Ostrzeżenia najwyższego stopnia i służby w stanie najwyższej gotowości. Pogodowe alerty to jest temat dnia i od niego zaczynamy "19:30" w piątek. Joanna Dunikowska-Paź, zapraszam. Na falę opadów szykują się przede wszystkim mieszkańcy regionów położonych wzdłuż naszej południowo-zachodniej i południowej granicy. Niż genueński Boris kreśli czerwone punkty na mapie i oznacza zagrożenie nawalnymi deszczami, podtopieniami, a nawet powodziami. Łączymy się z naszymi reporterami. We Wrocławiu jest Tomasz Mildyn. Z kolei w Odolanowie, w Wielkopolsce, sytuacji przygląda się Marcin Wojciechowski. Zaczniemy od Wrocławia. Tomku, dziś premier w urzędzie wojewódzkim odebrał raport od służb. Powiedz, co usłyszał i jak sytuacja zmieniła się w ciągu ostatnich godzin? Wysłuchałem całej konferencji. służby wojewódzkie zapewniały, że są gotowe na przyjęcie ulewnych deszczy. Infrastruktura w ostatnich latach zmieniła się znacznie. Jesteśmy gotowi nawet na tak nawalne deszcze. Możemy spodziewać się lokalnych podtopień, ale zdaniem wojewody dolnośląskiego nie grozi nam powtórka z 2010 czy 1997 roku. Ale wszyscy zgodnie mówią, że kluczowe będzie to, co będzie działo się w ciągu najbliższych kilku godzin Wczesnym rankiem we Wrocławiu premier i minister spraw wewnętrznych spotkali się z przedstawicielami służb i wojewodami z zagrożonych terenów. Wnioski po posiedzeniu sztabu kryzysowego... Nie ma dzisiaj powodu do paniki, ale jest powód, żeby być w pełni zmobilizowanym, aby w tych miejscach, gdzie może wystąpić jakiś dramat, wszyscy mogli liczyć na możliwie szybką i skuteczną pomoc. Bo prognozy dotyczące skali ulewnych deszczy są bardziej optymistyczne niż jeszcze 2 dni temu, ale ostrzeżenie III stopnia obowiązuje nadal i w skali lokalnej zagrożenie jest ciągle aktualne. Pewne cieki wodne, zwłaszcza w górach, powodzie błyskawiczne - z tym wszystkim musimy się liczyć, więc apeluję tutaj o pełną uwagę. Podobny apel znaleźć można także w mediach społecznościowych Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Przez weekend lepiej też nie zbliżać się do koryt wezbranych rzek, pamiętać o naładowanym telefonie, a w razie konieczności mieć przygotowane dokumenty i rzeczy przydatne do przetrwania kilku dni poza domem. W związku z padającym nieprzerwanie deszczem przewidywane są wzrosty poziomów rzek. Dolny Śląsk, Opolskie - najwięcej. Kotlina Kłodzka tu wydaje się najbardziej narażona. Służby uspokajają jednak: powódź na tak wielką skalę jak w 1997 roku na tę chwilę nam nie grozi. Te zabezpieczenia, te koryta, które są w tej chwili, powinny wytrzymać. A co ważne, wszystkie zbiorniki naprawdę mogą przyjąć każdą przewidywaną dotychczas falę powodziową. W pełnej gotowości jest straż pożarna, która ma duże doświadczenie po poprzednich powodziach w 1997 czy 2010 roku, ale dziś dysponuje dużo lepszym sprzętem. W gotowości są i policja, i żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej. Oprócz tego są w gotowości inne rodzaje wojsk. Szczególnie wojska lądowe, saperzy. Są przygotowane śmigłowce, transportery pływające, łodzie i obsługa wojskowa potrzebna do ewakuacji czy do zabezpieczania wałów, do działań również inżynieryjnych. We Wrocławiu nieprzerwanie od dwóch dni w trybie nadzwyczajnym pracują także służby miejskie. Koło stu zgłoszeń w ciągu doby, dziś do godziny 11.00 było 50 zgłoszeń, telefon ciągle dzwoni, mieszkańcy zgłaszają różnego rodzaju lokalizacje. Teraz wiele zależy od tego, jak bardzo będzie padać w najbliższych godzinach. W Wielkopolskim Odolanowie alarm przeciwpowodziowy został wprowadzony na terenie całej gminy, a czerwony punkt na mapie to przede wszystkim osiedle Śródmieście, gdzie jest duże ryzyko zalania. Łączymy się z Marcinem Wojciechowskim. Jak sytuacja wygląda teraz? Mieszkańcy i władze Odolanowa z niepokojem spoglądają na stan rzeki Barycz. Podniósł się minionej doby o 20 cm i przekroczył stan alarmowy. Przed budynkiem OSP wydawane są worki z piaskiem. Trafiają do mieszkańców. Wydano już kilka tysięcy tych worków. Dobra informacja jest taka, że prognozy są zdecydowanie bardziej optymistyczne niż kilka dni temu. Nad Odolanowem wciąż wiszą ciężkie chmury, ale nie ma ulewy. Siąpi delikatny deszcz. Sytuacja tak ma wyglądać do końca weekendu. Władze miasta jednak dmuchają na zimne. Zaplanowały ewentualną ewakuację. Jako bezpieczną lokalizację wyznaczyły liceum, które jest najwyżej położonym tutaj miejscem. Mops przygotował też sposób ewakuacji osób z niepełnosprawnościami i starszych. Marcin Wojciechowski, bardzo dziękuję. Groźny niż znad Zatoki Genueńskiej stawia służby i mieszkańców w stanie najwyższej gotowości i - jak się okazuje - odpowiada za większość powodzi w Europie Środkowej. Tym razem strefa opadów rozciągającą się od Włoch, przez Austrię i Czechy, po zachodnią Polskę. I właśnie u naszych południowych sąsiadów sytuacja jest wyjątkowo groźna. Przed oczami wciąż mają obrazy sprzed 20 lat. Dlatego Czesi przygotowują się na najgorsze. W większości kraju obowiązuje najwyższy stopień zagrożenia powodziowego. Przypomina to sytuację z 2002 roku, kiedy wystąpiły dwie fale ekstremalnych opadów deszczu i dopiero druga okazała się śmiercionośna. Intensywne opady deszczu prognozowane są aż do poniedziałku. Niemal w całym kraju, z Pragą włącznie. Dziś w obawie przed powodzią władze stolicy zamknęły na kanale stalowe wrota o grubości jednego metra. W Jesionikach, przy granicy z Polską, może spaść nawet 400 mm deszczu, czyli tyle, ile podczas najtragiczniejszej powodzi z 1997 roku. Dane, jakie posiadamy, nie pozwalają dokładnie przewidzieć, jak poważne będą konsekwencje. Wierzymy, że sytuacja nie będzie tak dramatyczna, jednak musimy być przygotowani na najgorsze scenariusze. Czesi rozpoczęli również spuszczanie wody ze zbiorników retencyjnych, które teraz mogą przyjąć nawet 100 mln m3 wody. Zrobili to mimo prośby Niemców, którzy obawiają się piętrzenia spływającej z Czech wody na Łabie i problemów z naprawą zawalonego mostu w Dreźnie. Tu - w Saksonii - także prognozowane są duże ulewy. Pod wodą już znajduje się Słowenia. Na tym nagraniu widać, jak w ciągu kilku godzin stan rzeki Reka w południowo-zachodniej części kraju podniósł się o kilka metrów. W sąsiedniej Austrii opady deszczu mogą spowodować wzrost poziomu Dunaju nawet do 10-letniego maksimum. A historyczne rekordy opadów z września w niektórych rejonach zostaną przekroczone w ciągu zaledwie kilku dni. Poziomy krytyczne w rzekach nie powinny jednak zostać osiągnięte. W gotowości również słowackie służby. Sytuacja pogarsza się w szczególności w regionie Bratysławy. Wydaliśmy rozkaz postawienia żołnierzy w stan gotowości, a także przygotowania specjalnego sprzętu do natychmiastowego rozmieszczenia. Sprawcą niezwykle groźnej sytuacji pogodowej w Europie jest niż, który dwa dni temu utworzył się w rejonie włoskiej Genui. To tam powstają jedne z najbardziej niebezpiecznych układów pogodowych na naszym kontynencie. I wielokrotnie przyczyniały się do wielkich powodzi. Oglądają państwo "19:30" w piątek. Za chwilę zarzuty i konfrontacje Ryszarda Czarneckiego, a potem także... Olimpijczycy bez nagród? PKOl musi, powinien już wypłacić naszym olimpijczykom nagrody, które obiecał, a wiele wskazuje, że na to nie ma pieniędzy. Wolałbym, żeby sport jednak pozostał na marginesie tej polsko-polskiej wojenki. Polski minister w Kijowie. Apelujemy, prosimy, aby nie robić na tym polityki. Mamy wystarczająco woli politycznej, aby rozwiązywać wszelkie skomplikowane kwestie. W szufladach archiwum. Wystarczy wejść na naszą stronę i wpisać nazwisko. Żeby historie tych ludzi nie poszły w zapomnienie. Ryszard Czarnecki z zarzutami i partyjnym zawieszeniem. Były europoseł PiS i jego żona usłyszeli prokuratorskie zarzuty korupcyjne, polityk miał powoływać się na wpływy w instytucjach publicznych. Obojgu grozi kara do 10 lat więzienia, oboje nie przyznają się do winy. A Anna Łubian-Halicka pyta, czy partia, zawieszając Ryszarda Czarneckiego, przyznaje, że coraz dłuższa lista zarzutów jest coraz większym problemem? Dziękuję bardzo, do widzenia. Tuż przed 22.00 Ryszard Czarnecki wyszedł na wolność. Prokuratura nie wnioskowała o jego tymczasowe aresztowanie. Wystarczyło 150 tys. zł poręczenia majątkowego. Na wolność po wpłaceniu 50 tys. zł wyszła też żona polityka - Emilia H. Grozi im kara do 10 lat pozbawienia wolności. Prokuratura postawiła Ryszardowi Czarneckiemu i jego żonie zarzuty dotyczące korupcji i prania brudnych pieniędzy. Chodzi o działalność na rzecz Collegium Humanum - uczelni, która według śledczych produkowała dyplomy MBA, uprawniające do zasiadania w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Ta działalność miała polegać na powoływaniu się wobec rektora Collegium Humanum na posiadane wpływy w ministerstwie i zobowiązywanie się do załatwienia spraw w urzędach państwowych, Władze Collegium Humanum w zamian miały fikcyjnie zatrudnić żonę Ryszarda Czarneckiego, a także przyznać jej stypendium naukowe. Według śledczych Emilia H. w ten sposób otrzymała ponad 92 tys. zł. Ja mam taką zasadę, że w czwartek się nie wypowiadam na temat wymiaru sprawiedliwości. - Jaki mamy dzisiaj dzień? - Czwartek. A to pech, a to pech, dziękuję bardzo. To brzmi troszeczkę jak kpina. Dziś polityk był już bardziej rozmowny. Ryszard Czarnecki przez 4 kadencje zasiadał w Parlamencie Europejskim. Z PiS związany jest od 16 lat. Wczoraj po południu władze partii zawiesiły go w prawach członka. Ze względu na wyjaśnienie sprawy czekamy na wyjaśnienie sprawy, to jest standard w PiS, takie właśnie działanie. A co z Wąsikiem, co z Kamińskim, co z Obajtkiem, co Mejzą, co z Macierewiczem, a co właściwie z każdym, kogo mógłbym wymienić z tych pierwszych rzędów? Nie mogę kontrolować wszystkich - mówi dziś Jarosław Kaczyński. Jeśli uważa pani, że mam kwalifikacje Ducha Świętego, to mnie pani przecenia. W przypadku Ryszarda Czarneckiego takie kwalifikacje nie były potrzebne. O jego współpracy z podejrzaną uczelnią "Newsweek" informował już kilka miesięcy temu. Od kilku lat było wiadomo, że Ryszard Czarnecki wyłudza tzw. kilometrówki, wykazując w dokumentach, że do Brukseli dojeżdża m.in. ciągnikiem siodłowym i skuterem. W tej kolekcji, którą pan Czarnecki wykazywał, brakuje już tylko sanek i bobsleja. Mimo to Jarosław Kaczyński stał murem za Ryszardem Czarneckim. To słowa z maja tego roku. Z całego serca popieram Ryszarda Czarneckiego. Dziś prezes PiS odcina się od byłego europosła i takich wspólnych zdjęć. Ja się na co dzień takimi rzeczami nie interesuję. Wiem, że był bardzo czynny, bardzo dużo jeździł po świecie, a głównie dużo jadł. Chyba prezes przekalkulował, że koszty dla niego i dla partii były zbyt duże, i zaczął się odcinać. Ryszard Czarnecki nie ma sobie nic do zarzucenia i planuje kolejne zagraniczne podróże. Ministerstwo Sportu jak Polski Komitet Olimpijski? Zdaniem ministra Sławomira Nitrasa w resorcie za rządów PiS organizowano fikcyjne konkursy, nie przestrzegając reguł. W "Pytaniu dnia" w TVP Info minister mówił także o kolejnych problemach PKOl-u, m.in. z wypłatą nagród dla naszych olimpijczyków. Polski Komitet Olimpijski - to stąd powinny popłynąć pieniądze dla polskich medalistów z Paryża. Po miesiącu od zakończenia igrzysk nagród nie ma. Problemem jest to, że PKOl musi, a raczej powinien, już wypłacić naszym olimpijczykom nagrody, a wiele wskazuje na to, że nie ma pieniędzy. Nie ma, bo co? Ktoś zdefraudował? To jest dobre pytanie. Minister nie wie, bo od wielu miesięcy współpracy na linii minister sportu - prezes PKOL-u nie ma. Wciąż też nie wiadomo, ile dokładnie zarabia prezes Radosław Piesiewicz. Nieoficjalnie 100 tys. zł, choć w historii komitetu żaden prezes nie otrzymywał wynagrodzenia. Do tego dochodzą sponsorzy, którzy rozwiązali umowę z Polskim Komitetem Olimpijskim. To PKP Intercity, Krajowa Grupa Spożywcza, Enea, Tauron. Przelewy wstrzymał także Orlen. Wygląda to, jakby PKOl miał coś do ukrycia. Pieniądze obiecane dla sportowców muszą się znaleźć, bez względu na to, co się w PKOl wydarzy. Pan prezes Piesiewicz tak się dogadał i zabetonował przez lata działaczami związkowymi, że wydawało mu się, że ten układ będzie trwał, nie wydawało mu się rozsądne rozliczać się przed opinią publiczną. Piesiewicz jest także prezesem Polskiego Związku Koszykówki, gdzie Krajowa Administracja Skarbowa prowadzi teraz audyt. Kontrolę skarbówka prowadzi w tym budynku. Wyniki mają odpowiedzieć choćby na pytanie, co z pieniędzmi ze spółek Skarbu Państwa. PKOl otrzymał od nich 90 mln zł. Pieniądze miały trafić do sportowców. Do związków, według Ministerstwa Sportu, trafiło zaledwie 20%. Co się stało z resztą? Zaczynamy się sami zastanawiać, dopytywać, jak to jest, że do naszych związków prawdopodobnie popłynęły środki dużo, dużo mniejsze, niż otrzymał PKOl. Gdzie są te środki? Chciałbym też to wiedzieć. Konkursy były totalną fikcją. A to już zarzuty kierowane w stronę byłego już ministra sportu - Kamila Bortniczuka, który zdaniem Sławomira Nitrasa w czasach rządów PiS miał wskazywać, kto ma wygrywać konkursy. Tam nie było żadnych zasad, reguł. Dostawali koledzy, znajomych kolegów, ci, którym politycznie się opłacało dać. Tak funkcjonowało Ministerstwo Sportu za PiS-u. W tej sprawie NIK po swojej kontroli w Ministerstwie Sportu złożyła zawiadomienie o podejrzeniu popełniania przestępstwa przez byłego ministra. Poza jednym urzędnikiem, czyli dyrektorem departamentu, żaden urzędnik ze mną nie rozmawiał w tej sprawie. Wszystko, co mówi na temat moich poleceń, jest kłamstwem. A dyrektorowi pan kazał? Ja dyrektorowi nie kazałem, on przyniósł listę 8 projektów na moje polecenie wyselekcjonowania projektów, które spełniają założenia priorytetowe. We wtorek odbędzie się posiedzenie zarządu PKOl. Wtedy prezes Piesiewicz ma przedstawić dokumenty w sprawie kosztów działalności Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Sejm zakończył prace nad nową ustawą o Trybunale Konstytucyjnym. Teraz ruch należy do prezydenta. Marszałek Sejmu Szymon Hołownia zaapelował do Andrzeja Dudy o podpisanie ustawy. Stąd mój apel do pana prezydenta o to, żeby tę ustawę podpisać. Po to jest ręka wyciągnięta w kierunku prezydenta przez parlament, w tym kierunku, żebyśmy wspólnie rozwiązali kryzys wokół TK. Ta ustawa zakłada udział opozycji w procesie uzdrawiania tego, co zostało zepsute. Nowa ustawa zakłada, że sędziowie Trybunału będą wybierani przez Sejm większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. W 4-letnim okresie poprzedzającym wybór nie mogą sprawować mandatu posła, senatora lub posła do Parlamentu Europejskiego, być członkiem Rady Ministrów ani partii politycznych. Nowe przepisy uchylają wyroki Trybunału przyjęte przez sędziów dublerów. Skracają także kadencję prezesa Trybunału do 3 lat. Szef polskiej dyplomacji z wizytą w Ukrainie, a na agendzie m.in. spotkanie z tamtejszym nowym ministrem spraw zagranicznych. To dobra okazja, by trudne rozmowy o historii zacząć na nowo. W wywiadzie dla francuskiego "Le Monde" Radosław Sikorski ostrzega, że jeśli Ukraińcy nie znajdą rozwiązań, sięgniemy po poważniejsze środki. I jak na dyplomację, to mocne ostrzeżenie. To pierwsze spotkanie szefa polskiej dyplomacji z nowym ministrem spraw zagranicznych Ukrainy. Andrij Sybiha w minionym tygodniu zastąpił Dmytra Kułebę. Politycy złożyli kwiaty przed ścianą pamięci poległych ukraińskich żołnierzy walczących z rosyjskim najeźdźcą. W czasie konferencji mówili o tym, co łączy, ale i co dzieli. W tym o Wołyniu. Apelujemy, prosimy, aby nie robić na tym polityki. Aby ofiary zbrodni mogły uzyskać chrześcijański pochówek. Mamy wystarczająco dużo woli politycznej i nawyków dyplomatycznych, aby rozwiązywać wszelkie skomplikowane kwestie w naszych relacjach. To inny ton niż ten w czasie niedawnego Campusu Polska Przyszłości, kiedy o sprawę ekshumacji ofiar Wołynia zapytano Dmytra Kułebę. Zdaje sobie pani sprawę, czym była operacja "Wisła", i wie pani, że ci wszyscy Ukraińcy zostali przymusowo wygnani z terytoriów ukraińskich, żeby zamieszkać m.in. w Olsztynie? Powojenna Akcja "Wisła" polegała na przymusowym przesiedleniu Ukraińców z południowo-wschodniej Polski na ziemie odzyskane. Andrij Sybiha lepiej orientuje się w nastrojach panujących w Polsce, zna język polski, to właśnie po polsku rozmawiają tu ministrowie Ukrainy i Polski. Przed nami zapewne ocieplenie stosunków polsko-ukraińskich. A tym samym ekshumacja ofiar na Wołyniu stanie się znów tematem rozmów. Na to liczy polska strona. Szczątki tych ludzi domagają się chrześcijańskiego pochówku. To jest obowiązek, a nie kwestia polityczna. Historycy szacują, że w 1943 roku na Wołyniu z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło 100 tys. polskich cywilów i w odwecie 2-3 tys. Ukraińców. O ile dla Polaków jest to rzeczywiście nieprzepracowana, niezakończona trauma historyczna, o tyle dla większości obywateli Ukrainy ten temat jest praktycznie nieznany. W wywiadzie dla francuskiego "Le Monde" Radosław Sikorski zaapelował do Ukraińców. Ukraina nie wejdzie do UE, dopóki sprawa Wołynia nie zostanie wyjaśniona pod względem ekshumacji i upamiętnienia. I tu mimo partyjnych różnic polski głos brzmi zgodnie. Ja sobie nie wyobrażam, żeby Ukraina była w UE, jeśli ta sprawa nie zostanie rozwiązana, jeśli ekshumacje nie ruszą. Ja myślę, że do tego czasu będziemy mieli tę sprawę rozwiązaną. Na ten argument niedawno wskazywał w wywiadzie dla TVP szef MSZ. To Polska będzie decydowała o zamykaniu kolejnych rozdziałów negocjacji Ukrainy z UE, więc lepiej, żeby Ukraina załatwiła tę sprawę jak najszybciej w duchu wdzięczności Polsce za to, co dzisiaj dla niej robimy. Dziś w Kijowie Radosław Sikorski zapowiedział, że rząd rozważa przekazanie kolejnego sprzętu wojskowego, w tym samolotów MIG-29. I powtórzył... Ukraina ma prawo do używania zachodniej broni, żeby zapobiec zbrodniom wojennym. Wczoraj we Lwowie potwierdził, że Polska odbuduje jedną ze lwowskich kamienic... W solidarności z bohatersko walczącą Ukrainą. ...zniszczonych przez Rosjan w ataku z 4 września. Nie żyje prof. Zbigniew Lew-Starowicz. Polski seksuolog, psychiatra i psychoterapeuta. Zmarł po długiej chorobie. Miał 80 lat. Prof. Zbigniew Lew-Starowicz był jednym z najbardziej znanych polskich seksuologów, a także wieloletnim konsultantem krajowym z zakresu seksuologii. Autor artykułów, książek i programów telewizyjnych. "Był nie tylko ekspertem w swojej dziedzinie, ale również nauczycielem i mentorem dla wielu pokoleń, a jego praca naukowa miała ogromny wpływ na rozwój seksuologii" - podkreśliła rodzina w pożegnalnym wpisie w mediach społecznościowych. Jak przeprowadzić ratunkowe cięcie cesarskie, reanimując matkę i noworodka? Jak poradzić sobie z poparzonym dzieckiem, kiedy rodzice panikują? Jak zatrzymać krwotok z urwanej kończyny? Medycy z Lotniczego Pogotowia Ratunkowego ćwiczą najtrudniejsze sytuacje, które mogą się wydarzyć, jeszcze zanim wystartują z pacjentem. Wszystko po to, by - gdy faktycznie dojdzie do takiej sytuacji - zachować zimną krew i skutecznie ratować życie. To jedno z najtrudniejszych zdarzeń, z którymi może się spotkać załoga pogotowia lotniczego. Reanimacja kobiety w ciąży i ratunkowe cięcie cesarskie. Wszystko w ciasnym wnętrzu karetki i bez przygotowania. Sytuacje jak w życiu. Kiedy się zdarzają, musimy wykonać 100% tego, co jest do wykonania, czyli musimy uratować życie matki i dziecka. Poparzone dziecko, któremu trzeba pomóc medycznie i psychologicznie. Ale jesteś dzielna! W tej sytuacji chodzi nie tylko o zatamowanie silnego krwotoku po odcięciu nogi. Ważne jest też to, co czuje pacjent. Silny ból, silne pobudzenie. Tu jednym z kluczowych zadań jest podanie leków uspokajających. Do psychiatryka z nią! Niech cię zamkną! Nastolatka po próbie samobójczej i agresywny ojciec. Lotnicze zespoły muszą umieć poradzić sobie także z emocjami rodziny. Odpowiednia komunikacja, odpowiednie zachowanie, nawet postura ciała czy komunikacja niewerbalna powodują, że ta współpraca z rodziną jest po prostu lepsza. Każda z procedur - ćwiczona i omawiana, bo sprzęt i wiedza medyczna wciąż idą naprzód. To zarówno najczęstsze sytuacje podczas naszych zadań, jak również rzadkie, ale trudne pod względem technicznym do wykonania. Szkolenia obowiązkowe co 2 lata dla członków załóg wszystkich 22 baz Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Wiele z tych sytuacji zdarza się bardzo rzadko, ale tu liczy się czas i dlatego tak ważne jest, żeby mieć wypracowane schematy. Akcje ratunkowe pogotowia lotniczego to ciągle nowe wyzwania, które wymagają wiedzy i refleksu. Dlatego ćwiczenia muszą być coraz trudniejsze. Setki przedmiotów, które Niemcy odebrali Polkom i Polakom wywiezionym do niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych czekają w szufladach archiwum w Bad Arolsen na zwrócenie ich krewnym ofiar. Można je zobaczyć na stronach internetowych archiwum. Już jutro wspólnie z Arolsen Archives i "Deutsche Welle" Teleexpress rusza z cotygodniowym cyklem. W każdą sobotę poszukiwane będą osoby, do których powinny trafić. Razem z przedmiotami wrócą do nich historie ostatnich dni życia ich bliskich. To jest papierośnica zrobiona dla niego prawdopodobnie w jakąś rocznicę, z podpisami różnych osób, z grawerem i butelką szampana. Za każdym z tych przedmiotów kryje się historia człowieka. Te należały do Antoniego Żydoka. Niemcy odebrali mu je po tym, jak przywieźli go do obozu koncentracyjnego Neuengamme koło Hamburga. Z obozu nie wyszedł. Zmarł pół roku przed końcem wojny. Ponad 300 polskich pamiątek udało się już zwrócić krewnym ofiar. Pracownicy archiwum wciąż szukają bliskich 600 Polek i Polaków. Kobieta, która miała przy sobie medalik Matki Boskiej i korale. Dlatego wspólną akcją "Skradzione historie" w Teleexpressie i na kanałach społecznościowych "Deutsche Welle" przyłączamy się do tego apelu archiwum w Bad Arolsen. Pomagajcie nam w odnalezieniu rodzin, żeby historie tych ludzi nie poszły w zapomnienie i żeby przede wszystkim nasze polskie pamiątki nie skończyły w szufladach archiwum. Założyli je alianci. Wybrali Bad Arolsen, bo z każdej z czterech stref okupacyjnych łatwo było tu dotrzeć. To największe na świecie archiwum poświęcone losom więźniów niemieckich obozów zagłady, robotników przymusowych. W archiwum Arolsen są miliony dokumentów, segregatorów, 17 mln nazwisk, ale tylko o 3 mln z nich kiedykolwiek ktoś pytał. Często nikt z rodziny, kto mógłby zapytać, nie żył, a czasem więźniowie, którzy przeżyli, nie chcieli o tym rozmawiać. Chcieli zapomnieć. Polska jest drugim po Niemczech krajem, z którego do archiwum trafia najwięcej zapytań. W ubiegłym roku spośród 20 tys. ponad 3 tys. przyszło z Polski. Mamy gigantyczne archiwum online, w którym bez wychodzenia z domu można znaleźć ponad 40 mln dokumentów. To bardzo łatwe, wystarczy wejść na naszą stronę i wpisać nazwisko. Pozwala też zobaczyć przedmioty, które czekają na powrót: wieczne pióra, pierścionki, wisiorki czy zegarki, na których czas się zatrzymał. Kiedy przekazywałam już bezpośrednio pamiątki rodzinom, już po przekazaniu tego rodzina nakręcała zegarek i te zegarki zaczynały chodzić. Krótko po naszej rozmowie te rzeczy trafiły do rodziny Antoniego Żydoka w Polsce. Na koniec naszego spotkania jeszcze zaproszenie na "Pytanie dnia". Gościem Doroty Wysockiej-Schnepf będzie europoseł KO Bartłomiej Sienkiewicz. Spokojnego wieczoru, do zobaczenia.