie Dnia. Gościem Macieja Zakrockiego jest Jacek Czaputowicz, były szef MSZ. A o 20:15 w TVP Info "Mazowsze bez kurtyny" - 1. cześć filmu Marcina Antoniewicza o tournee zespołu Mazowsze po USA.