Widmo polexitu - czy weto do SAFE to preludium do wyj¦cia z Unii? Kontrowersyjni doradcy - osoby z zarzutami w prezydenckiej radzie ds. bezpieczeństwa. Kłopotliwa wojna - Donald Trump domaga się wsparcia NATO w Cieśninie Ormuz. Prezydenckie weto w sprawie unijnej pożyczki SAFE w ogniu krytyki. W kilkunastu miastach politycy Koalicji Obywatelskiej mówili dziś, jak szkodliwa dla Polski jest ta decyzja, kto na tym może stracić i w jakim stopniu plan B rządu uratuje pieniądze na obronność. Ofensywa Koalicji to także odpowiedź na krytykę ze strony opozycji i widmo polexitu, przed którym przestrzegają rządzący. O sile argumentów i niebezpiecznej grze na emocjach. Prezydenckie weto do ustawy o SAFE to zagrożenie dla Polski. To główny przekaz z ofensywy polityków Koalicji Obywatelskiej, którzy zorganizowali konferencje prasowe między innymi przed zakładami zbrojeniowymi. Ci, którzy głosowali przeciwko SAFE, mają lepkie ręce od ruskiej onucy. Chcemy, aby w Stalowej Woli, Jaśle, Nowej Dębie i na Podkarpaciu były ulokowane inwestycje. Inwestycje mają być. Weto spowoduje jednak wiele komplikacji. Umowy muszą być podpisane do końca maja, a niedotrzymanie terminów może oznaczać utratę wielkich pieniędzy. Liczymy na to, że nie stracimy na tej decyzji, ale oczywiście czas odgrywa ogromną rolę. W ramach planu B rząd negocjuje z Komisją Europejską wypłatę pierwszej transzy 15% środków z programu SAFE. Trzeba będzie jednak wykonać cięższą pracę, więcej poświęcenia na to, żeby te pieniądze przełożyć z Europy do Polski. PiS przekonuje, że europejskich środków z SAFE Polska nie potrzebuje. Za to lepszą alternatywą ma być projekt prezydenta. Może być wykorzystany tak, jak sobie tego wojsko życzy, a nie tak, jak sobie tego życzy oligarcha brukselski i berliński. Ten sam polityk jeszcze niedawno pisał o SAFE jako szansie na rozwój. W lutym politycy PiS całkowicie zmienili narrację w sprawie unijnego programu. Polska pod niemieckim butem. Nie być na pasku von der Leyen, Merza i innych, którzy powiedzą nam: kupicie to i to. Nigdy nie podpiszę ustawy, która godzi w naszą suwerenność. Straszenie zagrożeniem utraty suwerenności ze strony Unii, zwłaszcza w kontekście zbrojeń, to zdaniem rządzących nie przypadek. Zawetowanie takich programów jak SAFE, czyli zbrojenie polskiej armii i rozbudowa polskiego przemysłu zbrojeniowego, to nic innego jak pierwsze kroki do wyjścia Polski z UE. Politycy PiS oficjalnie zapewniają, że nie wyprowadziliby Polski z Unii. Możemy zapewnić, że PiS będzie działało na rzecz tego, by głos Polski w UE był silny. To jednak kłóci się z taką coraz częstszą narracją z ust najważniejszych polityków. Lewactwo europejskie, brukselskie. Niemcy chcą nam zabrać państwo. Francuzi razem z nimi, nie wiem dlaczego. Tylko ta wizyta prezydenta na meczu piłkarskim może budzić emocje. Bo tuż obok głowy państwa siedział antyunijny, były kandydat na prezydenta Rumunii, George Simion. Dlaczego? Tego Nawrocki nie wytłumaczył. Simion wsparł go także w polskiej kampanii. O tym, że Polska weszła na drogę polexitu, pisze w felietonie były minister do spraw europejskich w rządzie PiS. Zdaniem rządzących działania PiS-u i prezydenta to celowe granie na emocjach wyborców. Można tak nakręcić emocje, można tyle nakłamać o UE, że ludzie w to uwierzą. W jakieś bzdury o zagrożeniu dla suwerenności szaleńców, którzy starają się wmówić szczególnie młodemu pokoleniu, że Polska wygląda teraz tak samo jak wyglądała 40 lat temu, jest coraz więcej. Eksperci przywołują przykład Wielkiej Brytanii, gdzie politycy też początkowo mówili, że nie chcą opuszczać Unii. Emocje, które wtedy były, były tak duże, że żadne argumenty merytoryczne i na papierze, i dotyczące finansów, najprostsze, jakie można sobie wyobrazić - one wtedy już nie pomogły. Marszałek Sejmu nie wykluczył prac nad ustawą, która ma utrudnić wyjście Polski z Unii. Prezydent Karol Nawrocki powołał nowy zespół konsultantów: Radę Bezpieczeństwa i Obronności. Kieruje nią Sławomir Cenckiewicz - szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. W jej skład wchodzi 30 osób, do których głowa państwa ma wielkie zaufanie. Jednak udział w radzie kilku z nich budzi obawy, bo ciążą na nich zarzuty. Sławomira Cenckiewicza... Do tej pory to tylko szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Ale od kilku dni Sławomir Cenckiewicz ma też nową rolę. Stanął na czele prezydenckiej Rady Bezpieczeństwa i Obronności. Rada niebezpieczeństwa i zagrożenia dla obywateli. Kontrują rządzący, bo w 30-osobowej radzie znalazły się twarze dobrze znane wymiarowi sprawiedliwości. Mariusz Błaszczak i Sławomir Cenckiewicz na swoim koncie mają akty oskarżenia. Chodzi o sprawę ujawnienia fragmentów planu obronnościowego WARTA, które później Błaszczak pociął, zmanipulował i wykorzystał w szczycie kampanii wyborczej. Aktami oskarżenia, które mają charakter zemsty politycznej. Broni się dziś były minister obrony. A prokuratura pisze wprost. Nie ma prawomocnego skazania, więc te osoby w normalnym demokratycznym państwie uznawane są niewinne. To prawda, ale pytanie, czy do rady nie można było wskazać osób, wobec których nie ma takich podejrzeń jak choćby w przypadku Michała Dworczyka, który też ma na swoim koncie akt oskarżenia. Według prokuratury polityk PiS korzystał z niezabezpieczonej, prywatnej skrzynki do korespondencji służbowej, w tym zawierającej informacje niejawne. Wracamy do rady. W której zasiadają też byli szefowie ABW i SKW. Oni usłyszeli zarzuty w związku z aferą Pegasusa. Sami profesjonaliści. Z uśmiechem na twarzy komentuje polityk PiS-u. A rządzący mówi wprost: to kpina. Można dobrać osoby takie osoby jak pan Macierewicz. Czyli mogłoby być gorzej, chce pan powiedzieć? Tak. Wyobrażam sobie, że w tej radzie mogły być osoby jak pan Macierewicz i pan Misiewicz. Ironizuje senator Kwiatkowski. Który w tym momencie nagrania jeszcze nie wie, że w radzie znalazł się Jerzy Ziarkiewicz. I ten pan też jest w tej radzie. Nie, to już jest niewyobrażalne. Ziarkiewicz za rządów PiS-u stał się symbolem upolitycznienia prokuratury. To on miał regularnie blokować śledztwa dotyczące polityków tej formacji. Przykład? Sprawa kilometrówek Ryszarda Czarneckiego. Część prokuratorskich materiałów w sprawach dotyczących polityków PiS-u była przechowywana w tym służbowym garażu. I to ten człowiek ma teraz doradzać prezydentowi oraz wskazywać zagrożenia dla interesów Polski . Buduje ekipę, która ma zarzuty, oskarżenia. Im to nie przeszkadza. To jest naturalne środowisko. Oni się w tym gronie czują dobrze. Rządzący podejrzewają, że to właśnie ci ludzie mogli mieć wpływ na decyzję prezydenta w sprawie programu SAFE. Odbyłem szereg spotkań i rozmów z ekspertami. Przyznał prezydent, ale konkretnych nazwisk nie podał. Jedno jest pewne: w sprawie SAFE Karol Nawrocki nie posłuchał najważniejszego generała w polskiej armii. Który jednoznacznie opowiedział się za udziałem w Polski w unijnym programie. Nie korzysta z rad sprawdzonych, apolitycznych generałów, tylko otacza się funkcjonariuszami politycznymi. W dodatku z poważnymi zarzutami. To jest 19.30, a dzisiaj jeszcze wśród najważniejszych wiadomości. Sport nie zna barier. Jesteśmy megaszczęśliwi, nie da się tego opisać. Radość, radość, szczęście. Niepełnosprawność to nie przeszkoda. Wracamy na podium medalowe po 8 latach przerwy. Sport jest dostępny dla każdego, wystarczy po prostu chcieć. Cieśnina Ormuz łączy Zatokę Perską z Oceanem Indyjskim. To jeden najważniejszych szlaków żeglugowych na świecie. Tamtędy przepływa duża część światowej produkcji ropy naftowej i skroplonego gazu. Po rozpoczęciu wojny ze Stanami Zjednoczonymi Iran blokuje cieśninę dla tankowców uznawanych za wrogie. Donald Trump proponuje rozwiązanie problemu i stawia warunki sojusznikom NATO. Nie tylko Europa. Z rosnącymi cenami benzyny boryka się cały świat. Chociaż to inni rozpętali wojnę światową, my cierpimy. Problem leży tu, w Cieśninie Ormuz, wąskim pasie wody łączącym Zatokę Perską z Oceanem Indyjskim. Każdego dnia przepływały tędy tankowce transportujące ogromną część światowej ropy naftowej. Od dwóch tygodni cieśnina jest sparaliżowana na skutek wojny rozpoczętej przez Donalda Trumpa. Który właśnie znalazł rozwiązanie problemu. W otwarciu cieśniny ma pomóc koalicja siedmiu państw NATO. Domagam się, aby te kraje przybyły i chroniły swojego terytorium. Ponieważ to stamtąd czerpią energię. I powinny przybyć i pomóc nam w ochronie. A jeśli nie przybędą, muszą liczyć się z konsekwencjami. Podobne żądania Trump stawia Chinom. Chiny pozyskują około 90 procent ropy z Cieśniny Ormuz i byłoby wspaniale, gdyby wspólnie z nami to kontrolowały. Pomożemy im militarnie. "Nie" powiedziały już Japonia, Australia, Wielka Brytania i Niemcy. To nie nasza wojna. Nie my ją rozpoczęliśmy. Chcemy rozwiązań dyplomatycznych i szybkiego jej zakończenia. Bruksela do koalicji nie została zaproszona, ale też ma propozycję. Chodzi o istniejące unijne misje na Morzu Czerwonym: Aspides i Atlanta. Europejscy żołnierze chronią żeglugę w Rogu Afryki między innymi przed somalijskimi piratami. Nie byłoby źle wejść w dialog ze stroną amerykańską o hipotetycznych możliwych przekształceniach tych misji zgodnie z sugestią wysokiej przedstawicielki na czas gdy zapanuje pokój, ale trzeba będzie rozładować te gigantyczne korki, które są po obu stronach cieśniny. Chiny ani nie odmówiły, ani nie przystąpiły do koalicji, choć Donald Trump grozi przełożeniem kwietniowej wizyty w Pekinie. Zamiast tego Chiny ponownie wzywają wszystkie strony do natychmiastowego wstrzymania działań wojskowych i uniknięcia dalszej eskalacji napięć. Ale strony o zakończeniu wojny nie chcą rozmawiać. Iran zapewnia: niektóre statki mogą się czuć bezpieczne. Statki, które wspierają naszych wrogów, nie przepłyną. Ale inne kraje nie powinny cierpieć. Jednym z tych krajów są Indie. W poniedziałek dwa indyjskie tankowce LPG bez problemów przepłynęły przez Cieśninę Ormuz i kierują się do portów macierzystych. Będzie więcej pieniędzy na wsparcie polityki mieszkaniowej. Rząd ma nowe pomysły i ogłasza strategię, którą będzie realizował w najbliższych latach. W budżecie na ten rok razem ze środkami z KPO na budowę i remonty rząd chce przeznaczyć niemal 9 miliardów złotych, a kluczowe jest wsparcie nawet 4 milionów rodzin, które są w tak zwanej luce czynszowej. Na razie to plac budowy. W przyszłym roku na tym osiedlu SIM w Międzyrzecu Podlaskim zamieszka 90 rodzin. Nisko czynszowe mieszkania przeznaczone dla ludzi, którzy chcą mieć swoje lokum w Międzyrzecu, ale którzy nie posiadają zdolności kredytowej. Mieliśmy bardzo duże zainteresowanie, jeżeli chodzi o nabór potencjalnych mieszkańców. Zainteresowanie nie dziwi. Szacuje się, że w całej Polsce nawet 4 miliony rodzin są w tak zwanej luce czynszowej. Zarabiają za dużo, żeby dostać lokal socjalny, ale za mało, żeby kupić mieszkanie na rynku. Na kredyt nas nie stać, a na wynajem niestety tak, tak to niestety wygląda. Przez lata publiczne pieniądze pompowano głównie w programy dopłat do kredytów hipotecznych. Chętnych było dużo, duże były też jednak wzrosty cen mieszkań. Dopłaty do kredytów mieszkaniowych tak naprawdę głównie opłacają się deweloperom i głównie opłacają się bankom. Teraz rząd stawia na budownictwo społeczne. Łącznie z pulą środków z KPO w tym roku na ten cel wyda niemal 9 miliardów złotych. Zakontraktujemy budowę i remonty 18 tysięcy mieszkań. Mowa o 900 lokalizacjach w całym kraju i kilku rodzajach inwestycji. Oferujemy mieszkaniach w SIM-ach, TBS-ach i spółdzielniach z czynszem na poziomie między 15 a 30 złotych. Za wynajem 50-metrowego mieszkania stawka wyniesie maksymalnie półtora tysiąca złotych. Dotychczas lokali na tani wynajem z możliwością wykupu budowanych przez państwo lub gminy przybywało powoli. Flagowy program poprzedniego rządu Mieszkanie Plus nie spełnił oczekiwań. Faktycznie jest to jeden z punktów nielicznych programu Prawa i Sprawiedliwości, który nie zakończył się pełnym sukcesem. Polska od lat w porównaniu z innymi państwami europejskimi wydawała na budownictwo mieszkaniowe, przede wszystkim także społeczne, stosunkowo niewiele. Teraz pieniądze na inwestycje są, do końca roku mają być też przepisy, które uproszczą uwalnianie państwowych gruntów pod budowę bloków. 208 tysięcy kary dla Centralnego Szpitala Klinicznego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. To efekt kontroli dotyczącej pacjentki, która mimo zdiagnozowania poważnej wady płodu nie mogła przeprowadzić w tej placówce aborcji, a w dodatku skierowano ją na leczenie psychiatryczne. Mieliśmy już wszystko przygotowane, czekaliśmy tylko na przyjście na świat naszego dziecka. Rodzice wybrali już imię - Felek. Dopiero w 34. tygodniu ciąży pani Anita dowiedziała, że wady genetyczne dziecka przekreślają jego szansę na normalne życie. Wrodzona łamliwość kości, typ II, śmiertelny. Tylko ona wie, jak dużo kosztowała ją ta decyzja. Wspólnie z mężem zdecydowali się na aborcję. Ale lekarz prowadzący z Centralnego Szpitala Klinicznego w Łodzi odmówił. Kiedy poprosiła o konsultację psychologa, skierowano ją na oddział psychiatryczny. Trzy dni spędziła w izolatce. Została potraktowana przez system jak inkubator, a jej zdanie, jej wola nie zostały w żaden sposób uwzględnione. Kiedy konsylium uznało, że wady płodu stanowią pośrednie zagrożenie także dla jej zdrowia, lekarz zaproponował cesarkę. Dla niego nie było ważne, że dziecko będzie cierpieć, tylko żebym urodziła. Brak udzielenia pomocy, która powinna być pacjentce udzielona. Aborcję zdecydowała się wykonać doktor Gizela Jagielska w szpitalu w Oleśnicy. Zabieg przeprowadzono zgodnie z prawem, co potwierdziła również prokuratura, ale od tego czasu lekarka jest nękana przez skrajnie prawicowe środowiska. Największym problemem była fala hejtu, która się pojawiła. Kontrola NFZ potwierdziła szereg nieprawidłowości w postępowaniu łódzkiego szpitala wobec pacjentki. W efekcie nałożono karę - 208 tysięcy złotych. Mówimy przede wszystkim o naruszeniu prawa pacjentki do informacji oraz prawa do wykonywania świadczeń w sposób należyty. Łódzki szpital w nadesłanym do nas mailu wskazuje, że analizuje treść dokumentu oraz zawarte w nim ustalenia. Nie wyklucza odwołania od decyzji NFZ. Historia z Łodzi jak w soczewce skupia problemy, z którymi mierzą się polskie pacjentki, dlatego pani Anita mówi, że to nie koniec sprawy. Chcemy, żeby osoby, które zgotowały nam to piekło, odpowiedziały za to, chciałabym usłyszeć od nich "przepraszam". Kobieta rozważa pozew cywilny. Srebrny medal w slalomie i brązowy medal w slalomie gigancie to sukces, który cieszy. Ale każdy uczestnik zimowych igrzysk paralimpijskich w Mediolanie i Cortinie jest zwycięzcą. Bo siła sportu to nie tylko medale, ale determinacja, wiara i charakter, a każdy z nich to ma. O walce paralimpijczyków, która jest inspiracją dla każdego z nas. Jest! To sportowi giganci. Michał Gołaś z Kacprem Walasem zdobyli srebro w alpejskim slalomie specjalnym i brąz w slalomie gigancie. Są ludzie, którzy nas wspierają i nam kibicują, i to dodaje nam skrzydeł. Nadal w to nie wierzę. Radość, radość, szczęście. Coś nie do opisania. Michał jest niedowidzący. Kacper to jego przewodnik. Jadą jeden za drugim, komunikują się przez interkom. Dla obu to był paralimpijski debiut, którym udowodnili, że nie ma niemożliwego Rywalizujemy na tych samych obiektach, czego przykładem była trasa w Tofane, to też wynik wysokiego poziomu sportowego, który towarzyszy tym zawodom. W Polsce tylko 1% osób z niepełnosprawnościami uprawia sport. Wśród nich Dariusz Sobczak, który od 16. roku życia porusza się na wózku. Choć powrót do aktywności fizycznej po wypadku nie był łatwy, to udało się. Przejechał rowerem Islandię. Jeździ też na nartach. I udowadnia, że życie z niepełnosprawnością nie jest wyrokiem. To nie jest tak, że sport jest zarezerwowany dla sportowców wyczynowych, dla paraolimpijczyków. To jest grupa, która mnie na przykład inspiruje, ja ich podglądam, ale sport jest dostępny dla każdego, wystarczy po prostu chcieć. Michał Pukocz choruje od dziecka. Przeszedł amputacje nóg. Jest wicemistrzem Polski w wyciskaniu sztangi. Zaczęło się od kibicowania podczas memoriału Kamili Skolimowskiej. Była ławeczka do wyciskania i od samego początku zastanawiałem się, czy iść spróbować. Nie mogłem się zdecydować. Na sam koniec stwierdziłem, że pójdę, spróbuję, może mi się spodoba. Spodobało się i już następnego dnia zaczął trenować. Wyzwaniem są nie tylko podnoszone ciężary, ale też codzienność. Taka sama jak wielu innych osób z niepełnosprawnościami. Jednak wyjść z domu to mama z bratem muszą mnie znieść po tych schodach, bo ja sam nie jestem w stanie się przetransportować. Jego marzeniem - wyjazd na letnie igrzyska paralimpijskie do Los Angeles. Miał półtora promila alkoholu we krwi. Prowadził lekcje. Dzieci zaniepokojone dziwnym i agresywnym zachowaniem nauczyciela opuściły klasę, zgłosiły sprawę dyrekcji szkoły i powiadomiły rodziców. Na miejscu pojawiła się policja. Do skandalu doszło w jednej z zielonogórskich szkół podstawowych. Alkohol i groźby - tak według uczniów miała wyglądać jedna z lekcji w szkole podstawowej w Zielonej Górze. Mój syn przyjaźni się z jednym z chłopców, który uczestniczył w tej lekcji, i informacje od chłopca były przerażające. Bo - jak słyszymy - nauczyciel miał być agresywny, miał wyzywać, a nawet bić uczniów. Ci uciekli z sali lekcyjnej, prosząc o pomoc dyrekcję. Wiedząc, że nauczyciel się źle zachowuje, wzięliśmy nauczyciela na rozmowę. Jednak to dopiero rodzice powiadomili służby, bo władze szkoły miały zwolnić 54-latka do domu. Policjanci przebadali nauczyciela. Okazało się, że mężczyzna miał półtora promila. Sprawa trafiła na biurko kuratorium, które podjęło już odpowiednie kroki. Z jednej strony kontrola doraźna, a z drugiej w przyszłości skierowanie sprawy do wyjaśnienia do rzecznika dyscyplinarnego. Wcześniej nikt nie zgłaszał skarg na nauczyciela. Jednak jeśli relacje uczniów się potwierdzą, to grozi mu nawet areszt. Otrzymał ode mnie dokument, decyzję dyrektora szkoły o zawieszeniu w pełnieniu obowiązków do momentu wyjaśnienia postępowania wyjaśniającego. Każdy sygnał od uczniów o jakimkolwiek niebezpiecznym zachowaniu nauczyciela musi być traktowany poważnie. Brak reakcji oznacza akceptację. Jest to na pewno incydent karygodny. Jeśli faktycznie jest taki jak w opisach. To jest absolutnie niedopuszczalne. Uczniowie zostali objęci pomocą psychologiczną. Kontakt z takim zachowaniem w miejscu, które miało być bezpieczne, stanowi poważne zagrożenie dla psychiki dzieci. Uczniowie dostali negatywny wzorzec. Przyzwolenie na używanie środków psychoaktywnych. Bo skoro ktoś, kto mówi im, jak oni mają żyć, a sam się zachowuje nagannie, to jest pokazywanie tej niekorzystnej drogi. Jutro uczniowie i rodzice mają spotkać z nauczycielami i dyrekcją szkoły. Nie wiemy, co dalej, jako rodzice się zastanawiamy, bo syn dalej ma w planie lekcje z tym nauczycielem za 2 dni i my się zastanawiamy czy te lekcje będą się odbywały. Sprawa jest poważna, bo chodzi o bezpieczeństwo najmłodszych. Chcą wyciąć las, żeby wybudować drogę łączącą Babki i Świątniki w Wielkopolsce. Problem w tym, że nowa trasa ma przebiegać przez Majątek Rogalin. Jego właściciel oraz okoliczni mieszkańcy protestują, bo ich zdaniem inwestycja zaburzy dobro historyczne. Las, który miałby zostać wycięty, jest uwieczniony na słynnym obrazie Jacka Malczewskiego. Czy tylko tam pozostanie? Wyjątkowy i bezcenny, w galerii muzeum pałacu w Rogalinie ten obraz Jacka Malczewskiego ma szczególne miejsce. Wiemy, że namalował go właśnie w Rogalinie i wiemy, że przedstawia rogaliński pejzaż. Pełen symboliki obraz w tumanie sam stał się symbolem lokalnego sporu. To, co widział Jacek Malczewski w Rogalinie i co go zainspirowało, niezmienione przetrwało 130 lat. Teraz na horyzoncie pojawia się widmo zmian, które może spowodować, że ten horyzont przetrwa tylko na płótnie. Las z obrazu wciąż rośnie, ale rosną też obawy, że niedługo zniknie. Powstała więc nowa wersja dzieła. Z dodanymi samochodami, które chce tu puścić zarząd dróg powiatowych. Bo planowana dziesięciokilometrowa droga ma przebiegać przez rogaliński majątek. Rujnując krajobraz, drzewa pomnikowe po drodze, aleje. Nowa trasa ma poprawić dojazd z Poznania do Śremu. Z wykorzystaniem drogi gminnej. Warianty drogi są trzy. Dwa z nich prowadzą przez rogaliński majątek wraz z otaczającym krajobrazem. Budynki mieszkalne pozostają bez zmian, wyburzone zostaną tylko niektóre gospodarcze, ale to takie, które same się rujnują. Majątek w Rogalinie 8 lat temu został uznany przez prezydenta za pomnik historii. Ważny jest każdy element tego miejsca, nie można wartościować, że jakiś element jest bardziej czy mniej cenny. Jest i trzecia opcja, droga ominie historyczne założenia, ale kosztem wycinki 14 hektarów lasu. Te drzewa pamiętają Czartoryskich. Mieszkańcy chcą, by nowa trasa biegła wzdłuż istniejącej już drogi, pomiędzy Babkami a Świątnikami. Nasza koncepcja jest mniej szkodliwa dla środowiska, nie narusza pomnika historii, jest zdecydowanie tańsza. Zmiany wariantu przebiegu drogi już nie ma z uwagi na to, że są wykonane dla trzech wariantów całoroczne inwentaryzacje przyrodnicze. Pozostaje więc trudna sztuka kompromisu, nowa droga ma powstać za cztery lata. Już wszystko wiadomo. Oscary 2026 - rozdane. Na czerwonym dywanie podczas ceremonii w Los Angeles pojawiły się gwiazdy, a wielkim zwycięzcą okazał się film "Jedna bitwa po drugiej". Nas cieszy polski akcent, statuetkę odebrał Maciek Szczerbowski, polski twórca żyjący w Kanadzie, współreżyser krótkometrażowej animacji "Dziewczyna, która płakała perłami". O oscarowych zachwytach i zaskoczeniach. Oscary przypieczętowały triumfalny pochód filmu "Jedna bitwa po drugiej" w tym sezonie nagród. Twórcy produkcji zdobyli sześć statuetek, w tym za najlepszy film, reżyserię i scenariusz adaptowany. To jest film, który jest rodzajem satyry politycznej i opowiada o współczesnej Ameryce, a jak wiadomo, Amerykańska Akademia Filmowa ceni filmy, które bezpośrednio nawiązują do współczesności. Film z rekordową liczbą nominacji "Grzesznicy" zdobył cztery statuetki. Co najmniej jedna z nich przejdzie do historii. Po raz pierwszy Oscara za zdjęcia otrzymała kobieta. A to nasz historyczny moment. Polak z najważniejszą filmową nagrodą. Historia biednego chłopca zakochanego w dziewczynce, której łzy zamieniają się w perły, zdobyła Oscara za najlepszy krótkometrażowy film animowany. Dziękuję Polsce. Choć od lat mieszka w Kanadzie, Szczerbowski podkreśla, że wciąż czuje silną więź z Polską. Ogromne szanse na Oscara miała też kostiumografka Małgosia Turzańska, nominowana za film Hamnet. Statuetkę zdobyła jednak Kate Hawley za Frankensteina. Nie zabrakło też politycznych akcentów. Dziennikarze podkreślają też wysoki poziom tegorocznych filmów. Do jednego z nich muzykę skomponowała Hania Rani. Przede wszystkim "Wartość sentymentalna", która cieszę się, że chociaż tę jedną nagrodę dostała. Stellan Skarsgard też bardzo zasługiwał na nią, ale na wybór Seana Penna nie będę narzekał. Sam aktor był wielkim nieobecnym gali. Jest w Ukrainie. Wczorajsza statuetka jest trzecią w jego karierze. Są też przegrani. Film Wielki Marty z Timothem Chalametem. Dziewięć nominacji. Zero nagród. Wcześniej krytykowano jedną z niefortunnych wypowiedzi, jakie padły z ust aktora. W jednym z wywiadów powiedział, że nie jest fanem opery i baletu, czym wzbudził kontrowersje. Co ciekawe, Chalamet wcześniej zaprosił do promocji filmu gwiazdę baletu - Misty Copeland. Podczas gali zatańczyła do piosenki z Grzeszników, wspierając jego rywala Michaela B. Jordana, który opuścił ceremonią z Oscarem dla najlepszego aktora pierwszoplanowego. W 19.30 to wszystko dzisiaj. Za chwilę na ważne pytania Justyny Dobrosz-Oracz odpowiadać będzie Andrzej Domański, minister finansów i gospodarki. Pytanie Dnia startuje, a ja dziękuję za uwagę. Do zobaczenia.