Srebrny duet - Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek na podium konkursu duetów. Historyczna szansa - Bruksela zatwierdza miliardy dla Polski z programu SAFE, opozycja krzyczy stanowcze "nie". Rosyjski ślad - obywatel Mołdawii zatrzymany podczas próby dywersji na kolei. Kacper Tomasiak na spółkę z Pawłem Wąskiem sięgnęli po srebro w olimpijskim turnieju par. Z serii na serię było lepiej, a na końcu trochę pomogła pogoda, bo finałową serię odwołano, a nasi byli na drugim miejscu i tak już zostało. Jak trafić z formą na igrzyska dokładnie jak w próg na skoczni? Mamy srebrny medal. Pierwszy na igrzyskach konkurs duetów i pierwszy taki medal dla Polski. Super, że udało nam się ten medal we dwójkę wywalczyć. Nie trzeba dodawać, że bardzo się z tego cieszymy i super, że tak wszystko wyszło. Droga na podium była jak najlepszy sportowy thriller. Drugą serię polski duet ukończył na drugiej pozycji. Co tu się dzieje. Co tu się dzieje. Potem nad Predazzo rozpętała się śnieżyca. Przysypany śniegiem, zmarznięty Kacper Tomasiak długo czekał na ostatni skok. I zrobił, co mógł. Nie wiem, czy można było zrobić coś więcej. I gdy już godziliśmy się z przegraną, organizatorzy przerwali trzecią serię. Po skoku Kacpra Tomasiaka zwróciliśmy uwagę na utratę prędkości na rozbiegu. Dlatego uznaliśmy, że kontynuowanie zawodów byłoby niesprawiedliwe. Kibice nie kryli radości. Nie marzyliśmy przed igrzyskami, że zobaczymy tutaj Polaków ze srebrnym medalem. Aura nam sprzyja, bo sprzyja zawsze lepszym, a my dzisiaj naprawdę byliśmy świetni. Choć wyniki naszych skoczków w Pucharze Świata nie dawały nam na igrzyskach dużych szans. To jest właśnie w tym wszystkim niesamowite, jak sport może pisać piękne historie. Wiele razy w tym sezonie mi nie wyszło, byłem załamany, wracając zdenerwowany do domu, nie mogłem nawet myśleć o tym, że tu mogę walczyć o medale. Wierzyli tylko prawdziwi kibice. Może się sezon nie układać, ale w tym momencie zrobiliśmy to. Trenerowi też szacunek wielki. Malkontenci, pozdrawiam was, nie trafiliście. Wspaniałe uczucie. Najmłodszy lider - Kacper debeściak. Srebro w duetach to trzeci medal wywalczony przez Tomasiaka podczas jednych igrzysk. Dotąd dokonały tego tylko Irena Szewińska, Otylia Jędrzejczak i Justyna Kowalczyk. Kacper jest pierwszym mężczyzną, któremu to się udało, drugim przedstawicielem sportów zimowych. Skoki narciarskie nigdy nie miały trzech medali na jednych igrzyskach. Jaka jest waga medali olimpijskich, wie Kamil Stoch. To on jako jeden z pierwszych dowiedział się, że mamy srebro. A to jego reakcja. Przeżywałem ich start na tym samym poziomie emocjonalnym co swoje starty. Super było emocjonować się do samego końca, do ostatniego skoku, a nawet po ostatnim skoku. Dla niego te igrzyska to pożegnanie, Stoch kończy karierę. Równo 8 lat temu obronił złoto w Pjongjangu. Jego olimpijski bilans to cztery medale, w tym trzy złote. Sto lat, sto lat, niech żyje Kamil. Ale co najważniejsze, zostawia po sobie godnych następców. Próba dywersji na kolei, zatrzymany obywatel Mołdawii. Policjanci zauważyli mężczyznę młodego, który chował się pomiędzy wagonami. Doszło do zablokowania trzech wagonów w tym samym składzie, który przewoził olej napędowy. Mogło dojść do katastrofy. I rosyjski trop. Służby rosyjskie bardzo chętnie testują jednorazowych agentów, żeby sprawdzić, jak działają nasze służby. Liczymy się z większym zainteresowaniem dywersantów, których mocodawcy są ze wschodu. Państwa członkowskie UE ostatecznie zatwierdziły plany inwestycyjne w ramach programu SAFE dla kolejnej grupy krajów, w tym także polski plan. Dorota Bawołek jest w Brukseli. Europa od deklaracji przechodzi do czynów i na poważnie rozpoczyna inwestowanie w bezpieczeństwo kontynentu. Do wydania na zbrojenia 19 unijnych państw, którym przyznano środki z Safe, ma w sumie 150 mld euro, czyli 650 mld zł. Najwięcej, prawie 44 mld euro, czyli 180 mld zł, trafi do Polski. Pieniądze będą pochodzić z nisko oprocentowanych pożyczek, tańszych od emisji obligacji Skarbu Państwa. Pożyczkę trzeba będzie spłacić w ciągu 45 lat. Tak korzystnych warunków kredytowych, jak przekonuje minister Domański, Polska nigdy nie otrzymałaby sama, zaciągając kredyt na rynkach finansowych. Oszczędności na programie SAFE mogą sięgnąć nawet 60 mld zł. To są potężne pieniądze, pieniądze, które tak naprawdę są zaoszczędzone dla polskich podatników. Zainwestowanie ponad 80% środków w polskie firmy zbrojeniowe, co planuje polski rząd, ma stworzyć nowe miejsca pracy, uniezależnić nas od zagranicznych dostawców broni i co najważniejsze, zwiększyć nasze bezpieczeństwo. Pieniądze posłużą do wyposażenia polskich żołnierzy, zakupu amunicji, dronów, systemów obrony powietrznej, ochrony infrastruktury krytycznej i przystosowania dróg i kolei do przewożenia wojsk. Pierwsza część środków, ponad 6 mld euro, ma trafić do Polski w połowie marca. Rząd powtarza, że unijna pożyczka w 80% wesprze polski przemysł obronny, a premier wymienia Hutę Stalowa Wola, do której może trafić 20 mld zł. Polska w przemyśle obronnym ma swój potencjał, a nawet eksportowe hity, i jest gdzie wydać unijne miliardy, by hitów było więcej. Jaki może być kaliber bezpieczeństwa made in Poland? Modernizacyjny skok w przyszłość dla wojska, a dla firm kontrakty wielkiego kalibru. Polska będzie miała do wydania prawie 44 mld euro, obecnie to ponad 188 mld zł. 80% tych pieniędzy rząd planuje wydać w polskich firmach zbrojeniowych. Te środki trafią do przemysłu. My jako Polska Grupa Zbrojeniowa i jako polski przemysł oczekujemy, że te pieniądze jak najszybciej będą do naszej dyspozycji. Bo jest o co grać. Tylko dla samej Huty Stalowa Wola z programu SAFE wartość inwestycji przekroczy 20 mld zł. Huta produkuje m.in. wozy bojowe i armatohaubice. To miejsca pracy, które powinny być coraz bardziej atrakcyjne i coraz lepiej płatne - i tego oczekują pracownicy. To gigantyczny zastrzyk finansowy i napęd dla całej branży. Niezależnie, czy mowa o państwowych, czy prywatnych firmach. Mamy szanse uplasować się jako polski przemysł w pierwszej lidze europejskiej. Jeżeli to się nie stanie, oznacza to blokadę dla naszego rozwoju na długie lata. Na zamówienia w ramach programu liczą też mniejsze firmy. Ta wyspecjalizowała się w dronach pionowego startu. To, co się dzieję na Ukrainie, że wiele małych firm jest w tej chwili w grze, jest dostawcą do frontu, mówiąc wprost, gdzie bardzo szybko są w stanie modernizować pewne rozwiązania, dostarczać na front. Polska też powinna zbudować takie kompetencje. Z tego rachunku wynika, że cały tort do podziału pomiędzy polskie firmy jest wart 150 mld zł. A może być znacznie więcej. Polski przemysł ma szansę na duże dostawy dla innych państw, które są w tym programie. Bo na tym polega idea wspólnych zakupów w programie SAFE. Skorzysta polski budżet państwa. To nie będzie tylko pożyczka, to będzie inwestycja. Będzie rosło zatrudnienie. Firmy będą się rozwijać, będą wpływy do budżetu z podatków. Skorzystają też ich dostawcy. To przecież cały łańcuch zależności. Ta radomska fabryka broni będzie zamawiała stal i podzespoły. A kiedy wzrosną zamówienia, także na nowe maszyny, zyska transport. Zwiększone zamówienia na nasze produkty, oznacza to korzyści dla miejsc pracy i dla rozwoju gospodarczego. Polskie firmy są na to gotowe i czekają. W grze są miliardy, a stawką nasze bezpieczeństwo. To jedna z fabryk, która staje teraz przed szansą, by stać się nie tylko polskim, ale i europejskim zapleczem obronnym. Wszystko to się ziści, jeśli swój podpis pod rządową ustawą w sprawie wdrożenia programu SAFE złoży prezydent. Weta na razie nie ma, ale nadal są wątpliwości, a polityczne zaplecze prezydenta głosowało przeciwko ustawie. Rząd musi udowodnić, że program działa, pieniądze są, pracują w Polsce i nie tuczą innych gospodarek. Czy między liczby, argumenty i wskaźniki wciska się polityka? Debata o programie SAFE to już debata o odpowiedzialności politycznej. Chcę wierzyć, że kwestia bezpieczeństwa i racji stanu będzie nadrzędna. Wojsko potrzebuje nowoczesnego sprzętu, powie to dziś każdy żołnierz - podkreśla generał, dowódca sił zbrojnych, dziś senator Mirosław Różański, i nazywa aberracją negowanie unijnego programu i straszenie Niemcami. To jest jeden z mechanizmów, który stworzono po to, żeby przede wszystkim odepchnąć nas od USA, proponowana nam jest Polska pod niemieckim butem. Tu już argumenty nie wystarczają, tu są potrzebne egzorcyzmy. Prezesowi naprawdę się coś odkleiło. Szef polskiej dyplomacji przypomina, że dziś Niemcy są sojusznikiem Polski, a minister Tomczyk mówi wprost: pieniądze z SAFE nie trafią, jak mówi opozycja, głównie do Niemiec i Francji. To po prostu bzdura. Odrzuca też taki zarzut PiS-u: To jest nierealne, żeby to skonsumować w polskim przemyśle zbrojeniowym. Polska nie tylko jest w stanie, ale Polska wyda, i gdybyśmy mieli możliwość posiadania jeszcze dodatkowych 200 mld, też byśmy sobie poradzili. Ma nadzieję, że prezydenta przekona złożona dziś przez senatorów poprawka, by pożyczki z SAFE nie były spłacane z budżetu Ministerstwa Obrony. Przypomina, jak za rządów PiS wyglądało głosowanie w Sejmie, gdy tuż po wybuchu wojny w Ukrainie przyjmowano Ustawę o obronie ojczyzny, a potem jej nowelizacje. Ani jeden poseł nie zagłosował przeciw. Dziś rządzący nie mogą liczyć na opozycję, nawet w kwestiach dla bezpieczeństwa fundamentalnych. Nie ma żadnego usprawiedliwienia. Ze środków SAFE zostanie sfinansowany prawie cały system antydronowy SAN, który ma być najnowocześniejszy w Europie. W obliczu wojny u wschodniego sąsiada szef polskiego rządu jeszcze raz apeluje do opozycji i prezydenta. Zastanówcie się, czy naprawdę chcecie uderzyć w samo serce Polski, w sytuacji kiedy za granicą jest tak okrutna wojna. Takiej zdrady interesów narodowych nikt wam nigdy nie wybaczy. W pół roku PiS zmienił o 180 stopni zdanie w kwestii SAFE. Mariusz Błaszczak jeszcze we wrześniu go zachwalał, dziś nim straszy i twierdzi, że Unia będzie tą pożyczką szantażować Polskę, np. w kwestii migracji. Który Błaszczak jest prawdziwy? I jeden, i drugi. Podobnie konkretnie PiS odpowiada na pytanie, na jaki procent sami zaciągali pożyczkę na sprzęt w Korei. Zróżnicowany. Różny. A dokładnie ponad 6%, dwukrotnie więcej niż pożyczka SAFE. Jutro debata w Senacie, potem wiele w rękach prezydenta. Nie wszystko, bo rząd przygotowuje plan B na wypadek weta. Pojutrze w Waszyngtonie inauguracja Rady Pokoju. Przychylnego stosunku do inicjatywy Donalda Trumpa nie ukrywa prezydent Nawrocki, ale decyzja o przystąpieniu do niej to nie jego kompetencja. Kategorycznie nie życzył sobie sugestii premiera w sprawie lotu do Waszyngtonu i właśnie zdecydował: nie leci. Leci szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz. Co oznacza taka ranga? To od początku była kłopotliwa propozycja. Z kilku powodów. Po pierwsze trafiła także do Putina i Łukaszenki, po drugie, by w Radzie być dłużej niż 3 lata, trzeba zapłacić miliard dolarów, po trzecie, dotyczy nie Ukrainy, lecz Gazy, i po czwarte, decydujący głos ma mieć Donald Trump, nawet gdy nie będzie już prezydentem. Rząd nie przewiduje w tych okolicznościach i warunkach uczestnictwa Polski w Radzie Pokoju. To słowa z dziś, ale niemal identyczne... Polska nie przystąpi do prac Rady ds. Pokoju. ...padły tydzień temu. Pałac Prezydencki najpierw jakby nie słyszał. Rząd formalnie nie przedstawił prezydentowi Polski żadnego formalnego stanowiska. Ale potem, kiedy stało się jasne, że rząd stanowiska nie zmieni, prezydent zaczął sugerować, że jest ono bez znaczenia. Pan premier może swojemu synowi powiedzieć, gdzie może lecieć, czy swoim wnuczkom. Premier nie będzie mówił prezydentowi Polski, gdzie może lecieć, ja mogę lecieć, gdzie chcę. To odpowiedź premiera. Panie Prezydencie, rozumiem strach, rozumiem nerwy, ale od moich wnuczek wara. Nerwy w Pałacu Prezydenckim rządzący tłumaczą m.in. tym zdjęciem z kampanii wyborczej. Prezydent bardzo by chciał odwdzięczyć się swojemu protektorowi Donaldowi Trumpowi. Donald Trump już wcześniej planował zamienić Strefę Gazy w turystyczny kurort. Teraz zdradził, że Rada Pokoju będzie w tym finansowo uczestniczyć i zaangażuje tysiące osób do międzynarodowych sił stabilizacyjnych. PiS niezmiennie za. Uważam, że pan prezydent, Polska powinna być reprezentowana w tych najważniejszych gronach. Ale premier dziś nie pozostawił wątpliwości co do tego, jak ocenia nowe warunki Trumpa. Polska na pewno nie zamierza i nie wyśle polskich żołnierzy do Strefy Gazy. Polska nie jest też zainteresowana finansowaniem przedsięwzięć deweloperskich na terenie Gazy. Godzinę po tej deklaracji rzecznik prezydenta ogłosił, że nie Karol Nawrocki, lecz Marcin Przydacz poleci w czwartek do Waszyngtonu na spotkanie inaugurujące Radę Pokoju. Nie chce zatrzasnąć drzwi i dać jednoznacznej odpowiedzi Donaldowi Trumpowi, dlatego wysyła tam ministra Przydacza. Będzie tam w roli obserwatora. Prezydent nawet nie złożył wniosku do Rady Ministrów o zgodę na przystąpienie do Rady Pokoju. Taki wniosek trzeba uzasadnić, i to nie własnym "chciejstwem", tylko interesem Polek i Polaków. Większość krajów europejskich interesu w uczestnictwie w Radzie Pokoju nie widzi. Przystąpiły do niej tylko Węgry, Albania, Bułgaria i Białoruś. W "19.30" teraz Bejrut i polskie błękitne berety na zielonej linii strefy demarkacyjnej dzielącej miasto od czasów wojny domowej. Są tam w ramach misji pokojowej ONZ i mają zadanie wzmacniania bezpieczeństwa i stabilizacji w południowym Libanie. Zdecydowanie nie trzymając się na uboczu. Dotarła tam Anna Kowalska. Jaka to służba i jakie to wojsko? Służba wymagająca, bo znajdujemy się w jednym z najbardziej niebezpiecznych regionów świata. W ciągu ostatnich dekad miały tu miejsce 4 pełnoskalowe wojny. Polscy żołnierze u boku innych z całego świata pilnują, żeby nie doszło do kolejnej. Jesteśmy w bazie, gdzie polscy żołnierze stacjonują u boku żołnierzy z Irlandii. Walczą ramię w ramię. Formalnie od 2 lat na granicy jest zawieszenie broni, ale na terytorium Libanu spadają izraelskie pociski, bo Tel Awiw chce wykorzenić terrorystów z Hezbollahu. Polski kontyngent w Libanie to 1 z największych kontyngentów na świecie. I 1 z najważniejszych. Główne zadanie: wypatrywać zagrożeń. Polscy żołnierze w Libanie są dosłownie na pierwszej linii frontu. Bez wytchnienia, dzień i noc, z uporem i odwagą obserwują jedno z najbardziej newralgicznych miejsc na świecie. Monitorujemy wszystkie ruchy, które są dookoła w naszym rejonie odpowiedzialności. Szukamy wszystkiego, czego nie powinno tu być. Czyli wojska, grup zorganizowanych czy prób przekroczenia blue line'u. Blue line'u, czyli dosłownie tej niebieskiej linii. To umowna granica między Izraelem a Libanem, która od 50 lat jest stałym źródłem konfliktu. By nie dopuścić do pełnoskalowej wojny, miejsca strzeże misja pokojowa ONZ. Wśród nich 250 Polaków. Chronią ludność cywilną, wspierają lokalne siły zbrojne i przede wszystkim monitorują granicę, patrolując każdy zakątek polskiego sektora. W wymagających górskich warunkach. Zwracamy szczególną uwagę na jakieś niepokojące naruszenia ze strony Izraela czy Hezbollahu. Monitorujemy je i raportujemy przełożonym. Stosunki są zdecydowanie napięte, widać to wśród ludności cywilnej. O tym, w jak ciężkich warunkach pracują polscy żołnierze, świadczą te zniszczenia. To miejsce przy granicy z Izraelem było kiedyś libańskim miastem, ale zostało całkowicie zrównane z ziemią podczas ostatniej wojny Izraela z Hezbollahem w 2024 roku. Wtedy, 1 października, Siły Obronne Izraela wkroczyły do południowego Libanu, by jak mówią, zniszczyć arsenał grożących im terrorystów z Hezbollahu. W wojnie zginęło 4000 osób, a 17 tys. zostało rannych. I chociaż Polscy żołnierze jako część misji pokojowej nie opowiadają się po żadnej ze stron, to znaleźli się w samym centrum ognia. I padli ofiarą ataków. Strona izraelska ostrzeliwała terytorium Libanu. Jeden z pocisków uderzył w opłotowanie, które znajduje się bardzo blisko naszego posterunku, w odległości ok. 10 metrów, w tym czasie jeden żołnierz polski był na wieży, na szczęście nikomu nic się nie stało, został ewakuowany do szpitala. Na pomoc Polaków nieprzerwanie liczą Libańczycy. Lata wojny pozbawiły ich dachu nad głową i źródła dochodu. A żołnierze prowadzą tu też pomoc medyczną i humanitarną. Staramy się pomagać poprzez donacje, pomoc humanitarną, dzięki polskim organizacjom. To dzięki ich pracy udało się m.in. odnowić tę, zniszczoną przez wojnę, szkołę podstawową w Almie. Żołnierze pomogli w remoncie szkoły, szczególnie przy malowaniu. Przeciekał dach, uszkodzone były ściany. Także od eksplozji. Żołnierze przyjechali tu również w trakcie Świąt Bożego Narodzenia i rozdali dzieciom prezenty. Po blisko 50 latach obecności w Libanie ONZ wycofa stąd swoje siły pod koniec 2026 roku. Później bezpieczeństwa ma strzec tu armia libańska. Ale biorąc pod uwagę ogrom potrzeb, polscy żołnierze zostawią po sobie pustkę, którą trudno będzie wypełnić. Z Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Libanie Anna Kowalska. Kilkadziesiąt rakiet, kilkaset dronów. Minionej nocy Rosja wysłała ten arsenał nad ukraińskie miasta. Kreml równocześnie siada do trójstronnych rozmów o pokoju w Genewie, gdzie ruszają dziś dwudniowe negocjacje. Ukraina chce, by Amerykanie zmusili Rosję do pokoju, ale Donald Trump presję wywiera na Kijów. Przy jednym stole delegacje Ukrainy, Rosji i USA. Oczekiwania? Konstruktywna rozmowa. Ale na przełom nikt nie liczy. Im więcej zła przyniesie Rosja, tym trudniej będzie osiągnąć z nią jakiekolwiek porozumienie. Partnerzy muszą to zrozumieć. Nie rozumie amerykański prezydent. Który mówi wprost: Kijów musi szybko dojść do porozumienia z Moskwą. Powiem tylko tyle: Ukraina lepiej niech szybko siada do stołu. Warunkiem pokoju mają być ustępstwa terytorialne. Kreml chce Donbasu. Presję na Kijów wywiera też Waszyngton. I nie zważa, że tydzień przed 4. rocznicą rosyjskiej agresji, tuż przed startem rozmów pokojowych Kreml znów zaatakował Ukrainę setkami dronów i rakietami. Chciałabym wierzyć, że coś się zmieni po spotkaniu, ale nie mam na to wielkiej nadziei. W rosyjskim ataku zginęły co najmniej 3 osoby. Motyw nie jest jeszcze znany, ale wygląda to na akt twardej dywersji. Policja w Puławach ujęła 25-letniego Mołdawianina, który zaciągnął awaryjne hamulce w składzie towarowym jadącym ze Szczecina do Dorohuska. Mężczyzna miał przy sobie rosyjskojęzyczne dokumenty, sprzęt elektroniczny, telefony komórkowe i karty do nich. Stacja Puławy. To tu zatrzymano 25-letniego obywatela Mołdawii. Mężczyzna zaciągnął hamulec ręczny w trzech wagonach pociągu towarowego. Sytuacja była niebezpieczna, mogło dojść do wykolejenia cystern z olejem napędowym. Ładunek miał trafić do Ukrainy. Policjanci zauważyli mężczyznę młodego, który chował się pomiędzy wagonami. Okazało się, że ma wiele kart sim, telefony komórkowe, różnego rodzaju sprzęty elektroniczne. Dodatkowo - dokumenty w języku rosyjskim. Pociąg jechał ze Szczecina do Dorohuska. Ustalono, że mężczyzna prosił wcześniej maszynistę o możliwość przejazdu. Kiedy jej nie dostał, wskoczył niezauważony na jeden z wagonów. Wiemy, że obywatel przekroczył przejście graniczne w Terespolu dzień wcześniej, udawał się w kierunku Dorohuska. Śledztwo trwa. Służby ustalają, czy zatrzymany pracował na czyjeś zlecenie. Zdaniem ekspertów trudno mówić tu o przypadku, bo doskonale wiedział, co robi. To jest akt, który bardzo możliwe, że może mieć znamiona dywersji albo jest sposobem na sprawdzenie odporności naszych służb. Gdyby teoria się potwierdziła, byłby to trzeci akt dywersji na polskiej kolei w ciągu 3 miesięcy. Od początku wojny na Ukrainie liczymy się z większym zainteresowaniem dywersantów, których mocodawcy są ze wschodu. Rok temu w okolicy Puław doszło do zerwania sieci trakcyjnej. Na Mazowszu wysadzono fragment toru kolejowego. Rosjanie bardzo chcą wiedzieć, za jakie sznurki ciągniemy i po jakich nitkach chcemy dojść do kłębka. Zarzuty szpiegostwa i dywersji na terenie Polski dotąd usłyszały 82 osoby. Autokar wiózł pasażerów, w większości Polaków, z Budapesztu do Krakowa, ale podróż zakończyła się przed 4.00 nad ranem w słowackiej Liptowskiej Osadzie. Kierowca z nieznanych powodów zjechał na przeciwległy pas ruchu i zderzył się z ciężarówką wiozącą drewno. Kierowca autokaru zginał, dwie osoby trafiły do szpitala. Liptowska Osada na Słowacji, kilkadziesiąt kilometrów od Polski. To tutaj doszło do tragicznego wypadku. Autokar jadący z Krakowa do Budapesztu zderzył się z ciężarówką przewożącą drewno. Po kolizji stanął w ogniu i doszczętnie spłonął. Jego kierowca nie przeżył. Pośród około 30 osób podróżujących tym autokarem około 1/3 to byli Polacy. Wiemy niestety o śmierci jednego naszego obywatela. Dwie osoby przebywają w szpitalu. Ich stan jest ciężki, ale niezagrażający życiu. Nasi rodacy mogą liczyć na pomoc polskiego konsulatu na Słowacji. Dokładne przyczyny wypadku nie są na razie znane. Dochodzenie prowadzi lokalna policja i prokuratura. Wiadomo, że prowadzący autokar był trzeźwy. Informacja ma być czytelna, w widocznym miejscu, blisko produktu i nie może wprowadzać konsumenta w błąd. Od dziś na sklepowych półkach warzywa i owoce oferowane luzem muszą być oznaczanie flagą państwa pochodzenia. Przepisy wprowadza Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a mają zwiększać konsumencką świadomość na rynku. Ma być prościej i czytelniej. Od dziś przy warzywach i owocach sprzedawanych w sklepach i na targowiskach zobaczymy flagę, która pozwoli szybko zidentyfikować, z jakiego kraju produkty pochodzą. Uważam, że jak najbardziej słusznie. Niektórzy uważają, że to lepsze albo to lepsze, a niektórzy nawet zdecydowanie, że polskie. Konsument może sobie wybrać, co mu bardziej odpowiada, a co nie. Dotąd przepisy nakazywały umieszczenie takiej informacji w formie tekstowej. I to zdaniem organizacji skupiającej sieci handlowe było wystarczające, a wchodzące dziś zmiany to dla sklepów dodatkowe obciążenie. Wyliczyliśmy koszty na poziomie 17 mln zł, z tego tytułu, że wiele sklepów realizuje takie właśnie rozwiązania w sposób elektroniczny, są tzw. etykiety elektroniczne, które dysponują tylko trzema, maksymalnie pięcioma kolorami. Ekonomiści oceniają pomysł pozytywnie, zwłaszcza w przypadku klientów, którzy świadomie wybierają warzywa i owoce polskich producentów, bo biało-czerwona flaga od razu pozwoli rozpoznać produkt rodzimy. Jest to bardzo dobry pomysł. Dzisiaj oznaczenie tych ziemniaków, kapusty, buraków czerwonych, że one pochodzą z upraw lokalnych, ma bardzo duże znaczenie dla samego konsumenta. Koszty zmian nie powinny odbić się na cenach w sklepach. Pytanie, czy spowodują, że Polacy chętniej sięgną po lokalne produkty. W Chinach mają dziś sylwestra. Zaczyna się chiński nowy rok, świętują Chińczycy na całym świecie. Będzie Rokiem Ognistego Konia, który jest symbolem energii, odwagi i pasji. Astrologowie spodziewają się, że przyniesie dynamiczne zmiany w technologii, polityce, nauce i medycynie. To wyjątkowo radosny i pełen świątecznej atmosfery czas. Istotą Chińskiego Nowego Roku są rodzinne spotkania i dobrostan. Jestem wdzięczny, że żyję w czasach pokoju. Możliwość podziwiania tak pięknej scenerii, spotkania z rodziną i wspólny czas to przywilej. Czuję prawdziwą radość. Już za chwilę marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty u Doroty Wysockiej-Schnepf w Pytaniu Dnia. A w "19.30" to wszystko, dziękuję państwu za uwagę i życzę dobrego wieczoru.