Tragedia na Mazurach. Nie żyje 13-latek. 4 osoby zatrzymane. Autem w pieszych. We włoskiej Modenie wśród poszkodowanych Polacy. Sprzeciw policjantów. Nie zgadzają się na upolitycznianie ich działań. Joanna Dunikowska-Paź. Dobry wieczór. Po dramatycznej bójce w gminie Barciany w Warmińsko-Mazurskiem, w której zginął 13-letni chłopiec. Policja zatrzymała 4 dorosłe osoby. Jedna z nich była pijana. Śledczy próbują ustalić, co dokładnie wydarzyło się wczorajszego wieczora w trakcie kłótni między dwiema grupami osób, najprawdopodobniej z tej samej miejscowości. Jedna noc, jedna awantura i dziecko, które nie wróci do domu. To się w głowie nie mieści. Jak zemścić się na takim dzieckiem? Co ono winne? Do tragedii doszło na Mazurach. Nad jeziorem niedaleko wsi Arklity. Z niewyjaśnionych dotąd przyczyn między dwiema grupami osób doszło do bójki. Nad jeziorem miało dojść do awantury między grupą osób, w trakcie której śmierć poniósł 13-latek. Jego ciało znaleziono kilkadziesiąt metrów dalej, w zaroślach. Na miejsce skierowano policję, straż pożarną i medyków. Ponad godzinę walczyli o życie dziecka. Nasze działania polegały na resuscytacji krążeniowo-oddechowej dla zespołu ratownictwa medycznego. W sprawie zatrzymano 4 mężczyzn w wieku od 30 do 43 lat. Najmłodszy z nich miał ponad promil alkoholu w organizmie. Pozostali byli trzeźwi. Zostały przedstawione zarzuty. Decyzja o ewentualne wystąpienie z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie i o tym, jak ostatecznie te zarzuty będą brzmiały, te decyzje zapadną jutro po sekcji zwłok. Aż mnie ciarki przeszły. Szkoda takiego chłopaka. Całe życie miał przed sobą. Śledczy ustalają, co dokładnie stało się nad jeziorem. Nieoficjalnie ofiara została silnie uderzona w głowę. Może doprowadzić do śmierci. Nawet w wyniku tępego urazu głowy może dojść do krwotoku wewnątrzczaszkowego. Przesłuchano już pierwszych świadków. Nadal nie wiadomo, co 13-latek robił wieczorem w towarzystwie dorosłych nad jeziorem i jaki udział w śmierci mają zatrzymani. Takie duże, za przeproszeniem, konie zabiły takiego młodego chłopaka. Znałam jego matkę, jego ojca. Znać go mieli też zatrzymani. Jak wiadomo nieoficjalnie, wszyscy mieszkali w tej samej wsi. Rozpędzony samochód wjechał w pieszych w centrum Modeny na północy Włoch. Wśród ośmiu rannych są cztery osoby z polskiej rodziny. Po uderzeniu w przechodniów kierowca próbował uciekać pieszo, atakując nożem przypadkowe osoby. Włoskie władze poinformowały, że mężczyzna leczył się psychiatrycznie. Kamera monitoringu zarejestrowała, jak samochód wjeżdża w grupę przechodniów. Z relacji naocznych świadków wyłania się makabryczny obraz zdarzenia. Żona widziała, jak ci ludzie wylatują w powietrze, a on kontynuował tę szaleńczą jazdę, samochód obrócił się. Potrącił kolejną osobę, która straciła obie nogi. Skręcił, uderzył w witrynę sklepową, rozbijając ją, i odciął nogi stojącej tam kobiecie. Przygniótł ją prosto do witryny. Jeden z przechodniów zareagował błyskawicznie. Wysiadł z samochodu i kiedy próbowałem pomóc kobiecie ze zmiażdżonymi nogami, uciekł. Więc goniłem go. W tym czasie kilku innych ludzi pobiegło za mną. Goniliśmy go. Zniknął za samochodami, a potem nagle pojawił się z nożem w dłoniach. Chciał dźgnąć mnie dwa razy, raz w serce i raz w głowę. Udało mi się uniknąć jednego z dwóch ciosów, a podczas drugiego złapałem go za nadgarstek i zablokowałem. Luca Signorelli z pomocą trzech innych mężczyzn zatrzymał mężczyznę do czasu przyjazdu policji. Dziękuję obywatelom, którzy go ścigali i schwytali, biorąc pod uwagę, że był również uzbrojony w nóż. Wykazali się odwagą i ogromnym poczuciem obywatelskiego obowiązku. Napastnik to urodzony w Bergamo Salim El Koudri, obywatel Włoch w drugim pokoleniu. W przeszłości leczył się psychiatrycznie. Z tego, co wiemy, chodzi głównie o stan psychiczny, a nie o inne motywy. To tragedia. Jesteśmy z tymi, których to dotknęło. Według włoskich mediów wśród ośmiorga rannych są cztery osoby z polskiej rodziny mieszkającej w pobliskiej miejscowości. Poszkodowanych odwiedzili w szpitalu prezydent Sergio Mattarella i premier Giorgia Meloni, która odwołała wizytę na Cyprze. Oglądają państwo niedzielne wydanie "19.30". Co jeszcze przed nami? Na tropie handlarzy ludźmi. Lądowały Polki w kanale. Były bite, lądowały w burdelach. Kobiety, po których zaginął ślad. Było to pod dywan chowane. Każdy się kogoś boi. Dopóki będę żyć, będę starała się dowiedzieć, co się stało z moją mamą. To historia, która na Camp Nou miała piękny początek, ale już wtedy było jasne, że kiedyś będzie musiała także się zakończyć. Dziś na stadionie Barcelony Robert Lewandowski pożegna się z Dumą Katalonii, która także z polskiego zawodnika może być dumna, bo przez cztery lata bił kolejne rekordy. Przed nami pożegnanie, w trakcie którego na kibiców czekają symboliczne momenty. Co w scenariuszu na dziś jest już jasne, a co może nas zaskoczyć? Z samego serca piłkarskiego miasta Artur Kieruzal. Ten stadion dziś żyje jednym nazwiskiem. Robert Lewandowski. Od kilku godzin przed stadionem gromadzą się tłumy kibiców. Również z Polski i innych krajów świata. Widać koszulki z numerem 9. Transparenty z podziękowaniami. Dziękujemy, Lewy, za przywrócenie nam chwały swoimi golami, szczególnie tymi w El Clasico, i swoją charakterystyczną celebrację. Tysiąc razy dziękujemy za wszystkie radości. To jeden z najlepszych piłkarzy na świecie i myślę, że jego historia jest jedną z najważniejszych historii w świecie futbolu. Jestem wielkim fanem Roberta Lewandowskiego za to, kim jest prywatnie, a dopiero potem cenię go jako piłkarza. Atmosfera jest bardzo emocjonalna. Dla wielu kibiców Lewandowski był symbolem odbudowy Barcelony po trudnym okresie. To z nim klub wrócił do zdobywania trofeów i odzyskał pewność siebie. Po interwencji w mieszkaniu Tomasza Sakiewicza policja pokazuje dokumenty i apeluje, by nie traktować jej jako narzędzie politycznego sporu. Funkcjonariusze tłumaczą, że czynności dotyczyły możliwego zagrożenia życia, dlatego były priorytetowa, a to, co dzieje się wokół interwencji, coraz bardziej przypomina manipulację, dezinformację i szkalowanie policji. Co udało się ustalić na pewno? Czym innym jest kontrola służb, czym innym zorganizowana nagonka - przestrzegają stowarzyszenia policjantów. Ich apel to odpowiedź na to, co spotyka funkcjonariuszy Policjanci to też są ludzie. To są ojcowie, to są synowie. Każdy z nas służy w niebieskim mundurze po to, żeby ratować życie. Tak miało być też na Wiktorskiej w Warszawie, w lokalu, który okazał się domem redaktora naczelnego jednej z prawicowych telewizji. Ale policja wyjaśnia, że interwencja była odpowiedzią na konkretne zgłoszenie. Nie ma znaczenia, jakiego adresu dotyczy, kto jest właścicielem mieszkania. My jako służby musimy reagować wobec wszystkich jednolicie. Policjanci jadący na zgłoszenie nie mogą też wiedzieć, pod jaki adres trafią - zwracają uwagę praktycy. I kogo zastaną za drzwiami. Policjant nie musi oglądać telewizji, nie musi oglądać Telewizji Republika, nie musi znać pana redaktora Sakiewicza, jak również innych dziennikarzy. Tym bardziej że sam garnizon stołeczny realizuje 1700 interwencji dziennie. W weekendy w sezonie wiosenno-letnim - nawet 2200. Każdą trzeba oceniać indywidualnie. Trzeba pamiętać, że ci policjanci byli w Warszawie na służbie adaptacyjnej, czyli oddelegowani z innego miasta. Być może były jakieś błędy, ale Biuro Kontroli w pełni wyjaśni tę sytuację. Ale funkcjonariusze zostali rozpoznani. Ich wizerunki pojawiły się w mediach, ich macierzysty posterunek odwiedzili dziennikarze. Dlatego głos zabrał Związek Zawodowy Policjantów. Funkcjonariusz wykonujący swoje obowiązki Znowu policja jest wtłaczana w jakąś rozgrywkę polityczną. My się na to nie godzimy. Przedstawianie policjantów w takim świetle godzi w wizerunek policji. Policja jest apolityczną formacją i taką powinna pozostać. Jak podkreślają specjaliści, podgrzewanie politycznych emocji może tylko zaszkodzić. Na tym będzie tylko cierpiało społeczeństwo, które będzie potrzebowało pomocy, ale policjanci będą sparaliżowani. Policja ciągle próbuje namierzyć autorów fałszywych zawiadomień. "Traktujemy to z najwyższą powagą" - zapewnia komenda stołeczna. "Będę walczył, żeby jak najwięcej środków szło na modernizację straży granicznej" - to Karol Nawrocki podczas święta pograniczników wczoraj, a dziś przybywa politycznych komentarzy do deklaracji prezydenta. Rządzący pytają, jak słowa mają się do rzeczywistości, w której weto do ustawy wdrażającej SAFE oznaczało czerwone światło dla ponad 7 mld zł także dla Straży Granicznej. Był taki szmer zdziwienia. Tak zareagowali uczestnicy obchodów Święta Straży Granicznej, po tym jak prezydent Karol Nawrocki złożył tę deklarację. Tak, potrzebujemy i będę walczył, żeby jak najwięcej środków szło na modernizację Straży Granicznej. Wyjątkowa obłuda. Odpowiada senator koalicji rządzącej, który brał wczoraj udział w obchodach. Przecież właśnie przez weto prezydenta tych pieniędzy dla Służby Granicznej nie ma. I niezależnie od tego, jak głośno będzie krzyczał Karol Nawrocki... Czołem, funkcjonariusze! ...to choć wypowiedziane znacznie ciszej, te słowa prezydenta wciąż są w pamięci rządzących. Nie podpiszę ustawy. Prezydent zawetował ustawę wdrażającą program SAFE. To w tej ustawie rządzący zapisali, że ze 180 mld zł unijnej pożyczki dla Polski ponad 7 mld złotych trafi do Policji, Służby Ochrony Państwa i Straży Granicznej. Ale podczas tych uroczystości Karol Nawrocki o tym nie wspomniał. Zawsze będę stał murem za mundurem Straży Granicznej. Trudno to inaczej określić niż fałsz, obłuda i kłamstwo. Bo z jednej strony prezydent robi sobie takie zdjęcia na tle funkcjonariuszy Straży Granicznej, a z drugiej wetem mówi "nie" dla inwestycji w system nadzoru i neutralizacji zagrożeń na granicy, dla nowej floty patrolowej i dla nowoczesnych wyposażeń osobistych funkcjonariuszy. Co ważne - pieniądze udało się uratować. Minister Kierwiński z wicepremierem Kosiniakiem-Kamyszem ostatnio ogłosili, że będzie rozporządzenie, które będzie wspierać Straż Graniczną. Ale trzeba to było robić bajpasem tak zwanym. No tak, przez prezydenta. Mimo weta prezydenta rząd znalazł pomysł, jak sfinansować służby podlegające MSWiA. Nie powtrzymają trudności, żadne weta, które mają utrudnić nam budowę silnej i bezpiecznej Polski. Rządowy plan opiera się w głównej mierze na rozporządzeniu, które ma być gotowe w przyszłym tygodniu. Nie oznacza to jednak, że służby podległe MSWiA nie odczuły konsekwencji prezydenckiego weta - słyszymy. My moglibyśmy być zdecydowanie dalej. Mówią rządzący, a politycy PiS-u tak odpierają zarzuty. Z jednej weto, a z drugiej strony przemówienie do Straży Granicznej. To jest zupełnie naiwna teza. Prezydent wetując niekorzystną ustawę, przedstawił swój program finansowania sił zbrojnych. Oparty na zyskach Narodowego Banku Polskiego. Ta konferencja pana prezydenta i pana Glapińskiego oszukała polskich żołnierzy, bo miały być pieniądze, a ich nie ma. NBP za 2025 rok nie ma zysków, ma za to rekordowe 36 mld zł straty. Jak nie ma pieniędzy, to nie ma z czego wydawać. Dlatego o prezydenckim projekcie rządzący mówią "SAFE zero konkretów i pieniędzy". Rośnie populistyczna Alternatywa dla Niemiec. Na tyle, że jeśli wierzyć sondażom, już niedługo mogłaby przynajmniej w jednym z niemieckich landów rządzić nawet samodzielnie. Alternatywa dla Niemiec to pierwsza od czasów II wojny światowej partia skrajnej prawicy w Niemczech, która ma tak wysokie poparcie. Wcześniej były radykalne partie, ale żadna nie była tak wpływowa jak AfD dziś. Najnowszy sondaż daje jej 29% poparcia i pierwsze miejsce. Chadecja plasuje się na drugim - z 22 procentami. Te wyniki są tak oszałamiające, że aż trudno w to uwierzyć. Bierze się to także stąd, że rząd popełnia tak wiele błędów, że ludzie chcą rządów partii opozycyjnej. Wybory do niemieckiego parlamentu dopiero za trzy lata, a w tym roku lokalne: w Meklemburgii Pomorzu-Przednim, Berlinie i w Saksonii-Anhalt. Tu AfD, według sondaży, może uzyskać nawet 42%. Niewiele więcej potrzebuje, by w tym landzie samodzielnie rządzić. Nie mogę tego zrozumieć, ale niektórzy mówią: pozwólcie AfD rządzić i zobaczycie, że sobie nie poradzą. Ludzie myślą, że będzie lepiej, ale nic się nie zmieni. AfD chce reaktywacji Nord Streamu. Polityk tej partii domaga się też od Polski reparacji za - jak pisze - współudział w jego wysadzeniu. Działacze partii opowiadają się za dialogiem z Rosją, co przekonuje niejednego, by na nią głosować czy nawet wstąpić do jej szeregów. AfD była jedyną partią, która powiedziała: Nie! Żadnej broni dla Ukrainy! Pokój z Rosją! Doradca Putina nie kryje zadowolenia z wysokich notowań AfD w Meklemburgii Pomorzu-Przednim, którymi chwali się liderka partii Alice Weidel. Ta sama, która odmówiła używania polskiej nazwy miejscowości, z której pochodziła jej rodzina. A skoro jesteśmy przy historii, to warto wspomnieć, że posłowie tej partii jako jedyni nie poparli uchwały dotyczącej budowy stałego pomnika polskich ofiar wojny. Większość wstrzymała się od głosu. Wielu obserwatorom przypomina to słowa jednego z działaczy partii sprzed lat, który stwierdził, że Hitler i naziści to tylko ptasi kleks na historii Niemiec. Pani Sandra od 30 lat czeka na swoją mamę. Kobieta wyjechała do Belgii. Miała się tam opiekować dziećmi i zarobić na utrzymanie własnej rodziny. Ale nigdy nie wróciła. A wiele na to wskazuje, że padła ofiarą handlu kobietami zmuszanymi do prostytucji. Tą sprawą zainteresowali się dziennikarze "Magazynu Ekspresu Reporterów". Wyjeżdżały na Zachód po lepsze życie. Miały pracować jako opiekunki albo kelnerki. Trafiały do tzw. belgijskich kafejek, które były bramą do prostytucji i handlu ludźmi. K***, nie będziesz roznosiła tych drinków. Będziesz siedziała z klientami. Dostałam wytyczne, że czasem mogę być obmacana. I wtedy zawalił się mój świat. Polski paszport. Brak pieniędzy. Chęć zarobku. To łączyło ofiary. Jedną z nich może być Izabella. Jej córka, Sandra Żukowska, szuka matki od prawie trzech dekad. Dopóki będę żyć, będę starała się dowiedzieć, co się stało z moją mamą. Jest to otwarta rana, która jest od kiedy żyję. Telefon w środku nocy. Informacja, że zostały oszukane i wyrzucone na ulicę. To ostatni sygnał od Izabelli sprzed 27 lat. Po nagłośnieniu sprawy przez dziennikarzy TVP zaczęli zgłaszać się świadkowie. Cztery lata temu widziałam ją, jak spacerowała pod sklepem. Jestem pewna, że to była ona. Oraz kobiety, które również padły ofiarą handlu ludźmi. Po wielu ślad zaginął. Było to pod dywan chowane. Każdy się kogoś boi. O ćwiartowaniu dziewczyn, zabijaniu, wrzucaniu do rzeki. Lądowały Polki w kanale, były bite, lądowały w burdelach. Dziennikarze TVP razem z Sandrą pojechali do Belgii szukać Izabelli. Mieliśmy okazję porozmawiać z jednym z właścicieli kafejek i powiedział, że co tydzień przyjeżdżały 2-3 dziewczyny z Polski. Szokuje też znieczulica służb, tam i tutaj na miejscu. Sprawa nie była dobrze prowadzona. Piekło kobietom tworzyły inne kobiety, które sprzedawały swoje koleżanki za kilkaset euro. Częścią kafejek zarządzały Polki. Naprawdę nie chce mi się żyć. Jakby pani tak córka zaginęła, też by pani szukała. Czy wy, kobiety, tego nie rozumiecie? Mimo dziesiątek rozmów i miesięcy śledztwa Izabelli nie udało się odnaleźć. Jeżeli miałaby inne życie i nie chciałaby tego zmieniać, to wystarczy mi jedno spotkanie. To jej największe marzenie. Jeśli pani Izabella gdziekolwiek słyszy te słowa, ktoś wciąż czeka na kontakt. Nawet anonimowy. Pojawiają się coraz bliżej gospodarstw, atakują zwierzęta, niszczą zagrody. Wilki na Warmii i Mazurach pojawiają się coraz częściej i dla okolicznych mieszkańców bywają naprawdę groźne. Cztery gminy otrzymały zgodę na płoszenie drapieżników. Czy to rozwiąże problem? Marcin Złomańczuk hoduje krowy. Kilka dni temu jedna z nich padła łupem wilków. Ja to bym widział, by je mocno odstraszać lub odstrzelić od czasu do czasu. Za takie straty hodowcy dostają odszkodowania. Jednak by uniknąć takich ataków, te cztery gminy na Mazurach dostały zgody na umyślne płoszenie wilków. Nie chciałbym wywoływać przysłowiowego wilka z lasu, ale ludzie nie mogą czuć się zagrożeni. Moją powinnością jako wójta, gospodarza gminy Odstraszanie wilków zakłada użycie m.in. rac i pistoletów hukowych. Skorzystamy z usług kół łowieckich, które są na naszym terenie. Bardziej skuteczne niż hukowa broń są pociski gumowe. One niosą element bólu z perspektywy wilka, sprawdzają się lepiej. Wilki to jedne z najbardziej inteligentnych ssaków. Ich liczba w ostatnich latach wzrosła u nas z 500 do kilku tysięcy dzięki ścisłej ochronie. Mieszkający w Puszczy Białowieskiej Adam Wajrak od lat przekonuje, że te drapieżniki są kluczowym elementem ekosystemu. Te zwierzęta absolutnie nie są groźne dla życia i zdrowia ludzi. To jest nasza wyobraźnia, strach napędzany przez myśliwych, niektórych polityków. Dyrekcja Ochrony Środowiska, która wydaje zgody na odstraszanie, podkreśla, że najlepszy sposób na wilki to przede wszystkim zabezpieczenie zwierząt gospodarskich. By odpady, które powstają, nie były dla zwierząt dzikich dostępne, by zwierząt dzikich nie zwabiać. Bo wilki, chociaż groźne dla zwierząt gospodarskich, dzikiej przyrodzie przywracają równowagę i biologiczną różnorodność. We Wrocławiu Dolnośląski Rajd z Klasą. Dziesiątki eleganckich motocyklistów przejechało ulicami miasta, by wesprzeć badania profilaktyczne mężczyzn. I ta wrocławska parada z klasą jest częścią wyjątkowej globalnej akcji. Cel tej podróży to nie tylko dojazd z punktu A do punktu B. Uczestnicy Dolnośląskiego Rajdu z Klasą od 10 lat chcą w taki sposób zachęcić mężczyzn do dbania o swoje zdrowie i fizyczne, i psychiczne. Bo liczby pokazują, że ciągle nie chcemy regularnie badać prostaty czy jąder pod kątem nowotworu. Często zdarza się tak, że pacjenci czekają np. 6 miesięcy, 8. Mój rekordzista czekał 15 miesięcy, obserwując zmianę, która ostatecznie osiągnęła gigantyczne rozmiary. Według danych NFZ 61% mężczyzn nigdy nie było u urologa, a statystyki pokazują, że rak prostaty jest najczęściej diagnozowanym męskim nowotworem. Mężczyzna częściej robi przegląd techniczny swojemu samochodowi niż samemu sobie, więc taka okazja jak dzisiaj jest doskonałym momentem, żeby mogli z mężczyznami porozmawiać. I zbadać, bo na miejscu można było dziś zrobić USG jąder czy badania krwi pod kątem raka prostaty. Z tej możliwości postanowił skorzystać pan Jakub. Pierwszy raz w życiu. Nie robię czegoś takiego na co dzień, bo nie ma czasu na takie rzeczy. Wiem, że to brzmi głupio brzmi, ale jest zamieszanie, praca, inne rzeczy. Nie ma kiedy. Organizatorzy dzisiejszego rajdu zorganizowanego w ramach globalnej kampanii The Distinguished Gentleman's Ride, która odbywa się w wielu miastach świata, zwracają uwagę, że niski odsetek dbających o profilaktykę zdrowia fizycznego to wśród mężczyzn niejedyny problem. Niestety bardzo dużym problemem są też samobójstwa, które dotykają grupę mężczyzn najliczniej, także u nas w kraju. Statystyki w tej kwestii są porażające. Każdego dnia w Polsce odbiera sobie życie 13 osób, z czego 11 to mężczyźni. Dzisiejsze spotkanie było okazją do rozmowy także o zdrowiu psychicznym, bo na co dzień panowie rzadko dzielą się ze sobą tymi problemami. Ja coś zacznę gadać i w połowie jest pauza i zmiana tematu. Nie mówi się o czymś takim, nie? Ci eleganccy dżentelmeni pokazują, że można to zmienić. To jest bardzo męskie dbać o siebie i bardzo męskie, żeby otwarcie rozmawiać o problemach zdrowotnych, a jeżeli się tylko jakieś niepokojące objawy pojawią, to należy udać się do specjalisty. Choć w austriackiej stolicy to Bułgaria muzycznie triumfowała, my także mamy swój warty odnotowania sukces. Alicja Szemplińska na Eurowizji zachwyciła sędziowskie grono, a jej utwór "Pray" zanotował najlepszy wynik jurorski w obecnej erze eurowizyjnego głosowania. O emocjach, zaskoczeniach i muzycznej historii, której nowy rozdział napisał się minionej nocy - Mateusz Jędraś. Wczoraj w Wiedniu wzniosła się na wokalne wyżyny. Dziś wróciła. W Warszawie spotkało ją gorące powitanie. Choć nie wygrała, to entuzjazm zasłużony. W głosowaniu jury Eurowizji Polska osiągnęła historyczny sukces. Ja się nie spodziewałam żadnych dwunastek, a tutaj tyle razy. Dziękuję bardzo. Utwór Alicji od jurorów otrzymał 133 punkty, w tym czterokrotnie otrzymaliśmy maksymalną liczbę punktów, od Niemiec, Austrii, Belgii i Mołdawii. Ostatnim razem usłyszeliśmy w 2003 roku po występie Ich Troje. Choć piosenki "Pray" telewidzowie nie docenili tak bardzo, przyznając nam zaledwie 17 punkt, to 12. miejsce Alicji Szemplińskiej możemy uznawać za duży sukces. Jestem zachwycony, bardzo dumny z Alicji, bo Polska pierwszy raz pokazała się z tak nowoczesnej, zupełnie innej strony niż do tej pory. Podjęliśmy ogromne ryzyko i moim zdaniem to ryzyko się opłaciło. Wysłaliśmy utwór trochę trudniejszy w odbiorze, przez to od widzów jest mniej punktów, ale jury doceniło oryginalność piosenki i występu. Jako jeden z nielicznych krajów pokazaliśmy tutaj historię na scenie. Opowiedzieliśmy historię, fabułę, mieliśmy przesłanie. To nie był występ, który polegał tylko na efektach specjalnych. Historię napisało też życie Alicji, która 6 lat temu miała wystąpić w odwołanej przez pandemię Eurowizji. W ogóle się tego nie spodziewałam, ale zaczęłam płakać w trakcie mojego występu, bo tak bardzo mnie to wzruszyło, że tutaj jestem i to się wreszcie udało. To był taki moment, który będę pamiętać do końca mojego życia. Eurowizja w Wiedniu przyniosła wiele pamiętnych momentów. Po raz pierwszy w historii wygrała Bułgaria, która zaskakująco pokonała głównych faworytów. Utwór "Bangaranga" porwał zarówno jury, jak i widzów swoją świeżością. Ostatnie 2 lata wygrywały utwory dość pompatyczne, bardzo orkiestralne. Z nutą opery, z nutą klasyki. Skoczna i energetyczna "Bangaranga" wygrała oba głosowania: jury i telewidzów. I to Bułgaria będzie gospodarzem kolejnej Eurowizji. Polska natomiast udowodniła, że potrafi zachwycić jurorów i zaprezentować widowisko na najwyższym światowym poziomie. Dziękuję Państwu za niedzielne spotkanie i polecam rozmowę Aleksandry Pawlickiej z wiceministrem spraw zagranicznych Marcinem Bosackim w "Pytaniu dnia". Spokojnego wieczoru. Do zobaczenia.