Pan X? Ułaskawienie a la carte. Czy stał za tym Tomasz Sakiewicza? Wenezuelski skandal. Gdzie podziało się 1,5 mld zł za ropę, której nie było? Prowokacje Kremla. Rosyjskie drony w wielu częściach Europy. Dzień dobry. 19.30. Marek Czyż. Zapraszam. Miało być tak: za finansowe uprzejmości Przemysław Kral miał liczyć na wdzięczną pamięć samego prezydenta, a w razie kłopotów - nawet na ułaskawienie. Obietnicę szefowi Zondacrypto miał złożyć pan X, o którym słyszymy, że jest Tomaszem Sakiewiczem, ale nie wiemy, skąd wziął przypuszczenie, że ma takie kompetencje. Nie wiedzą tego też w Pałacu Prezydenckim i odcinają się od sprawy, a reszta polskiej polityki pyta, czy tu się da kupić ułaskawienie. To on, Tomasz Sakiewicz, prezes powiązanej z PiS-em Telewizji Republika, ma być tajemniczym panem X, który według zeznań Przemysława Krala obiecał prezydenckie ułaskawienie szefowi Zondacrypto. Pan X obiecywał mi, że jak Nawrocki zostanie prezydentem, to on załatwi mi ułaskawienie, gdybym został skazany w tej sprawie. Jak wynika z zeznań, które 4 września cytował w Sejmie premier, obietnica ułaskawienia miała być nagrodą za strumień pieniędzy, który płynął do prawicy z kont upadłej giełdy krypto. Ta obietnica ułaskawienia była za te wszystkie płatności, to jest CPAC, reklamy i kongres organizowany w USA. Według Wirtualnej Polski oraz TVN24 na rzeszowski CPAC, na którym na chwilę przed wyborami wystąpił Karol Nawrocki, Zonda przekazała 550 tys. zł. Na szczyt w Waszyngtonie - 615 tys. Do tego doszły faktury na 1,5 mln euro. 7 mln za ułaskawienie? Mają stawkę, nie? Mają bezczelność chłopaki. Kral bał się skazania, bo prokuratura oskarżała go o utrudnianie postępowania i próbę przekupienia dziennikarza. Obietnicę przekazaną przez Tomasza Sakiewicza miał traktować bardzo poważnie. W Waszyngtonie szef Zondy chciał się spotkać z prezydentem. Przygotował dla niego specjalną koszulkę Atalanty, klubu sponsorowanego przez giełdę. Nie mamy już do czynienia z telewizją. Mamy do czynienia z organizacją, jeżeli te informacje się potwierdzą, która wykonuje misje przestępcze, a nie medialne. Na reklamy w telewizji Tomasza Sakiewicza Zonda wydała łącznie 37 mln zł. Prezes na pytania nie odpowiada, a jego pracownicy próbują je zakrzyczeć. Powoływanie się na wpływy to w Polsce czyn zagrożony karą do 8 lat więzienia. Ale rządzący nie wierzą, że Sakiewicz działałby na własną rękę. Ten mitoman robi wszystko to, czego chce Jarosław Kaczyński. Nic bez zgody Jarosława Kaczyńskiego się nie dzieje, nie działo i dziać nie będzie. Przypomnijmy. Największym udziałowcem Republiki jest Słowo Niezależne. Największymi wspólnikami w spółce są: Tomasz Sakiewicz oraz Instytut im. Lecha Kaczyńskiego bezpośrednio powiązany z PiS. Informację Wirtualnej Polski i TVN24 środowisko prezydenta nazywa "bujdą na resorach". Trudno jednak zaprzeczyć - i da się to wyczuć w Sejmie - że cała afera Zondacrypto mocno obciąża polską prawicę, zarówno PiS, jak i Konfederację. Bujdy na resorach. Nie było takiej sytuacji. W Sejmie politycy PiS wątpią w prawdomówność Krala. O Sakiewiczu, choć regularnie goszczą w jego telewizji, mówili dziś niechętnie. Skoro jest oskarżony, to może kłamać jak najęty. I nic mu za to nie grozi. Ja nie nazywam się Sakiewicz, nie jestem w stanie odpowiadać za kogoś innego. Ale za polityczny parasol ochronny rozpięty nad giełdą - już tak. Rządzący przyrównują Zondę do innych afer, takich jak GetBack czy SKOK-i. Dzięki tej formacji politycznej swobodnie rozwijały się w Polsce piramidy finansowe, które okradały Polaków. Z tych kradzionych pieniędzy obficie korzystał potem sam prokurator generalny, minister sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro, którego fundacja dostała od Krala 450 tys. zł, jako jeden z pierwszych stanął dziś w obronie Tomasza Sakiewicza, tajemniczego pana X. Piszą o Orlenie za czasów prezesa Obajtka i nie piszą dobrze, bo Financial Times podsumował brawurowe transakcje, na których Orlen stracił ponad 1,5 mld. Ropa miała pochodzić z Wenezueli, ale tankowce były puste, za to konta pośredników - pełne. Z dywersyfikacji dostaw został skandal, bo orlenowska spółka miała zrobić interes, a wyszedł geszeft, i to chybiony. Wstyd na cały świat. Financial Times pisze o największym czy jednym z największych skandali w historii naszego kraju. I cały świat dzisiaj o tym czyta. Ten skandal to gigantyczne pieniądze, które Orlen pod rządami tego prezesa wydał na wenezuelską ropę. Zamówiony surowiec do Polski jednak nie dopłynął. Daniel Obajtek nie ma sobie nic do zarzucenia. Nie będę odpowiadał na pytania gazet, bo nie znam pochodzenia tych informacji. Ta władza rządzi 3 lata i powinna tę sprawę wyjaśnić. Brytyjski dziennik szczegółowo opisuje, jak szwajcarska spółka Orlenu milionami dolarów, w tym w kryptowalutach, opłacała podejrzanych pośredników. Financial Times ustalił, że jednym z pośredników w tej gigantycznej transakcji był drobny włoski przedsiębiorca o zaskakującym CV. W Londynie prowadził restaurację, sprzedawał pizzę, produkował filmy i pomagał w załatwianiu wiz do Rosji. Na konto wskazanej przez niego firmy przelano 30 mln dolarów, ale pieniądze nigdy nie dotarły do wenezuelskiego koncernu. Mężczyzna mieszka dziś w Rosji. Orlen chciał wykorzystać złagodzenie przez Waszyngton sankcji na Wenezuelę i kupić tam 6 mln baryłek ropy. Pod koniec listopada 2023 roku na jachcie w Abu Zabi szef szwajcarskiej spółki Orlenu Samer A. miał się spotkać z Kamem Ho Tse, dwudziestoparoletnim obywatelem Hongkongu, właściciela działającej w Dubaju spółki Hannon. W 2022 roku ABW poinformowała prezesa Obajtka o tym, żeby nie powoływał spółki w Szwajcarii. Również poinformowała go, żeby nie powoływał na tę funkcję prezesa, który ma dziś postawione zarzuty. Hongkończyk miał dostać od Samera A. polecenie kupna ropy w Wenezueli za 345 mln dolarów. Według ustaleń Financial Times szwajcarski Orlen wpłaca mu ponad 230 mln zaliczki. Bez żadnego zabezpieczenia. Dubajska firma wymienia dolary na kryptowaluty i na tym etapie znika 50 mln dolarów. Reszta pieniędzy w kryptowalucie miała trafić do dwóch wenezuelskich brokerów. Nie posiadałem żadnej wiedzy w zakresie płacenia kryptowalutami, ponieważ nie mogłem tej wiedzy w tamtym momencie posiadać. Dowiedziałem się dzisiaj od państwa. Kontrakt na wenezuelską ropę został zawarty po wyborach parlamentarnych - przypomina polityk koalicji. Już mieli pełną świadomość, że tracą władzę, ale podejmowali działania w celu wyprowadzenia środków przy użyciu szwajcarskiej spółki. Wynajęte przez Orlen tankowce czekały u wybrzeży Wenezueli na załadunek, ale tylko generowały koszty. Ostatecznie w marcu 2024 roku jeden ze statków załadował pół miliona baryłek, ale oleju opałowego. Nowy zarząd Orlenu kontakt zerwał. Teraz próbuje odzyskać 230 mln dolarów wpłaconych Hannon. Sprawa jest w arbitrażu. Sprawą wenezuelskiej ropy zajmuje się też prokuratura. Wątki dotyczące nie tylko samej transakcji, ale również zakupu kryptowalut ze środków przekazanych przez spółkę, były i są przedmiotem prowadzonego w Prokuraturze Regionalnej w Warszawie śledztwa przeciwko Samerowi A., w stosunku do którego wystąpiono do władz Zjednoczonych Emiratów Arabskich z ponownym wnioskiem o jego ekstradycję do Polski. W zeszłym miesiącu śledczy skierowali do sądu akt oskarżenia wobec trzech managerów Orlenu z czasów Daniela Obajtka. Sprawa dzisiaj wypłynęła m.in. ze względu na przykrycie cen paliw. Ceny paliw według szefa rządu mogłyby być niższe, gdyby nie sprzeciw prezydenta dla opodatkowania m.in. Orlenu dodatkowym podatkiem od nadmiarowych zysków. Kryptowaluty, brudne interesy na paliwach i PiS. I do tego dochodzą konsekwentne weta ze strony prezydenta dotyczące tych dwóch tematów. Strata polskiego paliwowego giganta na wenezuelskim kontrakcie to łącznie 1,6 mld zł. Jutro pierwsze czytanie drugiego już rządowego projektu ustawy o podatku od ponadwymiarowych dochodów koncernów paliwowych. Rząd liczy, że ustawa pomoże obniżyć dramatycznie wysokie ceny paliw, i apeluje do prezydenta o podpis pod ustawą. Za chwilę m.in. o zmianach w prawie, bo trudno zmienić zabójcze maniery. Dość brawury na przejazdach kolejowych. Jest czerwone światło, są szlabany, a i tak przejeżdżają. Kary mają być ostrzejsze. Trzy miesiące utrata prawa jazdy. Człowiek sobie myśli: "Może mi się uda". I konsekwencje tego są straszne. Po tym, jak Ministerstwo Sprawiedliwości zdymisjonował rektora, nie kończy się okupacja przez polityków PiS Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. Szkołę założył Zbigniew Ziobro, ale ponoć wymyślił Patryk Jaki. Pierwotnie rozmach dydaktyczny był raczej umiarkowany. Uczelnia startował z budżetem 7 mln zł, ale to się szybko zmieniło. Miliony płynęły dziesiątkami, był nawet hotel w Zakopanem. O jakie kadry miała dbać uczelnia? Próbując zrozumieć to, jak opozycja... To się nabiję. Moja sprawa, jak się nabiję. ...próbuje wykorzystać Akademię Wymiaru Sprawiedliwości do swoich celów politycznych... Będę musiał pana skierować do sądu. ...trzeba cofnąć się o 8 lat. W 2018 roku na polecenie tego polityka powstaje uczelnia, która ma kształcić przyszłych funkcjonariuszy służby więziennej. Uczelni kilkukrotnie zmieniano nazwę. A w 2023 roku na jej czele stanął były działacz Suwerennej Polski - 30-letni Michał Sopiński. Chyba zasługuje to na rekord Guinnessa, bo w polskiej nauce nie było takiego przypadku, by tak młody człowiek stał się rektorem publicznej uczelni. O jego stanowisku miały zdecydować partyjne interesy. Żeby Państwu pokazać, jak bardzo AWS powiązana jest z ziobrystami, wystarczy wspomnieć o tym polityku. Marcin Romanowski przez lata nadzorował uczelnię. Miał w niej także swoje sekretne biuro, które 2 lata temu zostało przeszukane przez ABW. Śledczy szukali dokumentów związanych z Funduszem Sprawiedliwości. Bo Romanowski, który uciekł przed odpowiedzialnością karną, właśnie za niego odpowiadał. Jak były podejmowane pierwsze działania dotyczące Funduszu Sprawiedliwości, to minister Romanowski tej ochrony wsparcia szukał w AWS. Bo pieniądze z Funduszu trafiły także na konto uczelni. Łącznie 60 mln zł. Ale na tym nie koniec, bo wydatki budżetu państwa na uczelnię były astronomiczne. Przez 7 lat działalności do Akademii popłynęło 0,5 mld zł. Zatrudniali ludzi, płacili różnym, często też fikcyjnym osobom tylko po to żeby wyprowadzać pieniądze. Jak mówi w studiu TVP pełniący obowiązki rektora, Akademia pozyskała od Służby Więziennej szereg nieruchomości. W tym hotel w Zakopanem. Do tego dochodzi fundacja Iwony Lewandowskiej-Pierzynki, byłej już pracownicy uczelni. Fundacja, która miała w jakiś sposób wykorzystywać dochody z tej nieruchomości na swoje cele. Zapewne cele polityczne, organizacyjne, kto wie, czy nie prywatne. To właśnie Lewandowska-Pierzynka miała nadzorować drukowanie banerów wyborczych ludzi związanych z Suwerenną Polską. Nieprawidłowo miały być też wydawane pieniądze z funduszu uczelni na podróże byłego rektora. Przypuszczam, że w celu skorumpowania. Sopiński dwa razy był Singapurze i na dwutygodniowym pobycie w Tajlandii. Wszystkie te wyjazdy sfinansowała publiczna uczelnia, czyli każdy z nas. Wszystko, czego się dotknęła Solidarna Polska, opierało się na jakimś publicznym finansowaniu różnych prywatnych aktywności, na takim poczuciu nieodpowiedzialności. Swoistą kuźnią kadr dla całego wymiaru sprawiedliwości. Tak o Akademii mówił ówczesny wiceminister. Ale Akademia miała stać się jednak kuźnią kadr politycznych i partyjną przechowalnią. Po utracie władzy wielu działaczy Suwerennej Polski znalazło tu schronienie. To, że akurat ktoś jest zatrudniony, a jest związany z jakimś środowiskiem politycznym, to nie znaczy, że to jest jakakolwiek kuźnia kadr, to są osoby, które mają kompetencje. U nich się ta kompetencja sprowadzała do tego, że albo się miało legitymację Suwerennej Polski, PiS-u albo ktoś z członków rodziny. Stąd takie nerwowe zachowania. Z jednej strony szczekają w Sejmie, jak my występujemy, z drugiej strony przeskakują przez płot, żeby nagrać sobie rolkę. Nie jest to poważne. Myślę, że Polska zasługuje na poważniejszą opozycję. Tak upada bastion Suwerennej Polski. A jego obrońcy mają coraz większe kłopoty. Dziś zarzuty m.in. przekroczenia uprawień usłyszał Michał W., były zastępca Ziobry, który nadzorował Służbę Więzienną. Nowe władze uczelni chcą przywrócić normalną pracę uczelni bez nieprawidłowości i bez polityki. Żandarmeria i policja badają drona znalezionego na plaży nieopodal Jarosławca w Zachodniopomorskiem. Nie zawierał substancji toksycznych ani radioaktywnych i nie wiadomo skąd przyleciał, ale przypuszczenia są oczywiste. Europa zgodna w ocenia widzi, że Rosja straszy. Strach ma wielkie oczy, ale patrzy coraz bardziej z bliska, a Kreml pokazuje: jeszcze nie chcemy, ale cały czas możemy. Wojskowi specjaliści badają, czy dron wyłowiony w okolicach Jarosławca był uzbrojony. Najprawdopodobniej nowy typ dronu Gerbera. Dotyczy to pewnie nowych zdolności przez Federację Rosyjską. Dziś maszyna prawdopodobnie trafi na dalsze oględziny. Ale jeszcze przed ich końcem nie ma wątpliwości co do pochodzenia bezzałogowca. Niewykluczone, że wcześniej naruszył litewską przestrzeń powietrzną. Podobnie jak ten, który został zestrzelony przez myśliwce NATO w okolicach Kowna na Litwie. To pierwszy taki przypadek w tym kraju. Tuż po incydencie skontaktowałem się z polskim ministrem obrony, ponieważ polska przestrzeń powietrzna też jest ciągle naruszana. Uzgodniliśmy, że wspólnie zbadamy okoliczności sprawy. Polski minister obrony narodowej o wspólnym śledztwie z Litwą poinformował na spotkaniu ze swoim włoskim odpowiednikiem. To myśliwce z Włoch zestrzeliły drona na Litwie w ramach misji ochrony przestrzeni powietrznej NATO. To wyraz praktycznej jedności sojuszniczej. Ochrona flanki wschodniej przez naszych sojuszników. I nie chodzi tylko o Amerykanów. Obecność eskadr francuskich, niemieckich, brytyjskich. Również obecność rotacyjna baterii rakiet lotniczych. To jest również wzmocnienie naszego systemu obronnego. Jedność NATO będzie potrzebna, bo nie ma dnia, by Rosja nie prowokowała Zachodu. Mieliśmy do czynienia z atakami na infrastrukturę krytyczną na morzu. To jest ta flota cieni, zakłócanie sygnału GPS, ataki w cyberprzestrzeni, podpalenia. Główny cel to zniechęcenie Europy do wspierania Ukrainy. Tylko w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin rosyjska fregata wystrzeliła flary w kierunku duńskiego śmigłowca, który pełnił misję nad Bałtykiem. Nie chcemy uruchamiać artykułu 4. Ale wzywamy rosyjskiego ambasadora na przesłuchanie. To ogromny problem, bo stwarza też zagrożenie dla ruchu morskiego. W Holandii ktoś przywiązał do szyn rury. Tu też trwa śledztwo, ale modus operandi wskazuje znowu na to samo miejsce. Odkryliśmy materiały, które zostały celowo położone na torach. Obecnie traktujemy to zdarzenie jako akt sabotażu. O eskalacji rosyjskiej agresji hybrydowej od miesięcy mówi polski premier. Ostatnie wzmożone działania Rosji to potwierdzenie tego scenariusza. Musimy być gotowi na to, że może dojść do jakiejś eskalacji. Musimy być gotowi, że dojdzie do prowokacji czy na terytorium Polski, czy na terytorium państw sojuszniczych. Polska jest dzisiaj pod wieloma względami celem numerem 1, jeśli chodzi o ataki hybrydowe albo obserwacje. Potwierdzają to ostatnie ataki Rosji w Ukrainie blisko polskiej granicy. Mieszkańcy Dorohuska dostali alerty RCB, by udać się do bezpiecznego miejsca w związku z zagrożeniem z powietrza. Gdzie? Jak tu nie ma żadnych schronów. Ja piwnicy w domu nie mam, to nie wiadomo, gdzie się udać. Ale możliwe, że wiedzę w pigułce mamy w domu. Gdy nie wiadomo, co robić w sytuacji zagrożenia, z pomocą przychodzi ten Poradnik Bezpieczeństwa, który trafił do każdego polskiego gospodarstwa. I warto do niego zajrzeć, bo w związku z działaniami Rosji syreny alarmowe w polskich miastach słyszymy coraz częściej. Poradnik podpowie np., jak może wyglądać bezpieczne miejsce, by się schronić. Piwnica, garaż podziemny albo miejsce, które nie ma okien. Rządzący podkreślają, że Polska jest bezpieczna. Ale świadomość zagrożenia zwiększa odporność społeczeństwa. I zniechęca potencjalnego agresora. Grzegorz Braun nie kolekcjonuje odebranych sobie immunitetów, ale osiągnięcia ma w tym obszarze imponujące. Właśnie odebrano mu go po raz szósty. Parlament Europejski chce, by pan Braun przed sądem rozwinął oryginalną tezę o tym, że komory gazowe w Auschwitz to fejk. Na przemyślenie swojej intelektualnej brawury w odosobnieniu pan Braun może mieć nawet 3 lata. Za uchyleniem immunitetu Grzegorzowi Braunowi była dziś większość europosłów. Wątpliwości nie mieli, bo chodzi o negowanie zagłady Żydów w obozach koncentracyjnych. Za zakłócenie obchodów Dnia Pamięci Ofiar Holokaustu Braun był już zawieszony i ukarany grzywną europarlamentu. Polityk Konfederacji Korony Polskiej jest też niechlubnym rekordzistą w traceniu europoselskiego immunitetu. W Strasburgu pozbawiono go dziś ochrony prawnej już po raz szósty. Wcześniej Braun tracił immunitet w sprawach związanych ze zniszczeniem przez niego świec chanukowych w Sejmie, ukraińskiej flagi czy ataku na lekarkę w Oleśnicy. Dzisiejsze zniesienie immunitetu ma pozwolić polskiej prokuraturze na postawienie mu zarzutów związanych z kłamstwem oświęcimskim, którego Braun miał się dopuścić w czasie internetowej debaty, a za które zgodnie z polskim prawem grozi do 3 lat pozbawienia wolności. Są światła, są szlabany, są fizyczne zapory chroniące przed wjazdem pod pociąg, a jednak liczba takich zdarzeń jest zastraszająca. Policja nie wie, dlaczego kierowcy rozumieją istotę czerwonego światła na skrzyżowaniu, ale już na przejeździe kolejowym - mniej. Dlatego Ministerstwo Infrastruktury planuje poważne zaostrzenie kar za niepoważne zachowanie na torach. Kilka sekund czekania. Dziś za taki pośpiech grozi mandat i punkty. Rząd chce, żeby kara była znacznie dotkliwsza. Trzy miesiące utraty prawa jazdy w każdym takim przypadku, kiedy czerwone światło czy szlaban zostaną zlekceważone. Prawo jazdy będzie można stracić na 3 miesiące za objechanie opuszczonych zapór, wjazd podczas ich opuszczania albo zanim zostaną całkowicie podniesione, wjazd przy czerwonym świetle albo wjazd na tory bez możliwości natychmiastowego zjechania z przejazdu. A takie rzeczy wciąż się dzieją. Pośpiech brawura i bezmyślność. Człowiek sobie wymyśli, że może mi się uda. Konsekwencje tego są straszne dla całego społeczeństwa. Właśnie z takim myśleniem chce walczyć Ministerstwo Infrastruktury, bo od początku roku doszło do 130 wypadków na przejazdach kolejowych. Niestety mówimy już o pladze takich zdarzeń, Ostatnie doniesienia z ubiegłego tygodnia też tragiczne, pokazują, że potrzebna jest zmiana prawa. Bo system Red Light przy zaledwie 10 przejazdach kolejowych w tym roku zarejestrował ponad 4500 wykroczeń. Mam wrażenie, że czerwone światło sygnalizatora przed przejazdem kolejowym jest obierane przez kierowców zupełnie inaczej niż to, które znajduje się na skrzyżowaniu. Według statystyk PKP kierowcy odpowiadają za 99% niebezpiecznych zdarzeń na przejazdach kolejowych. Kierowcy muszą mieć świadomość, że to są bardzo niebezpieczne miejsca. Jeżeli oni nie zmienią swojego nastawienia, a praktycznie cała wina leży po ich stronie, to takich wypadków i takich tragedii jak ta na Mazowszu będzie coraz więcej. Żeby poprawić bezpieczeństwo i uniknąć takich wypadków, planowane jest też zaostrzenie Kodeksu karnego. Kierowcy na co najmniej rok dostaną zakaz prowadzenia pojazdów za samo sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy, a za spowodowanie wypadku lub katastrofy zakaz będzie co najmniej trzyletni. To jest zawsze groźba katastrofy w ruchu lądowym. To może doprowadzić do poważnej tragedii, więc te przepisy muszą być bardzo ostre. Od dziś mandaty za niebezpieczne zachowania na przejazdach kolejowych mogą wystawiać strażnicy miejscy i gminni. Ma to odciążyć policję i sprawić, by więcej takich przypadków kończyło się karą. Strażnik miejski będzie mógł nałożyć mandaty karne. I to jest zasadnicza zmiana. W kwocie 2000 zł. Bo w tym rachunku na przejeździe kolejowym wciąż lepiej stracić kilkadziesiąt sekund niż pieniądze, prawo jazdy czy życie. Na warszawskich Powązkach Wojskowych pożegnaliśmy dziś Marka Pakowskiego, znakomitego operatora TVP. A dla nas po prostu wspaniałego człowieka. Miał 76 lat. We Wrocławiu mają GUME, w Szczecinie SIEME, ale bez względu na nazwę mają wspólny mianownik - swoje miasto i wiedzą co to znaczy. Mateusz architekt z Wrocławia, zaczął od publikowania w sieci filmów, na których czyści mury, czy sprząta podwórka i szybko zauważył, że w mieście jest mnóstwo ludzi, którym też zależy na tym, żeby było ładniej. Tak we Wrocławiu powstała Grupa Upiększania Miasta, w skrócie GUM-a, oddolna inicjatywa, w której to sami mieszkańcy dbają o to, jak wygląda ich najbliższa okolica. Katalog działań jak sama nazwa wskazuje elastyczny wspólnie zmywają z murów napisy, sprzątają podwórka, czy usuwają chwasty. Pomysłodawca chce pozostać anonimowy, bo jak tłumaczy jego cel to promowanie idei oraz wszystkich uczestników, a nie tylko siebie. Razem z grupą działać może każdy, kto chce, żeby jego okolica stała się bardziej estetyczna i przyjazna. Szukałem wolontariatu i zobaczyłem, że jest taka akcja, chciałem dołączyć i porobić coś dobrego. Pomysł już udało się przenieść także do innych miast. Jedna akcja sprzątania odbyła się w Warszawie, a w Szczecinie powstała regularnie działająca grupa o nazwie SIEMa, czyli Szczecińska Inicjatywa Estetyki Miejskiej. No zarówno nam, i jak i GUM-ie z Wrocławia, który zapoczątkował to wszystko, zależy na tym, żeby pokazać, że można, że da się. Zjawisko oddolnego zaangażowania i dbania o wspólną przestrzeń to wiele korzyści. Daje to poczucie sprawczości, daje to poczucie własnej wartości. Będzie przynosić także pozytywne efekty w postaci postaw obywatelskich czy poczucia wspólnotowośc. A poza tym mieszkańcom, którzy wzięli sprawy w swoje ręce, daje też... Frajdę, że jest to dla nich taka możliwość spotkania innych mieszkańców, wymienienia się pomysłami na swoje miasta. Swoje to tutaj słowo klucz, bo ci mieszkańcy pokazują, że podwórko i miasto można traktować jak swój dom. Gdynia pokazała dziś swoje filmowe karty. Wiemy już, kto powalczy o Złote Lwy na 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych oraz które historie mogą rozpalić najmocniej. Będzie Violetta Villas, Picasso, wielkie nazwiska i 3 filmy, przy których swój podpis stawia także TVP. Festiwal otworzy "Dziki, dziki wschód" Jana Holoubka. O Złote Lwy walczyć będzie 16 filmów, w tym nagrodzona za reżyserię w Cannes "Ojczyzna" Pawła Pawlikowskiego, "Dobry chłopiec" Jana Komasy czy "Violetta Villas" z Sandrą Drzymalską. W konkursie są też koprodukcje TVP: "Fluidy, "Syrenka Picassa i "Zima pod znakiem Wrony". Ta druga przypomina niezwykłą historię rysunku Picassa, który lokatorzy warszawskiego mieszkania kazali zamalować. Przez 6 dni Gdynia znów będzie stolicą polskiego kina. Prof. Katarzyna Pisarska u Doroty Wysockiej-Schnepf w "Pytaniu dnia". Dziękuję. Do widzenia. -- To jest pytanie dnia, Dorota Wysocka-Schnepf. Dobry wieczór państwu. A ze mną profesor Katarzyna Pisarska, Fundacja Pułaskiego. Dobry wieczór pani profesor. -- Dobry wieczór państwu. -- Pani profesor, dzisiaj kolejny atak Rosji na pociąg, też niedaleko granicy z Polską. Pani jechała jednym z tych pociągów, kiedy w niedzielę doszło do ataku, właściwie było bardzo blisko do dzisiaj nie wiadomo, czy ten atak, do którego doszło, to nie był na państwa w ogóle pociąg, bo to była liczna delegacja urzędników polityków, z Europy. Proszę opowiedzieć, jak pani wtedy to odczuwała, jak wszyscy państwo czy czuli się pod tym ostrzałem w sytuacji zagrożenia. -- Dzisiaj, jak wjeżdża się na Ukrainę, to ja wjeżdżam od 4 lat. Jest dużo gorsza sytuacja w ogóle, a więc cały czas jest poczucie zagrożenia. Słychać strzały w Kijowie, tego wcześniej nie było, bo te drony nadlatują w ciągu dnia i są znacznie szybsze. No, przygotowują nas na kwestie ewakuacji pociągów, bo pociągi są takim celem i podobnie jak stacje benzynowe, sklepy wysokopowierzchniowe, więc my byliśmy przygotowani. I ten pociąg stawał, już godzinę przed granicą, kiedy leciał ten pierwszy dron, który uderzył w stację benzynową. My wtedy wysiedliśmy z tego pociągu na chwilę, zagrożenie minęło i pojechaliśmy dalej. Mieliśmy dużo szczęścia, być może strona ukraińska twierdzi, że po prostu puszczono nas trochę wcześniej, już na stronę polską, że w ciągu tak naprawdę pół godziny, kiedy już dojechaliśmy do Polski, ten dron uderzył po stronie ukraińskiej. Myślę, że to na pewno była jakaś, jakiś sygnalizowanie. To zresztą mówiła Kaja Kallas wczoraj. -- No właśnie, na ile to było. -- To było sygnalizowanie. -- Kierowane do państwa. -- Trzeba pamiętać, że Dorohutsk. -- Znaczy do Europy, prawda. -- Tak, no jest tą stacją, w którą wsiadają wszyscy znamienici goście, którzy jadą do na Ukrainę. To jest ta stacja, w której jadą premierzy, prezydenci, ministrowie. -- I jeżdżą często. -- I jeżdżą regularnie, właściwie codziennie odjeżdża specjalny pociąg. No i Rosjanie oczywiście o tym wiedzą, więc uderzając tak blisko tej stacji, i też w pociąg, który wiózł osoby takie jak Boris Johnson, Sanne Marin, Karla Bilta, ale też wszystkich doradców do spraw bezpieczeństwa, którzy jeżdżą tam teraz bardzo regularnie, co kilka tygodni, bo próbują pomóc Ukrainie w tych negocjacjach z Rosją, które znów narzuca administracja Trumpa, no to był taki sygnał z całą pewnością, że nikt nie jest bezpieczny. Natomiast ja to podkreślałam wcześniej, to tylko i wyłącznie zwiększyło determinację tej grupy ponad 100