Rozbrajanie ETS - Polska chce zmiany unijnej polityki klimatycznej. Niepewny sojusz - Trump gani NATO za brak pomocy w Iranie. Biznesowa odwaga - polskie firmy w natarciu na niemieckim rynku. Zbigniew Łuczyński, dobry wieczór. Spór o polską energetykę. Prezydent mówi o rosnących kosztach energii i zagrożeniach dla przemysłu. Rząd zapowiada zmiany, przedstawia nowy plan na energetykę i wystosowuje "twardy manifest" w sprawie ETS, z którym jedzie do Brukseli. Bo choć całkowite wyjście z ETS nie jest możliwe, to bilion złotych, który w ciągu 10 lat ma wzmocnić i rozbudować ten sektor, robi wrażenie. Bilion złotych. Dokładnie tyle Polska chce przeznaczyć na inwestycje w energetykę w ciągu najbliżej dekady. Polska to dzisiaj największy w Europie plac energetycznej budowy. Bo jak przyznają rządzący, w tym obszarze nie można oszczędzać. Słowa "bezpieczeństwo" i "energia" znaczą dzisiaj praktycznie to samo, a to oznacza gigantyczne środki na odnawialne źródła energii, magazyny energii czy energetykę jądrową. Będziemy wytwarzać energię na swoim terytorium, swoimi technologiami. Nie będzie tu nikogo, kto może nam zakręcić kurek. Polska więc będzie mniej narażona na wstrząsy na światowych rynkach energii. Transformacja energetyczna to dzisiaj transformacja inwestycyjna, wielkie środki, wielkie nakłady finansowe, w celu - później - niższych cen prądu i stabilnych dostaw. Do wielkich inwestycji dochodzi jeszcze to. Bardzo twardy manifest. Który rząd kieruje do Komisji Europejskiej. Tu chodzi o system ETS. Upraszczając: firmy, które emitują CO2, takie jak elektrociepłownie czy fabryki, muszą mieć bilet na każdą tonę zanieczyszczeń. Im więcej emitują, tym więcej biletów muszą kupić. I tu pojawia się realny problem. Biletów, tych uprawnień, z czasem będzie coraz mniej, one będą coraz droższe. A to oznacza zagrożenie dla konkurencyjności polskiego przemysłu. Dlatego premier wspólnie z tymi państwami zwracają się do Unii z żądaniem. Aby możliwa była kontynuacja darmowych uprawnień do emisji dla przemysłu polskiego. I gdy premier mówi o konkretnych działaniach, były premier z PiS-u w tym samym czasie narzeka. Obecny premier nie robi nic, żeby walczyć z tym złym systemem. ETS to jest testament PiS-u dla Polaków. To jest rząd Morawieckiego i to jest pan Czarnek, który był w rządzie Morawieckiego. Ale o tym kandydat na premiera z PiS-u teraz nie wspomina. Precz z ETS-em. Przy okazji rzucając hasła bez pokrycia. Wychodzimy z ETS-u. Polska może wyjść z ETS tylko w jednej sytuacji: wychodząc z Unii Europejskiej. Ocenia ekspert, co potwierdza, uwaga, były premier z PiS-u. Wyjście z ETS nie jest możliwe w prawie europejskim, to proponują ci, którzy nie mają wiedzy, albo mają złą wolę w tej kwestii. Rządzący nie mają wątpliwości: w PiS-ie fakty o ETS się nie liczą. Warunkowość w KPO i ETS to jest przecież ekipa Mateusza Morawieckiego. Ale oni mówią, że teraz niczego nie będzie już. Ale jak rządzili, to było. A kto był w rządzie - Przemysław Czarnek. W tym samym rządzie był też jako wiceminister aktywów Janusz Kowalski. Jak to jest z tym ETS? Można to jednostronnie wypowiedzieć czy nie można wypowiedzieć? Oczywiście, że można. To czemu Mateusz Morawiecki tego nie zrobił? Starał się. Ale widocznie niewystarczająco. Za rządów PiS-u Ziobryści chcieli zawieszenia funkcjonowania w Polsce systemu ETS. I co? Mnie wydaje się, że pana pan Mateusz Morawiecki nie chciał słuchać. - Kogo? - No pana. To już nie do mnie ocena. Projekt ustawy posłów Solidarnej Polski skończył w sejmowej zamrażarce Elżbiety Witek z PiS-u. Sojusznicy z NATO w ogniu krytyki prezydenta Donalda Trumpa. Powód to odmowa udziału w operacji wojskowej przeciwko Iranowi. Według prezydenta "USA wydają setki miliardów dolarów, by chronić właśnie te państwa, a one teraz odmawiają wsparcia". Amerykański prezydent jednocześnie dodaje: "Nie potrzebujemy niczyjej pomocy". O kryzysie w relacjach USA z NATO i możliwych scenariuszach. Apel Donalda Trumpa o wojskową pomoc w odblokowaniu szlaku dla tankowców na Bliskim Wschodzie nie spotkał się z entuzjazmem europejskich przywódców. Nie jesteśmy częścią tego konfliktu, nie weźmiemy udziału w operacji w Cieśninie Ormuz. Nie damy się wciągnąć w szerszy konflikt zbrojny. Sami Amerykanie nie są pewni, co chcą w Iranie osiągnąć, dlatego też trudno się dziwić, że europejska odpowiedź w tej chwili jest bardzo zimna. To, jak twierdzi republikański senator Lindsay Graham, miało wręcz rozwścieczyć Trumpa. Amerykański prezydent uderza więc w cały Pakt Północnoatlantycki. NATO popełnia bardzo głupi błąd. Zawsze mówiłem, że nie możemy na nich liczyć. To był bardzo ważny test. Zdaniem Trumpa test niezaliczony. Choć NATO jest sojuszem obronnym, a terytorium USA nie było zaatakowane i USA nie uruchomiły artykułu piątego. A to nie pierwsze lekceważenie sojuszników przez Trumpa, który niedawno tak mówił o wielonarodowych misjach w Iraku i Afganistanie. Zrobili to i trzymali się nieco z tyłu, poza frontem. Jeszcze niedawno polscy żołnierze, czy też europejscy żołnierze, byli tchórzami z drugiej linii, którzy nic nie robili, a teraz nagle się okazuje, że ten potencjał jest potrzebny, bo inaczej nie da się powstrzymać Iranu. Dziś Trump narzeka na postawę krajów NATO. I nie wyklucza opuszczenia paktu. Pomagamy wielu krajom, a kiedy one nam nie pomagają, to z pewnością jest to coś, nad czym powinniśmy się zastanowić. Nie potrzebuję Kongresu, aby podjąć tę decyzję. Wbrew temu, co mówi Trump, nie jest to takie proste. To amerykańska ustawa o autoryzacji obrony narodowej. Zgodnie z jej zapisami opuszczenie Sojuszu północnoatlantyckiego przez USA wymaga zgody 2/3 Senatu lub ustawy Kongresu. Nie ma NATO bez USA i nie ma też potęgi, mocarstwa, jakim są USA, bez ich udziału w NATO. Terytorium Europy jest dla USA ważne. W zapowiedzi Trumpa nie wierzy też generał Stanisław Koziej. Ja myślę, że USA nie wyjdą z NATO, natomiast będą maksymalnie redukować swoje zaangażowanie tutaj w Europie. Wydajemy biliony dolarów na NATO. Trump podkreśla, że siła paktu to głównie wydatki Pentagonu - także na amerykańskie siły w Polsce. Dziś Waszyngton zapewnia, że nie rozważa ich wycofania lub zmniejszenia kontyngentu. Dwie brygady pancerne, które mamy w Europie, są kluczowe dla obecnych funkcji odstraszania. Powiedziałbym też, że one pomagają, by nasi sojusznicy szybciej wzięli na siebie ciężar. W Polsce stacjonuje około 10 tys. amerykańskich żołnierzy. Podczas gdy Donald Trump mówi o sukcesie, krytykuje sojuszników NATO i mówi o zakończeniu konfliktu "w niedalekiej przyszłości", rakiety i drony z Iranu atakują w rejonie Zatoki Perskiej. Ich cel to także Izrael, gdzie w odwecie rakiety spadły na Tel Awiw. Izrael z kolei informuje o zabiciu ważnego irańskiego ministra. Gdy tylko pojawia się okazja, izraelskie wojsko ma atakować i zabijać czołowych przedstawicieli irańskiego reżimu. Bez względu na okoliczności. To ostatni cel - minister wywiadu. Miał zginąć. Podobnie jak dzień wcześniej dowódca bojówek Basidżi i szef bezpieki Ali Laridżani. Filar irańskiej polityki. W Teheranie trwał ich pogrzeb, gdy o udanej operacji poinformował minister obrony Izraela. Upoważniliśmy armię do neutralizacji każdego wysokiego rangą irańskiego urzędnika, bez potrzeby dodatkowej zgody. Będziemy nadal celować i polować na wszystkich. Nie wiem, dlaczego Amerykanie i Izraelczycy wciąż nie rozumieją jednego. System polityczny w Iranie jest bardzo solidną strukturą. Brak jednej osoby na nią nie wpływa. System nadal działa i natychmiast zapewnia zastępstwo. Co widać na irańskich ulicach, gdzie wciąż reżim rządzi. I wciąż jest też zdolny do atakowania. To skutki odwetowego uderzenia na Tel Awiw. Iran użył pocisków balistycznych z głowicami kasetowymi. Dwie osoby zginęły. A w całym kraju blisko 200 zostało rannych. Według dziennika "Wall Street Journal" Teheran w takich atakach wspiera Moskwa. Miała dostarczać Iranowi zdjęcia satelitarne i ulepszone technologie dronowe. Kreml tradycyjnie zaprzeczył. A Biały Dom woli podkreślać swoją militarną siłę. Armia USA dysponuje ogromnymi możliwościami, co mogliście zaobserwować w ciągu ostatnich 18 dni. Nadal ma asy w rękawie. To ma być jeden z nich - ponad dwutonowe bomby penetrujące, zaprojektowane tak, by uderzać w cele głęboko pod ziemią. Za ich pomocą Amerykanie chcą odblokować Cieśninę Ormuz. Bomby zrzucili na irańskie wyrzutnie rakiet i składy pocisków w jej pobliżu. Wraz z Izraelem USA zaatakowały też największe złoże gazu na świecie. To irańska rafineria w Bandar Kangan. Z kolei Tel Awiw zbombardował dziś centrum libańskiej stolicy. Twierdzi, że w podziemiu tego budynku irański sojusznik - Hezbollah - przechowywał miliony dolarów na swoją działalność. Według ONZ ataki Izraela na budynki mieszkalne i cywilną infrastrukturę w Libanie mogą być uznane za zbrodnie wojenne. Blokada Cieśniny Ormuz to nie tylko widmo wyższych cen paliw. Problemem okazuje się także transport nawozów azotowych i surowców do ich produkcji. Niemal 30% światowego eksportu przepływa przez kluczową cieśninę. Ceny nawozów idą gwałtownie w górę. Czy wiosna w rolnictwie oznacza kryzys w dostępności nawozów? Loteria - tak jednym słowem rolnicy opisują swoją obecną sytuację. Ponosimy koszty, a nie wiadomo, czy będziemy mieli zysk, czy dołożymy jeszcze do tego interesu. Tomasz Rosiński spod Nasielska, na Mazowszu, jeszcze jesienią zaopatrzył się w nawozy niezbędne w gospodarstwie. Ale inni rolnicy, którzy zaplanowali zakup na wiosnę, mają z tym poważne problemy. Wojna na Bliskim Wschodzie wywołała panikę na rynku. Nawozów brakuje lub drastycznie podrożały. I tak byliśmy już na produkcji roślinnej na minusie, a nie wiadomo, jakie będą plony, jaka będzie cena. Czekamy od ministerstwa rolnictwa na jakieś systemowe rozwiązania. Rząd postanowił te kwestie poruszyć na szczeblu europejskim. Spotkanie unijnych ministrów rolnictwa odbędzie się w najbliższy poniedziałek. Będę zgłaszał wniosek o zgodę na udzielanie pomocy rolnikom ze względu na nowy kryzys, który dotyka rolnictwo. Kryzys wywołany m.in. blokadą Cieśniny Ormuz. Tankowce transportujące niezbędny do produkcji nawozów skroplony gaz LNG utknęły w Zatoce Perskiej. I chociaż nie ma tam jednostek, które dostarczają surowiec do naszych zakładów, np. do Grupy Azoty, to i tak sytuacja jest bardzo trudna. Staramy się tak dostosować i ceny, i podaż naszych nawozów, żeby nie wprowadzać dodatkowych napięć na polskim rynku. Eksperci podkreślają, że konsekwencji zawirowań na rynku nie odczujemy od razu, więc nie należy się spodziewać wzrostu cen żywności w najbliższych tygodniach. Ale jesienią lub przyszłą wiosną kryzys nawozowy może uderzyć nas po kieszeni. Rolnik jest jednym z elementów produkcji w łańcuchu żywności. Bo trzeba pamiętać, że to są koszty transportu, koszty opakowań, do tego też potrzebna jest ropa, cała logistyka. A to są kolejne obciążenia finansowe. Wojna tocząca się na Bliskim Wschodzie ma bezpośredni wpływ na to, co się dzieje tutaj, na polskiej wsi. Czym dłużej będzie trwał ten konflikt, tym większe prawdopodobieństwo, że jego skutki odczujemy także my, konsumenci. Druzgocący raport Najwyżej Izby Kontroli w sprawie Funduszu Sprawiedliwości. Miliony złotych wydane były na cele polityczne, a konkursy były ustawiane. Łączna kwota stwierdzonych nieprawidłowości to blisko 270 mln zł. O dotacjach, które rozdawane były według uznania polityków, a z pomocą osobom pokrzywdzonym nie miały nic wspólnego. Fundusz Sprawiedliwości po raz po raz kolejny pod lupą NIK. "W sposób niegospodarny i nierzetelny". Raport dla Zbigniewa Ziobry i jego otoczenia jest miażdżący. Izba oceniła negatywnie funkcjonowanie funduszu w latach 2021-2023. 270 mln zł wydano z rażącym naruszeniem prawa. "Dysponent nie tylko nie zadbał o równe traktowanie wszystkich podmiotów występujących o dofinansowanie, ale wręcz wspierał niektórych oferentów i w sposób arbitralny podejmował decyzje, którzy z nich mają otrzymać wsparcie". Jako przykład Najwyższa Izba Kontroli podaje te fundacje i stowarzyszenia. Niektóre z nich powiązane z politykami PiS. To tam płynęły miliony publicznych pieniędzy. Fundusz Sprawiedliwości dla określonego środowiska politycznego był nieograniczonym źródłem. To nie były przypadki, te fundacje, stowarzyszenia, które dostawały te dotacje? Ludzie Ziobry budowali całą infrastrukturę. Ustawione konkursy to jedno. Do tego dochodzą zakupy dla OSP i kół gospodyń wiejskich. Chlebaki, głośniki czy grille - wszystko to finansowo z funduszu, który miał pomagać ofiarom przestępstw. To jest nie do pomyślenia. To jest fundusz, który powinien służyć ludziom, wspierać ofiary przemocy, a nie być subwencją partyjną. W ten sposób politycy ówczesnej Solidarnej Polski, a dziś PiS-u, po prostu kupowali głosy. Wszystko to w trakcie kampanii wyborczej. Mimo że prezes Kaczyński ostrzegał Ziobrę przed konsekwencjami. Ta sytuacja, te liczby są nie do obrony i dlatego muszą za to zapłacić politycznie i prawnie. Fundusz Sprawiedliwości działał bardzo dobrze. Poseł PiS działania chwali z jednej prostej przyczyny. W okręgu, w którym stratował Janusz Kowalski, z funduszu przyznano 3 mln zł. Na słuszne cele, tak? Ależ oczywiście. I nikt nie powinien za to odpowiedzieć? Powinien jeszcze dostać medal pan Ziobro. Medal za środki wydawane niegospodarnie, bo takie informacje płyną z najnowszego raportu NIK. Wcześniej, za czasów Mariana Banasia, wnioski były podobne. Ten proceder za czasów Ziobry to nie był incydent, tylko to był taki mechanizm, który był zakrojony na wielką skalę. Co widzi prokuratura. Jej zdaniem Ziobro kierował zorganizowaną grupą przestępczą. Od dwóch lat w tym budynku działa specjalny zespół śledczych. Prokuratorzy, ta ich determinacja, profesjonalizm mają służyć jednemu celowi, trzeba rozliczyć każdego, kto w sposób pozaprawny korzystał ze środków Funduszu Sprawiedliwości. Bilans wygląda tak: ponad 30 osób usłyszało zarzuty, łącznie mieli popełnić ponad sto przestępstw. Do sądów złożono 9 aktów oskarżenia, zapadło już 5 wyroków skazujących. Uchylono 4 immunitety politykom. Sąd wydał decyzje o 9 aresztach tymczasowych, w tym dwóch dla polityków, którzy uciekli do Budapesztu. Zapraszamy do Polski pana Ziobro, pana Romanowskiego. Należy odpowiedzieć za rzeczy, które się zrobiło. Wystarczyło nie kraść. Politycy PiS apelu raczej nie posłuchają. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zawiadamia prokuraturę w sprawie Sławomira Cenckiewicza. Chodzi o udział szefa BBN podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego zwołanej przez prezydenta 11 lutego. Sławomir Cenckiewicz uczestniczył w posiedzeniu, mimo że nie posiadał dostępu do informacji niejawnych. Próbowano zrobić taką figurę akrobatyczną, że jednorazowo temu panu ktoś miał wydać takie pozwolenie uczestniczenia w spotkaniu o charakterze niejawnym. Jeśli do tej pory rzecznik pana prezydenta, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego wszem i wobec twierdziło, że pan Sławomir Cenckiewicz ma dostęp do informacji niejawnych, a później się okazuje, że dostaje jednorazowy taki dostęp, to wiadomo, że ktoś tu próbuje kręcić, mataczyć czy wręcz kłamać. Naszym zdaniem doszło do złamania prawa. Polskie firmy w natarciu. Jeszcze do niedawna trend był odwrotny, bo to zagraniczne przedsiębiorstwa przejmowały polskie. Teraz sytuacja się odwraca. A przykład to rynek niemiecki, gdzie nasze firmy inwestują i przejmują niemieckie biznesy. O tym, jak polska innowacyjność i kapitał łączą się z niemiecką tradycją i marką. Kiedy kilkanaście lat temu polska firma Comarch sponsorowała monachijskich klub piłkarski TSV 1860, konkurencja nie dowierzała. Była wypowiedź negatywna prezesa Bayernu, że jak to - firma z Polski. Dziś jednym ze sponsorów Bayernu jest inna polska firma - Drutex. I to tylko jeden przykład na to, jak wszystko się zmieniło. Nie było się czego wstydzić, że firma z Polski, bo firma z Polski, która ma dużą odwagę, czasami ułańską fantazję, to jest taka narodowa cecha, której też nie mamy się co wstydzić. Jesteśmy odważni jako kraj. Comarch kilka lat temu wchłonął też niemiecką firmę informatyczną - przejął pracowników i bazę danych. Dziś jest jedną z wiodących firm w branży IT w Niemczech, a jej rozwiązania stosuje chociażby Deutsche Bahn. Jest dużo podmiotów i te podmioty często mają różnego rodzaju problemy z funkcjonowaniem na tym rynku, a polskie firmy mają możliwości, żeby im w tym pomóc. Niedaleko Comarchu, też w Dreźnie, polska firma zainwestowała w znany na rynku projekt. Coraz częściej też zamiast budować w Niemczech firmę od zera polscy przedsiębiorcy decydują się na przejęcie już istniejących firm. W zeszłym roku oficjalnie takich przejęć było około 9. Tendencja jest rosnąca, a stagnacja w Niemczech jej sprzyja. Jeżeli polska firma myśli o wyjściu na rynek niemiecki, to ma do wyboru: albo eksport, a to firmy często mają za sobą, albo inwestycje, czyli otwieranie firmy i budowanie wszystkiego na nowo, albo przejęcie. Często firmy chcą wejść do wyższego poziomu z bazą klientów, zasobami. Tym kierował się także producent prefabrykatów budowlanych Pekabex, który zainwestował w rodzinną firmę w Bawarii. Kolejne pokolenia nie chciały jej przejąć. "Made in Germany" oznacza więcej niż "Made in Poland" na rynkach, zarówno europejskich, jak i na rynku polskim i w szczególności na rynku niemieckim. W bawarskim zakładzie zachowane zostały produkcja i miejsca pracy. Ratuje je też w Lipsku producent pojazdów szynowych PESA z Bydgoszczy, który przejmuje fabrykę tramwajów HeiterBlick. Przez wiele lat inwestorzy znali tylko jeden kierunek: z Niemiec do Polski, i choć liczby polskich inwestycji nad Szprewą i Renem do tych niemieckich w Polsce porównać jeszcze nie można, to nie są one już wyjątkiem. Ponad 40 miejscowości w powiecie oleckim, w Warmińsko-Mazurskiem, bez wody pitnej. W wodociągu wykryto niebezpieczną bakterię z grupy coli. Zwołano sztab kryzysowy, a w wielu miejscach pitna woda dostarczona została w beczkowozach. W czasie usuwania awarii zawieszono także zajęcia w szkołach. O poważnym skażeniu. Takie beczkowozy w najbliższych dniach mają zapewnić mieszkańcom Olecka i okolic dostęp do bezpiecznej wody pitnej. Powiedzieli: ani zębów nie myć, ani garnków, to się bierze wodę. Się przywiezie wodę, się zrobi herbatę, zrobi jedzenie. W próbkach wody pochodzących z sieci wodociągowej w Olecku wykryto bakterie z grupy coli. Mamy stwierdzone przekroczenie na poziomie 85 jednostek. To jest bardzo dużo. Rozporządzenie dopuszcza tylko i wyłącznie zero, czyli tak wysokie skażenie dyskwalifikuje tę wodę. Świadczy to o jakiejś nieszczelności, nieskuteczności oczyszczania wody czy nieszczelności sieci wodociągowej. Sanepid ostrzega, że przy takim stężeniu bakterii woda z kranu nie nadaje się ani do picia, ani do celów gospodarczych, nawet po przegotowaniu. Możemy tylko jej używać do spłukiwania toalety. W południe w Olecku odbyło się spotkanie sztabu kryzysowego, bo skala problemu jest duża. Na dzisiaj wiemy, że ponad 20 tys. ludzi pozostaje bez wody. Zanieczyszczenie dotyczy Olecka i ponad 40 okolicznych miejscowości. Osoby, które mają problem z transportem wody, znajdą pomoc pod specjalnym numerem alarmowym. W dniu wczorajszym zadysponowaliśmy sprzęt wojskowy, to jest 14 cystern. Oprócz tego samorządy gminne okoliczne włączyły się bardzo mocno do akcji. Eksperci podkreślają, żeby nie lekceważyć ostrzeżeń sanepidu. Skutki zakażenia mogą być poważne, szczególnie dla dzieci i seniorów. Bakteria może powodować problemy z przewodu pokarmowego: biegunki, wymioty, złe samopoczucie, silne odwodnienie. Z powodu zanieczyszczenia wody do końca tygodnia odwołano zajęcia w szkołach podstawowych i przedszkolach. Zajęcia nie odbywają się w tej chwili, jest zapewniona opieka dla dzieci, które nie mogą być pod opieką rodziców. Pilnujemy, żeby nie miały kontaktu ze skażoną wodą. Lokalne władze zapewniają, że sytuacja jest pod kontrolą, i ostrzegają przed niepotrzebną paniką. Wczoraj po informacji o wykryciu zakażenia w sklepach zaczęło brakować wody. Całkowicie uspokajam. Teraz kluczowe jest wykrycie źródła zanieczyszczenia. Co było przyczyną, dzisiaj państwu nie powiem, nie wykluczamy żadnej możliwości. Wczoraj rozpoczęto dezynfekcję wody ze skażonej sieci. Wyniki kolejnych badań mikrobiologicznych będą znane w piątek. Nasze społeczeństwo się starzeje. Seniorów przybywa, a potrzeby osób starszych rosną z roku na rok. Dlatego polityka senioralna, czyli wszystko to, co administracja publiczna może i powinna, zrobić dla seniorów, odgrywa coraz większą rolę. O tym, co sami seniorzy mogą zrobić dla siebie, i o tym, co robi państwo, aby poprawić ich komfort życia. Marianna Sadko ze wsi Mniowa, pod Kielcami, w styczniu skończyła sto lat. 12 dzieci, ponad 20 wnuków, prawnuki i pogoda ducha - to jej sekret długowieczności. Poznaje, tutaj wnuczki mieszkają, prawnuczki, to do niej przybiegają, to je wycałuje, zadowolona. Stulatków takich jak pani Marianna jest w Polsce coraz więcej. Statystyczny Polak żyje 75 lat, Polka - 82. A do 2050 roku długość życia wzrośnie o kolejne 5 lat. Starzenie nie musi oznaczać utraty jakości życia, seniorzy powinni być niezależni, bezpieczni. Mamy ku temu wszelkie narzędzia. Jednym z podstawowych jest profilaktyka, czyli zdrowy tryb życia oraz badania. O profilaktyce i edukacji zdrowotnej dyskutowali dziś w Sejmie eksperci z całej Polski. Dużo zależy od nas samych, od tego, jak przygotujemy się do wieku senioralnego, ale też od tego, jak skorzystamy z narzędzi, które da państwo. Bardzo ważna jest aktywność, fizyczna, społeczna, wtedy dłużej żyjemy, jesteśmy w lepszym zdrowiu, kondycji. Dłuższe życie to sukces medycyny. Jednak kluczowe jest nie tylko to, ile lat żyjemy, ale też w jakiej kondycji. Według ekspertów nadmiar leków nam nie pomaga. Współcześni seniorzy stosują często miksy leków, które zamiast pomagać, prowadzą do chorób polekowych. Moda na zdrowy tryb życia dopiero się zaczyna, minie kilka lat, zanim zobaczymy żniwo tego, że dbanie o siebie wpływa na to, że chorób cywilizacyjnych, w tym nowotworów, będzie mniej. TVP włącza się w promowanie aktywności seniorów. Jest to bardzo aktywna grupa osób, tacy, którzy w większości już nie pracują, mają czas na realizację marzeń, ambicji. My ich aktywności będziemy chcieli właśnie pokazywać. 28 marca program "Polska na tak" odwiedza pierwszą grupę seniorów, w Stargardzie. Chce przekonać wszystkich, że życie seniora może być godne i pełne pasji. Intencje były dobre, ale wyszło jak wyszło. Edukacyjne ławki w gnieźnieńskim parku zachęcają do rozglądania się wokół, podziwiania walorów przyrody czy ptasich gniazd ukrytych w koronach drzew. Zachęty do oglądania zapisane są także w języku Braille'a, który odczytują osoby niewidzące. Pytanie o "zobaczenie i dostrzeżenie" skierowane do niewidomych może dziwić, ale czy słusznie? Park Dziekanka W Gnieźnie to doskonałe miejsce do obserwowania przyrody. Powstała tu zresztą ścieżka edukacyjna, która ma to ułatwić. Na tabliczkach umieszczono pytania: "Czy widzisz?". Niezręczność polega na tym, że ten sam tekst zapisano językiem Braille'a. Dziwi mnie pytanie, bo wiadomym jest, że nie widzę. Jestem przyzwyczajona, że ludzie generalnie nie wiedzą, jak formułować te pytania, jak podchodzić do takich osób. Dzięki środkom unijnym park przywrócono po latach mieszkańcom. Dyrektor szpitala, przy którym znajduje się teren zielony, przekonuje, że intencje były dobre. My nikogo nie dyskryminujemy, wręcz przeciwnie, staramy się otworzyć ten park na wszystkich. Sami zainteresowani twierdzą, że tabliczki miałyby więcej sensu na podłokietnikach, a nie oparciach, gdzie trudno trafić na nie dotykiem. Niedopatrzeniem jest też to, że tekst przełożono jeden do jednego. To takie perfidne jest zadanie tego pytania osobie niewidomej, nie na miejscu. Ścieżka edukacyjna jednak już teraz daje nam wszystkim lekcję z wrażliwości i empatii. W "19.30" to wszystko. Za chwilę Pytanie Dnia. Dorota Wysocka-Schnepf w rozmowie z prof. Markiem Safjanem. My jeszcze dziś podsumujemy dzień o 22.30. Do zobaczenia.