Droga opozycji - premier ostrzega przed kursem prawicy na polexit. Punkt zapalny - prezydent USA obiecuje odblokowanie cieśniny Ormuz. Mało nas - Polacy nie kwapią się do pracy w instytucjach unijnych. Zbigniew Łuczyński, dobry wieczór. Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego do ustawy dotyczącej unijnych pożyczek na obronność SAFE wywołuje ostre reakcje. Premier Donald Tusk w naszym studiu mówi wprost: to jawny kurs antyeuropejski, histeria antyniemiecka. Chociaż rząd wprowadza plan B, bo pieniądze na nasze wspólne bezpieczeństwo popłyną, to warto zwrócić uwagę na kurs, jaki obiera opozycja. To jest bardzo niebezpieczna sytuacja. Tak w studiu TVP prezydenckie weto w sprawie ustawy SAFE komentuje premier. To, co dzieje się w tej chwili z prezydentem Nawrockim, prezesem Kaczyńskim i całą resztą, i Konfederacjami po prawej stronie, to jest jawny już kurs antyeuropejski, histeria antyniemiecka. A w internetowym wpisie dodaje: "wszystkie maski opadły". W skrócie: prawica obiera antyunijny kurs. Nie chce miliardów z Brukseli na polską obronność, nie chce też silniejszej Unii i wspólnej odpowiedzi Europy na zagrożenia. Ci, którzy mówią, że to wstęp do polexitu, do wyjścia Polski z UE, mają niestety coraz więcej racji. Jego słowa są absolutnie niepoważne i głupie. Odpowiada PiS, ale tu wystarczy przypomnieć, jakie podejście do UE ma PiS. Niemcy chcą nam zabrać państwo. Francuzi razem z nimi, nie wiem dlaczego. Jak i sam Karol Nawrocki. Część polskich polityków gotowa jest do tego, aby po kawałku oddawać polską wolność, niepodległość i suwerenność UE. Jak widać, antyunijny kurs nie pojawił się wczoraj. On postępuje. Jeżeli nie w UE, no to trzeba iść na wschód, tak chce Braun, tak chce Mentzen, tak chce Czarnek, no i w tę grę gra Karol Nawrocki. Wspomnianych polityków oprócz antyunijnej narracji łączy jeszcze jedno - niechęć wobec walczącej Ukrainy. To kampanijna wypowiedź Karola Nawrockiego. Z tym wszystkim w pomocy dla Ukrainy poszliśmy za daleko. Będę dążył do tego, by Ukraina nas zaczęła traktować jak partnera, a nie jak podwykonawcę. Takie wypowiedzi cieszą, ale Putina - słyszymy. Ja nie wiem, czy prezydent Nawrocki z koniem na łby się pozamieniał, ale na pewno dzisiaj Putin na Kremlu otwiera szampana. Czy pan poseł jest za wyjściem z UE czy nie? Nie ma czegoś takiego jak polexit. Czyli wyjść z Unii przynajmniej oficjalnie PiS nie chce, ale chce Wspólnoty na swoich warunkach. Jesteśmy z tego dumni, ale to nie oznacza, że ktokolwiek będzie nas szantażował głupim, niekorzystnym i zwalczającym polską suwerenność rozwiązaniem, jakim jest SAFE. To weto pokazuje bardzo wyraźnie, że po pierwsze oszukują ludzi, także swoich wyborców, mówiąc: my tam w Unii byśmy zostali, ale w zupełnie innej Unii. To jest dokładnie to, na co czeka Putin, na co czeka Rosja, na co czekają ci w Europie, którzy chcą rozwalić UE. Do tego prezydent i jego otoczenie posługują się nieprawdą. To jeden z argumentów prezydenta, by zatrzymać SAFE. O tych pieniądzach, o naszym bezpieczeństwie nie będą decydowały wyłącznie polskie władze. Bezpieczeństwo Polski nie może zależeć od obcych decyzji. Nie, Bruksela przyjęła tylko do wiadomości, jakie projekty Polska wybrała, jakie projekty wybrali i zdecydowali o nich polscy wojskowi. Polscy żołnierze, a nie niemieccy czy europejscy politycy. Narracja w sprawie pieniędzy z unijnych funduszy na bezpieczeństwo i unowocześnienie armii zmieniała się wraz z upływem miesięcy, tygodni i ostatnich dni. A 180 miliardów stało się powodem weta i zmiany o 180 stopni podejścia polityków opozycji, wbrew sondażom i potrzebom. O tym, jak zmieniał się ton w sprawie SAFE, kto go narzucił i kto zmienił podejście prezydenta. To nie prezydent, ale właśnie ten polityk w ocenie premiera ustawił dziś oś sporu wokół programu SAFE. Poprowadził jak za rączkę prezydenta Nawrockiego do zawetowania wielkiego projektu. Karol Nawrocki jednym ruchem odrzucił unijne miliardy, a konkretnie 180. I zrobił to wbrew większości Polaków - to tylko jeden z wielu jednoznacznych sondaży. Przy podejmowaniu decyzji prezydent nie wziął pod uwagę też tego głosu najważniejszego dowódcy w polskim wojsku. Czy zna pan jakiegoś wojskowego, który otwartym tekstem mówi: "nie dla SAFE"? Nie znam... No właśnie. Co, a może jednak kto, w takim razie stał za decyzją prezydenta? Panie premierze, jeżeli chodzi o decyzję pana prezydenta, to była suwerenna, czy jednak z PiS ustalana? Czy pani nie rozumie, że się spieszę? Wiceprezes PiS-u się spieszy. A rządzący nie mają wątpliwości - decyzja o wecie to decyzja podyktowana z Nowogrodzkiej. Jarosław Kaczyński nadał ton. Pamiętam nasze rozmowy i spotkania z prezydentem i tam nie było jakichś szczególnych wątpliwości, żeby brać europejskie pieniądze na obronę. Podobnie było z narracją PiS-u. Mariusz Błaszczak jeszcze we wrześniu zgłaszał pomysły, jak pieniądze z SAFE wykorzystać. Żądamy, żeby pieniądze z tego funduszu były przeznaczone na budowę fabryki dronów. Ale kilka miesięcy narracja PiS-u zmieniła się o 180 stopni. Powinien zawetować tę ustawę. PiS wespół z medialnymi przybudówkami rozpoczęli kampanię zohydzającą program SAFE. W której mity i wskrzeszone antyniemieckie demony wyparły fakty i logikę. Polska pod niemieckim butem. Zaskoczył mnie prezes PiS-u, który wybrał najgorszą dla polskiej polityki formę uprawiania. Przecież to prezydent zawetował. Nie. Za tą kwestią stoi chęć sięgnięcia po prawicowego wyborcę, po wyborcę spod skrzydła tego pana. Bo to właśnie Konfederacja od samego początku unijny program SAFE krytykowała. A prezes PiS-u walczy o elektorat Bosaka, Mentzena i Brauna. I to właśnie w tej politycznej rozgrywce rządzący widzą prawdziwe źródło prezydenckiego weta. Przyjął narrację Nowogrodzkiej i ją wypełnił. To pokazuje, że nie jest samodzielny, podmiotowy, że realizuje interesy Kaczyńskiego wbrew polskiemu interesowi. Bo program SAFE to zwiększenie produkcji obronnej w Polsce, podatki, które wracają do polskiego budżetu, generowanie nowych miejsc pracy, wsparcie polskich służb i rozwój infrastruktury cywilno-wojskowej. To nie jest do uratowania? Tu czeka nas bardzo ciężka praca, żeby te pieniądze uratować. W tym ma pomóc plan B, który rząd zaczął wprowadzać już wczoraj. Ataki na Iran nie ustają. Amerykanie, tak jak zapowiadali, wystrzelili na cele irańskie największą jak dotąd liczbę rakiet. Donald Trump obwieszcza sukces, a sekretarz wojny Pete Hegseth wypowiada słowa "żadnych jeńców", które, wpisując się w ostrą retorykę Waszyngtonu, są jedocześnie sprzeczne z międzynarodowym prawem. Dziś 15. dzień wojny na Bliskim Wschodzie. Dwugodzinne nieprzerwane naloty i eksplozje, które według Irańczyków były niczym trzęsienie ziemi. Trafione miały zostać systemy obrony przeciwlotniczej, bunkry, baza morska i lotnisko. W sumie ponad 90 celów. Rozkaz wydał Donald Trump. Na moje polecenie Dowództwo Centralne USA przeprowadziło jeden z najpotężniejszych nalotów bombowych w historii Bliskiego Wschodu i całkowicie zniszczyło wszystkie cele wojskowe na perle Iranu, wyspie Chark. To kluczowy obszar dla irańskiej gospodarki. Bo na tej małej wyspie bije naftowe serce Iranu. Stąd w świat płynie ponad 80% irańskiego surowca. Ale USA infrastrukturę naftową wyspy celowo oszczędziły. Miał to być strzał ostrzegawczy, by Iran nie blokował dłużej cieśniny Ormuz. Ale dla Teheranu to przekroczenie czerwonej linii. Zagroził, że obróci w popiół instalacje energetyczne na Bliskim Wschodzie powiązane z Waszyngtonem. To port Fudżajra w Emiratach - jeden z najważniejszych na świecie dla eksportu ropy. Zapłonął dziś po uderzeniu irańskiego drona. A to zaatakowana ambasada USA w stolicy Iraku, Bagdadzie. Nasza odpowiedź? Będziemy dalej naciskać. Będziemy napierać, posuwać się naprzód. Żadnych jeńców, żadnej litości dla wrogów. Słowa szefa Pentagonu wywołały oburzenie, bo oznaczają odmowę brania jeńców i zabijanie nawet poddających się przeciwników. A to sprzeczne z prawem międzynarodowym. Ale wypowiedź Hegsetha wpisuje się w coraz ostrzejszą retorykę Waszyngtonu wobec Iranu. Szczury. Nowy, niezbyt najwyższy przywódca. I w eskalację działań militarnych. Amerykanie wysyłają na Bliski Wschód dodatkowe siły i ściągają z Japonii ten okręt desantowy wraz z tysiącami żołnierzy. A to może zapowiadać operację lądową. Departament Stanu USA też kusi. Oferuje 10 milionów dolarów nagrody za informacje o irańskich przywódcach, w tym ajatollahu Modżtabie Chameneim. A izraelski Mossad wzywa Irańczyków do pomocy w atakowaniu reżimu. Wojna z Iranem nabiera tempa i wkracza w decydującą fazę, która będzie trwała tak długo, jak będzie to konieczne. Tel Awiw mówi też o unicestwieniu Hezbollah. Już otwarcie grozi Libanowi inwazją lądową i utratą części terytorium kraju. Wojna z Iranem to gorący temat. I właśnie takie sprawy będą przedmiotem nowego polityczno-społecznego talk-show "Zderzenia" z udziałem publiczności, który już dziś o 20:15 startuje na antenie TVP Info. Zapowiada się mocno. W studiu są już gospodarze programu. Stawiamy dzisiaj tezę, że Donald Trump jest krytycznym zagrożeniem dla Polski. Ta teza jest prowokacyjna i dyskusyjna. Taka być powinna. Za albo przeciw w tym studiu stoczą dyskusje zacięci zwolennicy tej tezy, ale także jej ostrze oponenci. Tak ostro są podzieleni Polacy w tej sprawie. Publiczność w studiu też zada pytania naszym gościom i zagłosuje za lub przeciw. Kto kogo dzisiaj przekona, kto pozostanie przy swoim, ile osób zmieni zdanie pod wpływem argumentów? Zaczynamy o 20:15. To jest "19.30", a wśród dzisiejszych wiadomości: Blisko, coraz bliżej dzikich zwierząt. To zostało z owcy. Tu jest druga. To nie jest przeciwskazanie, czy to jest dzień, czy noc, po prostu jest głodny, idzie i szuka pożywienia. Jak się zachować, gdy spotkamy dzikie zwierzę? Trzeba zachować spokój, to nas ratuje. I oczywiście delikatnie się wycofać. Skutki zbrojnego konfliktu na Bliskim Wschodzie odczuje nie tyko sektor paliwowy. W ślad za drożejącą ropą, wyższych cen może spodziewać się także rynek leków. Według ekspertów ceny wzrosną o kilkanaście procent. Czy może nam grozić sytuacja z czasów pandemii COVID-19, gdy wielu leków brakowało, a system dostaw był zachwiany? Więcej osób może umrzeć z braku leków niż z wojny kinetycznej. Pandemia COVID-19 pokazała, jak bardzo polski i europejski przemysł farmaceutyczny są uzależnione od dostaw z Azji i jak szybko może się to przełożyć na dostępność leków. Teraz sytuacja może się powtórzyć. Ponad 80% substancji czynnych, które są w lekach, importujemy z Azji. Karty rozdają tu głównie Chiny i Indie. Zdaniem ekspertów, jeżeli wojna na Bliskim Wschodzie się przedłuży, jej skutki odczuje nie tylko sektor paliwowy. Tak jak widzimy zagrożenia dla łańcuchów dostaw ropy, tak liczymy, że ta sytuacja nie nastąpi, ale możemy się spodziewać zachwiania dostaw leków i substancji czynnych z Azji Południowowschodniej. Problemy mogłyby pojawić się w przypadku eskalacji konfliktu. Oficjalne dane mówią, że dysponujemy zapasem na miesiąc. Krzysztof Kopeć, prezes Krajowych Producentów Leków wskazuje, że już teraz cześć statków wybiera bezpieczniejszą drogę, omijając Kanał Sueski i opływając Afrykę. To wydłuża transport nawet o kilkanaście dni. Kryzys w cieśninie Ormuz i Kanale Sueskim może spowodować za 4-5 tygodni problemy z dostępnością leków w Polsce. Dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego dodaje, że w takich sytuacjach decyduje nie tylko logistyka, ale także interesy polityczne. Chiny są dużym graczem, który ma swoje interesy w tym konflikcie, być może będą chciały sięgnąć po to narzędzie szantażu, jakie daje rynek farmaceutyczny. Główny Inspektorat Farmaceutyczny na bieżąco analizuje sytuacje na rynku i zapewnia, że jest gotowy na różne scenariusze. Możemy nie tylko monitorować, ale też przewidywać różne sytuacje dotyczące braków, na rynku mamy zamienniki i jest też opcja importu interwencyjnego. Eksperci wskazują na jeszcze jeden aspekt: konflikt na Bliskim Wchodzie odbije się również na kieszeniach pacjentów. Leki będą drożały z czasem, bo będzie drożał transport z powodu braku ropy, benzyny. To też podroży koszty leków. Jak duże to będą wzrosty, zależy przede wszystkim od tego, kiedy sytuacja na Bliskim Wschodzie się ustabilizuje. Wojna z Iranem wpływa też na ruch turystyczny. Branża traci dziennie kilkaset milionów dolarów. Turyści zmieniają kierunki wakacyjne, a biura są w najwyższej gotowości, żeby sprostać nieoczekiwanej sytuacji i liczą straty. Przestrzeń powietrzna dla wielu kierunków pozostaje zamknięta. Lotnisko w Dubaju, dotychczas najbardziej ruchliwy hub międzynarodowy na świecie, od ponad dwóch tygodni wygląda tak. Wszystkie linie lotnicze funkcjonujące tam w tym rejonie zachowują daleko idąca ostrożność. Co to oznacza? Ogromny bałagan i problem finansowy dla linii lotniczych. Przez wojnę lotniczy paraliż dotyka całego Bliskiego Wschodu. A właśnie tam znajdują się kluczowe węzły przesiadkowe, łączące Europę z Azją, Australią czy nawet Afryką. W efekcie cierpi branża turystyczna. Do wyjazdu zostało nam trzy miesiące, ale patrząc na to, co się dzieje, nie sądzę, żeby coś się zmieniło, więc odwołaliśmy wyjazd. Postanowiliśmy pojechać do Chin. Biura podróży masowo odwołują wycieczki do krajów Zatoki Perskiej i zmieniają swoje oferty pod turystów. Z perspektywy biura podróży, obecna sytuacja rzeczywiście zmienia sposób myślenia o samym planowaniu podróży. A turyści zmieniają wakacyjne plany - zamiast Azji wybierają Europę i kraje, które nie wymagają przesiadki na Bliskim Wschodzie. Chciałabym odkryć Azję, Tajlandię, Wietnam, ale przyznaję, że na razie, biorąc pod uwagę obecną sytuację, muszę przełożyć plany. Loty omijające region są znacznie dłuższe, a więc kilka razy droższe. Trzeba mieć opracowaną trasę, zgody przelotów nad poszczególnymi krajami, bo to nie jest tak, że sobie wyznaczamy punkt A i B, i sobie jak po ortodromie lecimy. Gdybym miała udzielić jednej rady, to powiedziałabym, żeby rezerwować jak najszybciej podróże, ponieważ popyt rośnie i ceny w Europie mogą wzrosnąć. Skok cen ropy w tydzień wywindował koszty paliwa lotniczego o blisko 60%. Linie lotnicze doliczają do biletów po kilkaset złotych "opłaty paliwowej", i tak turystyczna inflacja zaczyna gnać szybciej niż wakacyjne marzenia. Prawie wszystkie usługi staną się droższe loty, podróże autobusem, wszystko, łącznie z jedzeniem. Z szacunków Światowej Rady Podróży i Turystyki wynika, że dzienne straty branży sięgają już 600 milionów dolarów. Żyją wokół nas, a często blisko, coraz bliżej. Dziki, ale także wilki, niedźwiedzie i inne zwierzęta coraz częściej pojawiają się na obszarach miejskich lub podmiejskich, niszczą też uprawy rolne lub powodują zagrożenie na drogach. Obecność dzikich zwierząt tam, gdzie nie jest to bezpieczne dla nich i dla nas, to problem i wyzwanie. To zostało z owcy. Tu jest druga. Tak wygląda codzienność rolników z Żuław. W Kępniewie wilki pod osłoną nocy atakują gospodarstwa domowe. Koło 40 owiec zagryzionych, trzy były całkowicie zjedzone, a reszta tam tak sobie leżały. I na nic ogrodzenia i płoty. Wilk dostał się do zagrody. Rolnicy liczą straty, które sięgają niekiedy kilkudziesięciu tysięcy złotych. Jest też strach. Obawiamy się, że taki wilk może wejść do budynku inwentarskiego. Może zaatakować ciele czy to będzie krowa cielna. Może uszkodzić, bo wiadomo, że jest to zwierzę głodne. Populacja wilków w Polsce stale się zwiększa. Ostatnie szacunki wskazują, że może ich być około 5000. Szukając pożywienia, podchodzą coraz bliżej ludzi, dlatego tak ważna jest zasada: my nie podchodzimy bliżej. Takim niebezpiecznym kontaktem jest kontakt poniżej 10 metrów, więc tutaj się mówi, że to jest bariera bezpieczna, po przekroczeniu której zwierzyna może nas odebrać jako tego atakującego, jako intruza. Dzikie zwierzęta zapuszczają się coraz dalej. Tu w poszukiwaniu rzepaku. Na Podlasiu rolnicy mają kłopoty z żubrami. Te ogromne osobniki w jedną noc potrafią spustoszyć całe pola. Straty są ogromne. Obroną drony i urządzenia płoszące. To jest takie płoszydło na żubry, które wytwarza 150 różnych dźwięków, sygnał świetlny i zapach i te żubry na 800 metrów od tego urządzenia nie podchodzą. Dzikie zwierzęta coraz bardziej przyzwyczają się do obecności ludzi, co nie oznacza, że kontakt z nimi jest bezpieczny. W górach na szlaki wyszły niedźwiedzie. I tu ważna lekcja. Jeżeli widzimy, że niedźwiedź już obserwuje nas, to jest ten moment, kiedy jak najszybciej, spokojnie, ale natychmiast, należy się wycofać. Nie podchodzić, nie dokarmiać i nie krzyczeć. To proste ABC, które każdy musi znać. Miś brunatny to nie Miś Yogi, to nie z kreskówki "Masza i niedźwiedź". To jest dzikie zwierzę. Które może zgubić się w miejskiej dżungli, więc zamiast traktować je jak atrakcję, warto zachować się jak człowiek. Zakończyła się rekrutacja na unijnych urzędników. Mimo promocji, w którą zaangażowali się polscy europosłowie i MSZ, niewielu Polaków postanowiło spróbować swoich szans w Brukseli. W unijnych instytucjach od lat brakuje naszych rodaków. Dlaczego stabilne zatrudnienie i wysokie zarobki nie są magnesem? Tylko w Komisji Europejskiej, uważanej za najważniejszą unijną instytucję, brakuje około tysiąca Polaków. W pracującej tu armii unijnych urzędników, która liczy ponad 32 tysiące, nasi rodacy stanowią niewiele ponad 5%, a powinniśmy, tak jak Hiszpanie, bo nasze populacje są podobnej wielkości, obsadzić ponad 8% stanowisk. Tymczasem więcej urzędników od Polski ma dwa razy mniejsza od nas Rumunia. Najliczniejszą reprezentację mają Włosi, których władze już dawno zrozumiały, że swoi ludzie w Brukseli najlepiej zadbają o narodowe interesy. Polska po prawie 22 latach w Unii dopiero zaczyna zdawać sobie z tego sprawę. Po to, żebyśmy mieli głos w Europie, mogli współdecydować o tym, jak wygląda porządek prawny, gospodarczy w całej Europie i także w Polsce, potrzebna jest nasza obecność w Brukseli i w instytucjach europejskich, zwłaszcza młodzi, którzy rozumieją, jak funkcjonuje Polska, przynoszą swoją kulturę i doświadczenie, i są świetnie wykształceni jak cała reszta Europejczyków. Szansą na zmianę miał być ogłoszony niedawno nabór na egzaminy, które otwierają drogę do pracy w Brukseli, do obsadzenia jest 1490 unijnych stanowisk. Ale choć kryteria nie były wygórowane, wystarczyły ukończone studia licencjackie i jeden język obcy, a konkurs promowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Polsce, oferując pomoc w przygotowaniu do unijnych testów, to z takiej okazji postanowiło skorzystać niecałe 6000 Polaków, dla porównania z Włoch napłynęło prawie 80 tysięcy zgłoszeń, z Hiszpanii prawie 14 tysięcy. Polaków do pracy w Brukseli nie przekonała nawet zaczynająca się od 6000 euro na rękę pensja unijnego urzędnika, która w drodze awansu może szybko się podwoić. Brukselę Polacy najwyraźniej wciąż wolą traktować jak niedostępną twierdzę, podczas gdy obywatele innych unijnych państw nie mają oporów, by ją zdobyć. Liczą każdą złotówkę, a i tak wystarcza na niewiele. Seniorów, którzy zmagają się z ubóstwem, jest w Polsce ponad 400 tysięcy. Caritas Polska z myślą o seniorach organizuje akcję "Tak. Pomagam!". Dzięki naszej ofiarności święta wielu ludzi, którzy zostaną obdarowani, będą bardziej radosne. Nie omijajmy wolontariuszy spotkanych dziś w sklepach. Pracują jak mrówki. 25 tysięcy wolontariuszy Caritas Polska bierze udział w akcji "Tak. Pomagam". Wiedzą, że dla wielu rodzin Wielkanoc to luksus, na który zwyczajnie ich nie stać. To radość, że komuś może to pomóc w życiu. Ten weekend jest kluczowy. Produkty zebrane w 2000 sklepów w całym kraju trafią do świątecznych paczek dla potrzebujących. Zbierają żywność o długim terminie przydatności do spożycia, jakimi są olej, mąka, cukier, kasza, ryż, konserwy oraz słodycze. Część produktów zostanie przeznaczona na przygotowanie darmowego śniadania wielkanocnego w jadłodajniach Caritas. Nawet na święta nie stać ich na troszkę lepszą wędlinę, czekoladę czy ciasto świąteczne. No i to jest taki bardzo przykry wybór, bo z kolei my wychodzimy często z bardzo uginającymi się koszami. Razem z Caritas odwiedziliśmy jedną z takich potrzebujących rodzin. Pani Lidia z Warszawy dziękuje wszystkim wolontariuszom. Mówi, że mają serca ze złota. To są wspaniali ludzie. To jest dla takich ludzi jak ja wybawienie w ciężkiej sytuacji finansowej. Gdyby wszystkie produkty zebrane dotąd w tej akcji zapakować do wagonów towarowych, cały skład miałby ponad 2300 metrów długości. W ciągu 27 edycji zebrano prawie 9000 ton żywności, które pozwoliły przygotować godne święta dla półtora miliona potrzebujących. To już stało się takim stałym punktem kalendarza, wrosło jakoś w krajobraz naszego terenu i w krwiobieg ludzi. Chcą pomagać. Ci, którzy nie zdążą do końca soboty wrzucić produktów do koszyków w sklepach, mogą wesprzeć akcję przelewem lub blikiem na numer podany na stronie Caritas. Ponad 400 tysięcy seniorów w Polsce żyje dziś poniżej granicy skrajnego ubóstwa. Często muszą wybierać: jedzenie albo leki. Dla wielu z nas wielkanocny stół to tradycja. Dla nich to czasem prawdziwy cud. A teraz o pewnej szczególnej wizycie w naszej redakcji. Jakub Kozicki ma 10 lat i to on razem z tatą wylicytował dzień w pracy z nami w ramach aukcji na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Marzeniem Kuby jest zostać dziennikarzem, i na mój nos to się ziści, bo Kuba już tworzy program o nazwie "20.00". A o tym, jak się z nami pracuje, w materiale Małgorzaty Wiśniewskiej. Dzień dobry, ten młody człowiek robi własny program, a na dodatek wylicytował dzień z "19.30". Kolegium redakcyjne, podział tematów. Każdy rusza do swoich zadań. My z Kubą do zwiedzania telewizyjnego serca. Po drodze miejsca nieznane telewidzom, na przykład stanowisko dla tłumacza na język migowy na wirtualnym tle. Paweł Płuska wspomina, jak kiedyś prowadził program na niebieskim tle. Był problem, bo miałem taką koszulę i marynarkę jak ty. U nagle się okazało, że mam tylko głowę, a całej reszty nie ma. Miejsce, w którym trzeba zadbać o swój wygląd, bo to lubi kamera. Panie tutaj robią magię, ze mnie potrafią zrobić 20 kilo szczuplejszego i przystojnego faceta. Warsztat pracy prezentera, czyli jak przekazać informacje, żeby nie było widać, że są czytane. Wiesz, na czym polega zabawa z prompterem? Tu nie ma żadnej tajemnicy. Kuba jest codziennym widzem programu "19.30". Nie muszę sobie przeglądać rzeczy na platformach, tylko oglądam "19.30", wiem wszystko szybciej i lepiej. Nasz program stał się inspiracją dla Kuby, żeby stworzyć program "20.00". Jest przegląd najważniejszych wydarzeń. A w pytaniu dnia Kuba Kozicki i Marek Tychowski. Jest także prognoza pogody. Teraz można sprawdzić, jak to wygląda w studiu TVP. Czy pani widzi tę mapę pogody, czy pani musi wszystko zapamiętywać? Muszę zapamiętywać, a jeżeli chodzi o "19.30", mam prompter, bo musimy mieć dokładny czas ze względu na reklamodawców. Jest próba kamerowa. Zapraszam na codzienną "19.30". Czy rośnie nam konkurencja? Możliwe, zobaczymy, co będzie w przyszłości. W "19.30" to wszystko. Gościem Mariusza Piekarskiego w dzisiejszym programie "Pytanie Dnia" będzie Michał Wawrykiewicz, europoseł Koalicji Obywatelskiej. Do zobaczenia jutro.