Sojusznicy na stałe? Waszyngton otwarty na propozycję stałej bazy wojskowej w Polsce. Chory system - polityczna burza wokół zarobków lekarzy i przywilejów polityków. Rekordowe prognozy. Fala upałów i apele lekarzy i ratowników o rozsądek. Joanna Dunikowska-Paź, dobry wieczór. Czy Polska jest o krok od historycznej decyzji, która na stałe zmieni wojskową mapę Europy? Jest wstępna zgoda Amerykanów na stworzenie pierwszej stałej bazy wojskowej w naszym kraju. Jeśli plany zostaną zrealizowane, Polska dołączy do elitarnego grona państw stanowiących fundament amerykańskiej obecności militarnej na naszym kontynencie. Jak to wygląda na mapie, opowie Igor sokołowski. W Europie działa dziś 31 stałych baz wojskowych USA i 19 dodatkowych obiektów wykorzystywanych przez amerykańską armię. Najwięcej, ponad 36 tys. żołnierzy USA stacjonuje w Niemczech, we Włoszech jest ich ponad 12 tys., Wielkiej Brytanii ponad 10 tys. i niemal 4 tys. w Hiszpanii. W Polsce amerykańska obecność ma charakter rotacyjny. Stała baza oznaczałaby nie tylko długoterminowe rozmieszczenie wojsk i sprzętu, ale również znaczące wzmocnienie wschodniej flanki NATO. Spotkanie ministrów obrony NATO w kwaterze głównej Sojuszu w Brukseli i deklaracja, która może zmienić strategiczne znaczenie Polski: Waszyngton wyraża otwartość w sprawie stałej bazy wojskowej w naszym kraju. To jest narodowy, strategiczny interes. To jest racja stanu, stała obecność wojsk amerykańskich o którą zabiegały poprzednie rządy, zabiegaliśmy od wielu, wielu lat, przechodziliśmy kolejne etapy. Warszawa przekazała Waszyngtonowi oficjalna propozycję na początku czerwca. Jestem optymistą, ale nie spodziewałem się tak szybkiej i tak pozytywnej reakcji na nasze decyzje o przygotowaniu Polski, takim pilnym przygotowaniu Polski do organizowania stałej bazy. Dziś poinformował o tym sekretarz wojny USA Pete Hegseth. I to mimo że chwilę wcześniej zapowiedział rewizję obecności amerykańskich wojsk na Starym Kontynencie. Podwajamy nasze wysiłki, aby NATO stało się tym, czym zawsze miało być: zrównoważonym sojuszem z Europą na czele własnej obrony - NATO 3.0. "Koniec z jazdą na gapę" - mówił dziś w NATO szef Pentagonu, zapowiadając półroczny przegląd amerykańskiej obecności wojskowej w Europie i jej ograniczenie w tych krajach, które nie inwestują wystarczająco w swoje własne armie. Polska jest w grupie państw Sojuszu, które swoje zobowiązania traktują priorytetowo. Na obronność wydajemy niemal 5% PKB. Stała obecność Amerykanów to także inwestycja w bezpieczeństwo. Ewentualny przeciwnik, Rosjanie, planując jakąkolwiek operację przeciwko nam, czy państwom bałtyckim, muszą liczyć się z tym, że w naszym kraju stacjonują na stałe amerykańscy żołnierze, którzy mogą zostać użyci do odpierania ewentualnej agresji. Powstanie stałej bazy to długi i skomplikowany proces. Bo tak, jak w niemieckim Ramstein, to nie tylko żołnierze. Amerykańska baza lotnicza w Ramstein na zachodzie Niemiec to świat sam w sobie z rozległym terenem wojskowym, hangarami, pasami startowymi i wieloma budynkami. Budowę poprzedziło kilka lat przygotowań, a same prace budowlane trwały ok. 2 lat. Był to wtedy jeden z największych projektów budowlanych w Europie, potem Ramstein wielokrotnie rozbudowywano. Polski plan podobnej inwestycji we wtorek przyjął rząd. Chodzi o stworzenie warunków logistycznych, finansowych, organizacyjnych, mieszkaniowych, to jest wbrew pozorom bardzo poważne przedsięwzięcie. Otwartość ze strony Waszyngtonu nie oznacza decyzji, a Biały Dom daje sobie kolejne miesiące na reorganizację wojskowej obecności w Europie. Zabieram państwa do Waszyngtonu, gdzie jest Marcin Antosiewicz. Jak z amerykańskiej perspektywy czytać płynące od Pete'a Hegseth'a komunikaty? Po komunikacyjnej katastrofie na linii Waszyngton-Warszawa sprzed miesiąca, kiedy Pentagon wstrzymał wysłanie żołnierzy do Polski, amerykańscy politycy obiecali w przyszłości konsultować swoje decyzje z polskimi władzami. Hegseth próbuje więc zatrzeć złe wrażenie, stwarzając nam nadzieję na więcej. Ale żadne wiążące decyzje na razie zapadły. I słyszymy, że szybko nie zapadną, bo amerykański sekretarz wojny w Brukseli mówi o dodatkowych 6 miesiącach na przegląd wojsk w Europie, który trwa już półtora roku. To, co możemy otrzymać teraz, to wciąż w ramach rotacji, dodatkowych 5 tys. żołnierzy, co zapowiedział prezydent Trump kilka tygodni temu. Słyszę od wojskowych w Waszyngtonie, że generał Alexus Grynkiewicz, naczelny dowódca Sojuszniczych Sił NATO w Europie opracował już koncepcję wysłania ich do Polski i przesłał ją do Pentagonu, ale tam wciąż nie podjęto decyzji, kiedy te 5 tys. zostanie wysłanych do Polski, skąd zostaną wysłani i z jakim sprzętem. "Podejrzewany o udział w zabójstwie Rosjanina w Białej Podlaskiej został zatrzymany przez lubelskich policjantów i ABW" - przekazał dziś rano premier Donald Tusk. W hotelu robotniczym w podwarszawskim Piastowie kontrterroryści zatrzymali mężczyznę posługującego się gruzińskim paszportem. Pytań wciąż jest mnóstwo, a kluczowe na dziś to, czy i kto zlecił zabójstwo rosyjskiego artysty i dysydenta? Osobę posługującą się gruzińskim paszportem zatrzymano w tym budynku, to jest hostel, w którym jak twierdzą okoliczni mieszkańcy, mieszkają Gruzini, obok restauracja gruzińska, która, jak twierdzi jej właścicielka, nie miała z tym zdarzeniem nic wspólnego. Jej pracownicy z okien budynku widzieli zatrzymanie. Widzieli jak podjechało 10 samochodów, jakieś służby i zaczęła się akcja jak z filmu akcji. Policjantów ze specjalnego wydziału śledczego Komendy Wojewódzkiej w Lublinie wspierali kontrterroryści i agenci ABW. Weszliśmy do wszystkich pomieszczeń w tym hostelu, więc nie była możliwa ucieczka, a taka próba tej osoby była. Wiedzieliśmy, że mężczyzna jest niebezpieczny, bo przecież dokonał zabójstwa przy użyciu broni palnej, nie wiedzieliśmy czy ma przy sobie taką broń. Świadkowie tak opisywali poranne zatrzymanie domniemanego zabójcy. Obudziły mnie strzały z broni, prawdopodobnie to były gumowe kule, widziałem jak wynosili, wyprowadzali osoby skute. M.in. czy zatrzymany dziś nad ranem Gruzin jest Gruzinem czy ma tylko gruziński paszport. Pewne jest jedno - to on zabił. Jesteśmy pewni, po pracy kryminalnych, że zatrzymaliśmy osobę, która faktycznie odpowiada za zabójstwo 44-letniego obywatela Rosji. Z nieoficjalnych ustaleń mediów wynika, że zatrzymany może być narodowości czeczeńskiej, albo pochodzić z mieszkającej w Gruzji mniejszości czeczeńskiej. Właśnie z Czeczeni zabity Rosjanin miał dostawać pogróżki. On sobie drwił z Kadyrowa. Czeczeńcy jacy są, to wiemy, ale tego typu zabójstwo musiało być autoryzowane przez Putina. Czy Rosjanin zginął, bo wyszydzał Putina i Kadyrowa, czy to była tylko przykrywka dla jego innych działań, dlaczego nie chciał ochrony, którą mu proponowano? Zabójstwo ewidentnie wygląda na zlecenie, być może nawet polityczne i tak też je traktują polskie władze. W Polsce byłby to pierwszy przypadek zabójstwa na zlecenie polityczne ze strony polskiego państwa. Mówię, to są na razie hipotezy, ale musimy je bardzo poważnie traktować. Naigrywanie się z Putina wystarczy, by narazić się na śmierć z rąk rosyjskiego dyktatora. W Polsce jest więcej zagrożonych Rosjan i Ukraińców, uważa ekspertka ds. Kremla. Jest co najmniej kilkadziesiąt osób i to jest pierwsze dla nich ostrzeżenie i daj Bóg, żeby ten człowiek, którego udało się schwytać, był właśnie tym, który popełnił tę zbrodnię. Sukces polskich służb ma szansę zadziałać odstraszająco. Oglądają państwo "19:30" w czwartek. Za chwilę w Wersalu o pokoju na Bliskim Wschodzie, a potem także... Więzieni przez własnych rodziców. Byli pozbawieni podstawowych potrzeb bytowych, żywieniowych. Kilkanaście lat dramatu rodzeństwa. Nikt nic nie wiedział. Co się działo, tego nie wiedział nikt. Gdybyśmy wiedzieli, że taka sytuacja jest u nas w miejscowości, na pewno jakaś reakcja byłaby. Bez samorządowego mandatu radnego i ze sporym przelewem dla stołecznego Szpitala Południowego. Lekarz Dawid Kacprzyk zrezygnował z funkcji radnego dzielnicy Ursus, a szpitalowi, w którym już nie pracuje, zwrócił pół miliona złotych. Ale to nie oznacza, że wszystko jest w porządku. Przeciwnie - na wniosek prezydenta Warszawy cały zarząd placówki został odwołany, a głównym zadaniem nowej prezes będzie wyjaśnienie nieprawidłowości. Wokół sprawy narastają emocje, które apogeum osiągnęły dziś w Sejmie. Dawid Kacprzyk próbuje ograniczyć wizerunkowe starty - zrezygnował dziś z mandatu radnego, złożył wniosek zawieszenie w prawach członka Warszawskiej Izby Lekarskiej i zwrócił szpitalowi część wynagrodzenia. Skorygował 33 faktury. Na konto szpitala zwrócił 0,5 mln złotych. W warszawskim Szpitalu Południowym lekarz bez specjalizacji w rok zarobił 1,6 mln zł. Zakładamy, że ta decyzja związana jest z jego świadomością, że działał niezgodnie z prawem i przepisami. Nieprawidłowości, to nie tylko zarobki jednego z lekarzy, ale także sprawa rzekomego saloniku VIP dla polityków KO. Nie znam żadnego działacza PO, który korzystałby z takiej ścieżki. Jeżeli jakakolwiek osoba łamała prawo, to będzie za to odpowiadać, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Stołeczny Ratusz, który jest właścicielem Szpitala Południowego, medialnym informacjom zaprzecza. W oświadczeniu czytamy, że pomieszczenie należy do przyszpitalnego Warszawskiego Centrum Chirurgii Kręgosłupa. I że Kacprzyk wykorzystywał je samowolnie. Będziemy dochodzić prawdy i żądamy ujawnienia prawdy kto z tego saloniku korzystał. PiS, nie czekając na wyniki audytów i kontroli, już wie. A nawet jeżeli nie wie, to taka tablica jest manipulacją i może okazać się kłamstwem. Do czego może to prowadzić - mogliśmy dziś zobaczyć w Sejmie. Katarzyna Piekarska, która próbowała skonfrontować fakty z rzecznikiem PiS chwilę po nerwowej, jak widzimy, rozmowie nagle zasłabła. Była bardzo wzbudzona, bo mówiła, że nigdy nie była w tym szpitalu, a po drugie, że jest pacjentem onkologicznym i często korzysta z systemu ochrony zdrowia. Grafika krąży w sieci na portalach polityków PiS. A medialna przybudówka partii Kaczyńskiego równolegle wymienia, że z rzekomego saloniku miałaby korzystać Ewa Malinowska-Grupińska czy marszałkini Senatu. Małgorzata Kidawa-Błońska odpiera zarzuty. Nigdy nie leczyłam się w Szpitalu Południowym. Mój mąż trafił tam ze względu na poważny stan zdrowia. Nigdy nie byliśmy w żadnym saloniku VIP. Pytamy więc PiS... Czy nie powinniśmy poczekać na potwierdzenie, że te osoby faktycznie korzystały z tego saloniku? Jeszcze raz powtarzam. Odpowiedzi merytorycznej - brak. Ja bym była daleka od robienia polowania na czarownice. Po pierwsze trzeba sprawdzić, potem sprawdzić czy ci politycy rzeczywiście korzystali z tych przywilejów. Bo ja takiego polityka nie znam. Mamy zapowiedzianą kontrolę NIK, mamy prokuratura w tej chwili w Szpitalu Południowym. NIK ma się przyjrzeć wszystkim instytucjom, w których mogło dochodzić do podobnych nieprawidłowości. Spływały do nas informacje o tym, w jakiej sytuacji finansowej jest szpital. Sam Szpital Południowy NIK już kontrolowała. Raport poznamy w lipcu. Rozpoczęliśmy ją we wrześniu, w styczniu zakończyliśmy czynności kontrole. Teraz trwa proces odwoławczy. Niezależnie od audytów i kontroli - rząd chce jak najszybciej zmienić przepisy. Chodzi o zbieranie informacji o zarobkach medyków. Uporządkowanie tego obszaru wymaga przede wszystkim rozsądku, wymaga również dialogu. Głosowanie w sprawie ustawy przygotowanej przez rząd ustawy - jutro. Podejście polityków do ochrony zdrowia różni się w deklaracjach, ale często w praktyce i dosłownie na własnej skórze - jak się okazuje - jest wyjątkowo solidarne, ponad partyjnymi barwami i obywatelami. O politycznych VIP-ach w państwowych szpitalach. Zero tolerancji dla tych, którzy robią złe rzeczy. W rządzie nikt nie udaje, że nic się nie stało. Nikt sprawy młodego lekarza milionera nie zamiata pod dywan. Wprost przeciwnie. Nie ma miejsca na tego typu rzeczy w Koalicji Obywatelskiej. Jeszcze kilka lat temu myślę, że mielibyście państwo partię rządzącą, która broniłaby swoich członków. My reagujemy, jak tylko wychodzą nieprawidłowości. PiS w tym czasie... Skandaliczne rzeczy. ...nieprawidłowości stara się przekuć w polityczne złoto. To jest wilcze prawo opozycji, że oni mogą krytykować, tylko myślę, że człowiek, który to widzi, mówi: "Dobra, wy krytykujecie, ale co robiliście?". Rządzący poprzednikom zarzucają hipokryzję, a PiS przedstawia plany. Czy są jakieś pomysły na odpartyjnienie służby zdrowia? Tych pomysłów jest wiele. Mówi Przemysław Czarnek. Tak jakby już nie pamiętał, że niecałe dwa miesiące temu organizował konferencję przed szpitalem w Garwolinie, którego dyrektorem jest... Cichy krzyk umierających szpitali powiatowych. ...ten radny PiS-u - Krzysztof Żochowski. Co PiS zrobił ze swoim radnym, dyrektorem Żochowskim ze szpitala w Garwolinie, który w swoim oświadczeniu majątkowym wykazuje dochód powyżej miliona złotych. Jednocześnie robi konferencję z Czarnkiem i mówi, że szpital w Garwolinie umiera po cichu. Dyrektora szpitala i jednocześnie polityka PiS-u. W obronę bierze Janusz Cieszyński. Z PiS-u. W sieci pisze, że Żochowski to "lekarz z wieloletnim doświadczeniem". Dawida Kacprzyka nazywa "chłystkiem". Cieszyński jest wprost odpowiedzialny za sprowadzanie respiratorów od handlarza bronią, które dzisiaj leżą w jakiejś stodole czy szopie, do niczego się nie nadające. Gdyby rządził PiS, to ten młody człowiek ze Szpitala Południowego pewnie zostałby wiceministrem, bo jak się rozhulała sprawa respiratorów, to Cieszyński spod sekretarza stanu został sekretarzem stanu, a na końcu pełnym ministrem. Ale teraz PiS - będąc w opozycji - daje receptę. Po prostu trzeba przegnać polityków Platformy z tych wszystkich miejsc, gdzie mają przywileje. Krytykuje obecną władzę Jarosław Kaczyński. Ten sam, któremu - gdy PiS było u władzy - dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego osobiście dostarczał kule, co ujawnił dziennik Fakt. Ja nie znam bardziej uprzywilejowanego od Jarosława Kaczyńskiego. Potrafiono zamknąć pół oddziału w Lublinie, jak jechał do swojego marszałka, witany kwiatami, leczyć się. Jako osoba, która pełniła też funkcję wicepremiera, wymagał szczególnej ochrony. Ale wtedy nie był wicepremierem. Był posłem takim jak pan. Kontrowersję w przeszłości budził też długi pobyt męża marszałek Sejmu z PiS-u na legnickim OIOM-ie. Ta sprawa za czasów PiS została zamieciona pod dywan. O sprawie tego polityka PiS-u też już pewnie niewielu pamięta. Stanisław Karczewski podczas bezpłatnego urlopu w szpitalu podpisywał umowy o dzieło w tej samej placówce i brał pieniądze za dyżury. Ministerstwo Zdrowia uznało, że to niedopuszczalne. To pokazuje też pewnego rodzaju hipokryzję, która nie powinna mieć miejsca. Dziś politycy PiS-u uciekają od pytań o sprawę swojego partyjnego kolegi. Jeżeli pan porównuje rzeczy nieporównywalne... To nie znaczy, że jak PiS miał patologię, to za naszych czasów ktoś ma przymykać oko na patologię. I nikt nie będzie przymykał tego oka? Nikt. Bo każde nadużycie - jak słyszymy - ma zostać wyjaśnione do końca. Nie w szwajcarskiej Genewie, a w paryskim Wersalu, i nie oko w oko, ale na odległość. Wiadomość o podpisaniu porozumienia przez Waszyngton i Teheran, która popłynęła z Francji, była zaskoczeniem. Pytanie, czy zaskakuje także jego treść i jaka będzie rola Izraela we wprowadzeniu go w życie. Z tymi pytaniami zabieram państwa do Anny Kowalskiej, która jest w Paryżu. Donald Trump musiał być wczoraj w świetnym humorze, bo wyciągnął dokument, na który czekał świat i go podpisał. Chyba przekonało go królewskie przyjęcie w Wersalu. Tutaj przecież podpisano traktat kończący I wojnę światową czy porozumienie z Iranem będzie równie historyczne? Zakłada koniec walk, ale to nie jest jeszcze pokój. Wszystkie kwestie, dla których rozpoczęła się wojna, będą teraz poddane negocjacjom. One jutro zaczną się w Szwajcarii. Jedna ze stron, Izrael właśnie nazwał tekst katastrofalną kapitulacją i kontynuuje naloty. Między daniem głównym i deserem, w królewskich wnętrzach pałacu w Wersalu, Donald Trump, ku zaskoczeniu wszystkich, podpisał porozumienie z Iranem, które raz na zawsze ma zakończyć konflikt na Bliskim Wschodzie. Jest podpisane. Podpisaliśmy w Wersalu. Właśnie podpisaliśmy. Dokument równolegle podpisali pakistańscy mediatorzy. I przede wszystkim, co pokazała dziś irańska telewizja - prezydent Iranu. To historyczny dokument i mocne przesłanie z Iranu: pokój zostanie osiągnięty poprzez wzajemny szacunek. 14-punktowe memorandum zakłada m.in. natychmiastowe i trwałe zakończenie operacji na wszystkich frontach, w tym w Libanie, ponowne otwarcie cieśniny Ormuz bez opłat, 300 mld dolarów na odbudowę Iranu, zniesienie amerykańskich sankcji i negocjacje w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Ale najtrudniejsze wciąż przed nami. Iran i USA rozpoczynają teraz zaplanowane na 60 dni negocjacje, by rozwiązać kluczowe punkty sporne: co z irańskimi rakietami balistycznymi, wsparciem dla terrorystów w regionie, i przede wszystkim - wzbogaconym uranem. Od samego początku podkreślaliśmy, że na tym etapie nie będziemy dyskutować na temat kwestii nuklearnej. Niepewność też co do cieśniny Ormuz. Dziś powoli zaczęły przepływać przez nią statki, ale Iran nie wyklucza wdrożenia opłat po zakończeniu negocjacji. To memorandum było wielkim zwycięstwem i może być również punktem zwrotnym w polityce międzynarodowej. Ale w USA umowę krytykują nawet Republikanie, według których Donald Trump był wobec Iranu zbyt pobłażliwy. A prezydent odpowiada. Ci głupcy, którzy myślą, że nie byłem wystarczająco twardy wobec Iranu, kiedy giełda właśnie osiągnęła rekordowo wysoki poziom, a ceny ropy spadają, są albo zazdrośni, albo źli, albo głupi. Stany Zjednoczone grożą, że wznowią walki, jeśli Teheran nie dotrzyma umowy. Mają zrezygnować z broni jądrowej, a jak nie, to Departament Wojny będzie gotowy do wznowienia działań. Ale na razie nie dotrzymują jej sojusznicy USA. Pomimo zawieszenia broni co najmniej trzy osoby zginęły w izraelskich atakach na południe Libanu. Moskiewska rafinera w ogniu drugi raz w ciągu zaledwie kilku dni. Ukraińcy skierowali w stronę agresora setki dronów i choć większość została zestrzelona, to te, które osiągnęły cel, wyjątkowo mocno zabolały reżim, bo są strategicznym wojennym zapleczem. O wymianie ciosów na froncie. Kłęby gęstego dymu spowiły okolice rosyjskiej stolicy, po tym jak ukraińskie drony, już po raz trzeci w ciągu miesiąca i drugi w tym tygodniu, zaatakowały największą moskiewską rafinerię ropy naftowej. Przebiły się przez trzy pierścienie rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Na nagraniach widać siłę eksplozji, która oderwała pokrywę dużego zbiornika z ropą i wyrzuciła w powietrze na dziesiątki metrów. Ukraiński prezydent nazwał uderzenia w takie obiekty sprawiedliwą odpowiedzią na rosyjskie bombardowania ukraińskich miast. Skoro płonie Ukraina, to płonąć będzie też Moskwa, do momentu, aż Rosjanie zaczną naciskać na swój rząd, a Putin usiądzie do stołu negocjacyjnego. Kijów liczy na to, że Putinowi braknie pieniędzy na armię, bo lwia część budżetu Kremla pochodzi właśnie z handlu ropą. Rosyjskie ministerstwo obrony poinformowało, że w ciągu doby nad Rosją odnotowano blisko tysiąc ukraińskich dronów i rakiety manewrujące. Po raz kolejny atakowane były mosty na Krymie, a Ukraińcy zapowiadają, że logistycznie zamienią półwysep w wyspę. Kreml wydał mieszkańcom Moskwy zakaz publikowania nagrań i zdjęć z ataków na stolicę kraju. W nocy w mieście obowiązuje też ograniczenie używania motorowerów, bo dźwięk ich silnika przypomina drona i może powodować panikę. Dziś mają po 47 lat - nawet kilkanaście mogli spędzić w zamknięciu. Na jaw wychodzą wstrząsające fakty dotyczące rodziny mieszkającej w niewielkiej wsi pod Suwałkami. We własnym domu przez lata miało być przetrzymywane rodzeństwo z niepełnosprawnościami. Miejscowi śledczy na trop dramatycznej rodzinnej historii trafili po kolejnych napływających do nich zawiadomieniach. Matka i siostra usłyszały zarzuty. Mała wieś pod Suwałkami. Ze względu na dobro mieszkańców nie ujawniamy jej nazwy. Tu przez co najmniej 16 lat w jednym z domów przetrzymywane było rodzeństwo. Nikt nie miał wstępu na podwórko ***. Już nie mówiąc o tym, żeby wejść do domu. Bliźnięta Marzena i Janusz dziś mają 47 lat. Sąsiedzi byli przekonani, że ona jest w klasztorze, a on w ośrodku dla niepełnosprawnych. Potem już tam od dłuższego czasu nie było ich. Unikali ludzi. Tajemnica zaczęła wychodzić na jaw w styczniu tego roku, gdy umarł ojciec bliźniąt, a ich nie było na pogrzebie. Po wcześniejszym donosie do domu weszła policja i pracownica pomocy społecznej. Rodzeństwo zostało przewiezione do szpitala psychiatrycznego. Tym, co działo przez lata, zajęła się prokuratura. Byli pozbawieni prawidłowej opieki, podstawowych potrzeb bytowych, żywieniowych, zdrowotnych. To skutkowało tym, że zostali narażeni na utratę życia, a nawet na niebezpieczeństwo spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. We wsi mówi się, że rodzina wstydziła się niepełnosprawności Marzeny i Janusza. Prokuratura postawiła zarzuty mieszkającym z nimi matce i starszej siostrze - nauczycielce w okolicznej wsi. Zarzuty dotyczą znęcania się psychicznego i fizycznego nad osobami nieporadnymi ze względu na swój stan psychiczny od 16 lat, czyli od 2010 roku do 2026 roku. Taka wieloletnia izolacja społeczna fizycznie przekształca mózg - tłumaczy psycholog Leszek Mellibruda. Bliźniętom bardzo trudno będzie nawiązać na nowo kontakty z ludźmi. Trauma, jaką doświadczyło to rodzeństwo, jest w dużym stopniu nieodwracalna albo mało odwracalna. Mieszkańcy tej wsi też mówią o traumie, której nie zapomną. Gdybyśmy wiedzieli, że taka sytuacja jest u nas, to by reakcja była od nas. Prokuratura zbiera dane, co działo się tu przez ostatnie kilkadziesiąt lat. W kalendarzu pojawi się na początku przyszłego tygodnia, za oknem zdecydowanie wcześniej i podobno z przytupem. Nadciąga lato, a z nim fala upałów. I chociaż nad wodą czy jeziorem może być nawet miło, to często także niebezpiecznie, więc warto przypomnieć pogodowe ABC, gdy plus na termometrach zdecydowanie mija trzydziestkę. Lato wchodzi do Polski bez pukania. Wiem, że żyję, a tu jak przyjadę, wiem, że muszę się wykapać. Pierwszy upalny weekend może wyprzedzić start sezonu na wielu kąpieliskach. Dlatego najbezpieczniej wybierać te strzeżone. Ma być w sobotę 30 stopni, w piątek dwadzieścia parę. Spodziewamy się tłumów i od razu apel do rodziców, żeby pilnowali swoje dzieci. W ubiegłym roku w Polsce utonęło prawie 300 osób. Na większości kąpielisk ratownicy pojawią się dopiero 1 lipca. Ale upał może być niebezpieczny nie tylko nad wodą. O ostrożność apelują także ratownicy w górach. Góry błędów nie wybaczają. Trzeba być przygotowanym na każdą porę. Zachęcamy do zabrania 2-3 litrów wody na osobę. Na pewno w plecaku powinno się znajdować nakrycie głowy, krem z filtrem, okulary przeciwsłoneczne. IMGW prognozuje na zachodzie kraju ostrzeżenia II stopnia. Mogą objąć Dolny Śląsk, Lubuskie, Opolskie, Wielkopolskę i południe Zachodniopomorskiego. W sobotę te najwyższe temperatury do około 35. Może nawet zdarzy się taka wartość 36 stopni. Na rosnące temperatury z niepokojem patrzą również rolnicy. Jeśli upał potrwa dłużej, rośliny przejdą stres, żniwa mogą ruszyć wcześniej, a plony będą mniejsze. Możemy starać się zabezpieczyć rośliny, czyli ja obecnie aplikuję mikroelementy, aminokwasy. Upał może zamienić w pułapkę także samochód. Dlatego nawet na chwilę nie wolno zostawiać w nim dzieci ani zwierząt. Unikać wychodzenia w godzinach najbardziej nasłonecznionych, od 11.00 do 18.00, a jeśli już musimy, to zadbajmy, żeby pies miał wodę, schłodzoną matę. W stolicy w sobotę termometry pokażą 31 stopni. Wytchnienia mieszkańcy będą szukać w parkach. Gorące powietrze napływa do Polski i Europy znad Afryki, stąd pogodowe mapy czerwone od ostrzeżeń. W części kontynentu termometry mogą pokazać nawet 40 stopni. Gościem Justyny Dobrosz-Oracz w "Pytaniu Dnia" będzie Zbigniew Kapiński, pierwszy prezes Sądu Najwyższego.