PSL w centrum uwagi. Prawica zn#w puszcza oko do ludowc#w. Z¾o¦^ w Solidarno¦ci. Bez związkowców nie wygrywa się wyborów? Polski wynalazek. Czy będziemy jedli mięso z ziemniaka? "19:30", Zbigniew Łuczyński, dobry wieczór. Czy PSL i PIS coraz bliżej siebie, a krótka pamięć, o której wspominał lider opozycji, dotyczy wzajemnych kontaktów? Prezydent w orędziu chwali PSL i docenia wicepremiera Kosiniaka-Kamysza. Joachim Brudziński z PIS wspomina rozmowy z członkami PSL-u i zdanie: "My na druty za Tuska rzucać się nie będziemy". Krzysztof Hetman z PSL mówi o rozmowach z politykami PiS, aby przekonywać ich do "merytorycznych działań". Rok po wyborach tutejszy układ sił niewiele się zmienił. Koalicja rządząca trwa i ma stabilną większość. PiS posłów ubyło i nawet z Konfederacją ma za mało szabel, by przejąć władzę. Te fakty warto przypomnieć, bo Prawo i Sprawiedliwość od kliku dni roztacza wizję politycznego przewrotu. Połowa parlamentarzystów PSL-u rozmawia z naszymi przedstawicielami. Oni w wielu sprawach zgadzają się z Prawem i Sprawiedliwością. Takie opowieści o małżeństwie z ludowcami snuje wielu polityków PiS. Tylko krowa nie zmienia poglądów. I nie zraża ich to, że według PSL-u to tylko polityczna fantazja. Daremne żale, próżny trud. Niech szukają wsparcia gdzie indziej, bo stara zasada w polityce obowiązuje. Kto do PiS-u się przytuli, kto z PiS-em współpracuje, ten z polityki znika. Tak kilkanaście lat temu skończyła Samoobrona, która wcześniej rządziła z PiS. Tak też stało się z Suwerenną Polską, która tydzień temu została przyłączona do partii Jarosława Kaczyńskiego. Mimo to PiS na rzekomej kolejnej politycznej fuzji opiera swoją strategię. Po zwycięskich wyborach prezydenckich nie czekamy na wybory 2025 roku, tylko przejmujemy władzę. Rozmawiamy codziennie z naszymi kolegami nie tylko z PSL-u, nie tylko z Konfederacji, ale też z innych ugrupowań. Z panem rozmawiają politycy PiS-u? Nikt nie dzwonił, nikt nie dzwonił z polityków PiS-u. Dziś czy przez ostatni tydzień, rok? Ani przez ostatni tydzień, ani przez ostatni rok. To są raczej takie medialne zaloty, ale my się na randkę z modliszką nie wybieramy, Ludowcy już nie raz mieli okazję, by przekonać się na własnej skórze, że uczucia polityków PiS zmieniają się wraz z ich sytuacją polityczną. PSL powinien być wyeliminowany z życia publicznego. To słowa z 2018 roku, kiedy Zjednoczona Prawica miała większość i rządziła samodzielnie. Tuż przed ubiegłorocznymi wyborami prezes PiS wrócił do tej narracji. Nie wierzcie PSL-owi. To są ludzie, którzy wykonają każde polecenie. Wystarczyły jednak dwa tygodnie i przegrane wybory, by PiS z tych słów się wycofał. I znów zapałał polityczną miłością do PSL-u, kusząc Władysława Kosiniaka-Kamysza stanowiskiem premiera. I wtedy i teraz odpowiedź ludowców jest jedna. Wszystkie plotki o tym, że my zdradzamy koalicję 15 października, są nieprawdziwe. Ta koalicja dotrwa do następnych wyborów. Pytanie więc, po co PiS takie informacje rozsiewa? A Andrzej Duda z mównicy sejmowej puszcza oko do ludowców, chwaląc resort obrony narodowej, którym kieruje Władysław Kosiniak-Kamysz? PiS chce wmówić opinii publicznej, że ma zdolność koalicyjną. To jest dzisiaj środowisko koalicyjne pozbawione zdolności koalicyjnej. I to jest problem Kaczyńskiego. On chciałby mobilizować swoich wyborców, chciałby oszukiwać opinię publiczną, że może wrócić do władzy. Z sondaży wynika, że nie ma na to szans. Według badania przeprowadzonego na zlecenie Wirtualnej Polski na ugrupowania koalicyjne chce głosować ponad połowa wyborców. Stąd, jak mówią rządzący, marzenia PiS o współpracy z ludowcami. Do tanga trzeba dwojga - tyle tylko, że tu nie tyle o wspólny taniec chodzi, co o wskrzeszenie nadziei, że jest on możliwy. Nawet jeśli ta nadzieja jest złudna. Bez nas to się nie uda - taka konkluzja wypływa ze słów Piotra Dudy, szefa Solidarności, w odniesieniu do wyborów prezydenckich w Polsce. "Dziwię się, że jeszcze Zjednoczona Prawica nie zapukała do drzwi Solidarności i nie zapytała, kogo byśmy poparli" - mówi, przypominając umowę programową z kandydatem na prezydenta podczas poprzednich wyborów. Umowa Piotra Dudy z Andrzejem Dudą obowiązuje. A czy jest szansa na kolejną podobną? Konsultacji. Tego wymaga od Prawa i Sprawiedliwości przewodniczący Solidarności Piotr Duda. A chodzi o kandydata tej partii na prezydenta. Kierownictwo PIS wciąż nie zdecydowało, na kogo postawi. Związek Zawodowy ryzykuje stwierdzeniem, że bez wspólnej konsultacji Jarosław Kaczyński może zapomnieć o wygraniu przyszłorocznych wyborów. Dziwię się, że jeszcze Zjednoczona Prawica nie zapukała do drzwi Solidarności i nie zapytano, co Solidarność o tym sądzi, bo jeśli prawica myśli, że wygra bez nas wybory prezydenckie, to jest w grubym błędzie. Takie słowa wypowiada ten, który z PiS-em od lat współpracuje. Niektórzy nawet Solidarność porównują już nie do związku zawodowego, a do części obozu poprzedniej władzy. Mają awanturę w rodzinie PiS-owskiej. Skoro szef Solidarności, która jest przybudówką PiS, żąda, aby konsultować z nim kandydatów na prezydenta. Politycy Prawa i Sprawiedliwości nieoficjalnie przyznają, że wypowiedź przewodniczącego Dudy nieco ich zaskoczyła. Oficjalnie jednak w wypowiedziach widać, że w temacie nie ma wspólnej narracji. Z pewnością będą takie rozmowy. Kandydata Prawa i Sprawiedliwości zawsze wybieraliśmy w ramach Prawa i Sprawiedliwości. Ale prawdą jest, że w przeszłości Solidarność popierała kandydatów PIS. Chociażby Lecha czy Jarosława Kaczyńskiego. A także Andrzeja Dudę, z którym przewodniczący związku podpisał umowę programową. Przewodniczący Solidarności po prostu znalazł okazję, stwierdził, że PIS jest pogubiony, stwierdził, że PIS nie ma kandydata. Na biurku prezesa przy Nowogrodzkiej mają leżeć 4 nazwiska potencjalnych kandydatów na prezydenta. To Karol Nawrocki, czyli obecny prezes IPN, Tobiasz Bocheński, Mariusz Błaszczak i Marcin Przydacz. Wszystkich bardzo cenie, ale nie wydębi pan ode mnie żadnego wskazania. Jak będzie znany kandydat na prezydenta, to będziemy o tym mówić. Ale faktycznie te 4 osoby są brane pod uwagę? Różne osoby są brane pod uwagę. Partia Kaczyńskiego ma o swoim wyborze poinformować 11 listopada. Sporo nazwisk także w Lewicy. Szanse na start w wyborach ma Katarzyna Kotula, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk czy Magdalena Biejat, która ma największe szanse, choć w przestrzeni publicznej pojawiło się jeszcze jedno nazwisko. Łukasza Litewki, który co prawda rzadko pojawia się w mediach, za to w internecie ma spore zasięgi. Jest rozpoznawalną osobą, sprawnym organizatorem, pociąga za sobą duże grupy ludzi, namawia ich do czynienia dobra. Z Trzeciej Drogi niemal pewny jest start w wyborach marszałka Hołowni, choć on sam nie powiedział jeszcze "tak". Jeszcze takiej decyzji nie podjąłem, bo decyzje w tak szybko zmieniającej się polityce trzeba podejmować, kiedy jest czas podejmowania decyzji. On będzie w grudniu. W Koalicji Obywatelskiej wciąż decyzja nie zapadła. Na giełdzie nazwisk najczęściej wymieniany jest Rafał Trzaskowski i Radosław Sikorski. Wszystko ma być jasne 7 grudnia. Łącznie koalicjanci rządzący wystawią 3 kandydatów. Według politologa doktora Macieja Onasza największe szanse na II turę ma prezydent Warszawy. Lepiej dla jego kandydatury i szans w II turze, żeby w I turze pozostali kandydaci obecnego obozu rządzącego zebrali jak najwięcej głosów. Ich wycofanie się, brak w I turze to osłabienie całego obozu politycznego w kontekście II tury. Jak dotąd jedynym potwierdzonym kandydatem w wyborach prezydenckich pozostaje Sławomir Mentzen z Konfederacji. To jest "19:30", dziś jeszcze o kremlowskiej ingerencji w wybory w Mołdawii, a także... Drogi śmierci. Śmierć poniosły 4 osoby, Mateusz M. dostał zarzut doprowadzenia do katastrofy w ruchu lądowym. Rosjanie w natarciu. Każdego dnia ostrzały, każdego dnia giną ludzie. My już trzeci raz uciekamy. Dzień Kontrolera Lotów. Jesteśmy cichym łącznikiem między ziemią i innymi samolotami a pilotami. Dzięki nim widzę więcej, widzę dalej. Prozachodni rząd i opozycja, której bliżej do Rosji niż do Europy. Dziś Mołdawia wybiera prezydenta i głosuje w referendum w sprawie akcesji do Unii Europejskiej. W przededniu wyborów doszło do cyberataku na serwery mołdawskiego parlamentu. Za atakiem stoi Rosja, która cel ma jeden - odzyskać kontrolę nad satelickim krajem i zatrzymać go na drodze do prozachodnich aspiracji. Były całkowite ciemności, nastała jasność. Przebieg głosowania w tym lokalu wyborczym w stolicy kraju Kiszyniowie może być symboliczny. To jasne, że chciałbym, abyśmy byli w Europie. Musimy przyciągnąć Europę tutaj, do naszego domu. Ale dom, dla tych stojących w długiej kolejce do głosowania w Moskwie, jest zgoła gdzie indziej. Chcemy wrócić do domu i żyć godnie, jak kiedyś w Związku Radzieckim. Tego właśnie chcemy. Po rosyjskiej agresji na Ukrainę Mołdawia wystąpiła o członkostwo w Unii. Choć przeszkodą jest separatystyczne prorosyjskie Naddniestrze. Teraz Mołdawianie odpowiadają na pytanie, czy eurointegracja powinna zostać wpisana do konstytucji jako cel strategiczny państwa. Referendum w tej sprawie zarządziła walcząca o reelekcję prozachodnia prezydent Maia Sandu. Głos w tym referendum zadecyduje o naszym losie na wiele nadchodzących dziesięcioleci. Ale Rosja na te głosowania nie patrzy obojętnie. To nagrania z operacji mołdawskich służb przeprowadzonych w całym kraju. Funkcjonariusze zatrzymali osoby, które miały być systematycznie wysyłane do Moskwy na odpowiednie szkolenie. To jego fragment - z organizacji masowych zamieszek i budowy bomb. Program szkoleniowy obejmował m.in. taktykę prowokowania sił porządkowych, użycie broni, fizyczną konfrontację z siłami porządkowymi podczas protestów i wytwarzanie materiałów wybuchowych domowej roboty. Według mołdawskiej policji Rosja szmuglowała też do kraju miliony euro dla prorosyjskich aktywistów i polityków. Były tam też pieniądze przeznaczone na kupowanie głosów wyborców. Tylko w ciągu jednego miesiąca instytucje państwowe udokumentowały 130 tys. osób, którym zapłacono za sprzedaż swojego głosu, aby wywołać chaos i uniemożliwić naszemu krajowi wejście do cywilizowanego świata. Za kampanią zwalczającą prozachodni kurs z Rosji kieruje mołdawski miliarder Ilan Szor. W kraju został skazany na 15 lat więzienia za wyłudzenie z banków miliarda dolarów. Objęty jest też unijnymi sankcjami. To on stoi za tym klipem wyborczym, w którym najlepiej opłacani rosyjscy gwiazdorzy. Ulubieńcy Kremla i zwolennicy wojny w Ukrainie obrzydzają Unię, śpiewają, że "ich sercem jest Mołdawia" i namawiają do głosowania w referendum na "nie". Potrzebna nam jest niepodległa Mołdawia. UE nie jest nam potrzebna. Głosujcie na "nie". Rosja wyraźnie ma tutaj swój cel, którym jest w jakiś sposób wykolejenie proeuropejskiej trajektorii Mołdawii. Według ostatniego sondażu proeuropejski kurs popiera nieco ponad połowa Mołdawian. Prezydent Maia Sandu pokonuje zaś kontrkandydatów. Za 4 miesiące miną 3 lata od rozpoczęcia rosyjskiego ataku na Ukrainę. Niewiele wskazuje na to, by do tego czasu wojna się zakończyła. Spójrzmy na mapę. Na czerwono zaznaczyliśmy tereny zajęte przez wojska rosyjskie. W tej chwili Rosja jest znów są w natarciu. W ciągu ostatniej doby doszło do 164 starć zbrojnych - informuje sztab generalny ukraińskiej armii. W tej okolicy trwają najcięższe boje. Miasto Pokrowsk w okręgu donieckim najprawdopodobniej wkrótce padnie. Natomiast tu w okręgu charkowskim Rosjanie próbują przebić ukraińską obronę, by zająć miasto Kupiańsk. I właśnie tam jest w tej chwili nasz reporter Mateusz Lachowski. Rosjanie powoli, ale stale posuwają się do przodu i przesuwają front w okolicach Kupiańska w obwodzie charkowskim. Władze obwodu kilka dni temu nakazały ewakuację wszystkich cywilów z miasta i czterech miejscowości w jego rejonie. Proszę, nie blokujcie linii. Tak, pracujemy i zabierzemy was. Jedziemy tam razem z wolontariuszami Czerwonego Krzyża, którzy ewakuują mieszkańców. Sytuacja jest trudna. Nie da się tego inaczej określić. Każdego dnia ostrzały, każdego dnia giną ludzie. Żeby dostać się do miejscowości za rzeką Oskił trzeba przejechać przez przeprawę. Droga jest bardzo trudna, częściowo zalana. Bez pomocy wolontariuszy mieszkańcy nie mają jak się wydostać. Na miejscu sytuacja jest jeszcze gorsza. Jeszcze nie było czegoś takiego, żeby aż tak atakowali ludzi bombami. Musieliśmy się ewakuować. Kiedy spadł pocisk, od fali uderzeniowej zawaliła się część dachu i ściana. Nie mamy światła, ogrzewania, wody. Cały dach jest dziurawy. Wiec zdecydowaliśmy się uciekać. Wojna to nie tylko tragedia ludzi, ale także zwierząt. Naszego pieska Mikusia zabraliśmy. Drugiego psa musieliśmy wypuścić, bo jest za duży i nie było jak go wywieźć. Żal straszny. Płaczemy za nim, jedziemy całą drogę i płaczemy. Wiele osób, które musiały opuścić swoje domy, marzy o powrocie. Bardzo chcieliśmy wrócić do domu. My już trzeci raz uciekamy. Co roku uciekamy, a potem wracamy. Każdego dnia ewakuowanych jest od kilkudziesięciu do kilkuset osób. Potem trafiają do Charkowa i tam dostają jakieś miejsce do życia i pomoc. Nasze zadanie to wywieźć ich z niebezpiecznego rejonu w bezpieczne miejsce, skąd można ich ewakuować dalej. Takie ewakuację są bardzo niebezpieczne. Rosjanie atakują zarówno cywilów, jak i pracowników Czerwonego Krzyża. Igor, dowódca grupy szybkiego reagowania, był już w trakcie wojny dwukrotnie ranny. Maszyny są oklejone, widać znaki Czerwonego Krzyża, ludzie też obrandowani. Jesteśmy bez broni, wykonujemy swoje obowiązki - pomagamy i ewakuujemy - ale niestety symbol Czerwonego Krzyża nie chroni nas tak, jak powinien. Charkowskie władze szacują, że po drugiej stronie rzeki Oskoł pozostało nawet około 2000 cywilów. Jeszcze przez kilka dni wolontariusze będą ich ewakuować. Często z narażeniem życia i pod rosyjskim ostrzałem. Karambol na drodze S7 niedaleko Gdańska to jeden z najpoważniejszych wypadków ostatnich lat. Zderzyło się 18 samochodów osobowych i trzy ciężarowe. Zginęły cztery osoby - w tym dwoje dzieci. Kilkanaście osób trafiło do szpitala. Po dzisiejszej konferencji prokuratury wiadomo, że kierowca był trzeźwy i nie używał telefonu w momencie zdarzenia. O kolejnych ustaleniach w sprawie tragedii. Jaki karambol. Noc z piątku na sobotę na S7 pod Gdańskiem. To tragiczne skutki karambolu na remontowanym odcinku drogi w Borkowie. Zginęły w nim cztery osoby, w tym dwoje dzieci. 15 osób trafiło do szpitali. 37-letni kierowca Mateusz M. wjechał TIR-em w sznur samochodów. Prokurator postawił mu zarzut spowodowania katastrofy zagrażającej życiu i zdrowiu wielu osób. Odmówił składania wyjaśnień, nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu. Występujemy do sądu o zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania. Badanie krwi wykazało, że sprawca był trzeźwy, jechał z prędkością 89 km/h. Na tym odcinku jest ograniczenie do 80 km/h. Nie hamował. Pojazd wytracił prędkość do zera w ciągu 10 sekund. Oznacza to, że wytracił prędkość nie na skutek hamowania, a na skutek uderzenia w samochody poprzedzające go oraz barierę energochłonną. Dlatego czas hamowania był tak długi. Śledczy sprawdzili telefon kierowcy. Nie używał go w chwili wypadku. Jest absolutnie w szoku, nie może uwierzyć w to, co się stało i powtarza jedynie, że chciałby, żeby to był tylko zły sen, z którego się obudzi. Nie tylko, że taki wypadek miał miejsce, ale że takie potworne były jego skutki. Dwaj zabici chłopcy mieli siedem i dziesięć lat. Trwa jeszcze identyfikacja dwóch dorosłych ofiar. W szpitalach wciąż jest pięć osób, z których dwie są w stanie ciężkim. Biegli w przyszłym tygodniu mają ustalić, czy ciężarówka była sprawna i czy inni kierowcy nie złamali przepisów. Łącznie w karambolu uczestniczyło 21 samochodów, w tym trzy ciężarowe. Jechało nimi w sumie 56 osób. Ważne, by w sytuacji korków na trasach szybkiego ruchu tworzyć korytarz życia - przypomina ekspert. Korytarz życia na drodze szybkiego ruchu skraca czas dojazdu służb ratunkowych na miejsce o około pięć minut, jednocześnie zwiększa szanse na przeżycie ofiar wypadków o 40%. Niezastosowanie się do przepisów o korytarzu życia kosztuje 2500 zł, 12 punktów karnych, a w skrajnych przypadkach zatrzymanie prawa jazdy. Trzeba pamiętać o jednej zasadzie. Kierowcy z lewego pasa zjeżdżają maksymalnie na lewo, z pozostałych pasów na prawo. W nocy doszło też do groźnego wypadku w Wesołej. W zderzeniu dwóch aut osobowych rannych zostało pięć młodych osób w wieku od 18 do 25 lat. Od stycznia do września tego roku na polskich drogach w ponad 16 tys. wypadków zginęło przeszło 1400 osób, a niemal 19 tys. zostało rannych. A teraz w "19.30" tragiczny finał domowej awantury. Pijany 29-latek zaatakował, prawdopodobnie siekierą, swoją 6-letnią córkę i matkę. Dziewczynka w stanie ciężkim trafiła do szpitala, matka jest ranna. Do ataku doszło w Inowłodzu w województwie łódzkim. Mężczyzna został przez nas zatrzymany. Pobraliśmy mu krew do badań, zarówno na zawartość alkoholu, jak i narkotyków z uwagi na stan jego dosyć mocnego pobudzenia. Ludzie tutaj wiedzieli o nim, że taki jest agresywny, po prostu jak to ludzie po narkotykach. Napastnik miał promil alkoholu w organizmie. Teraz w areszcie czeka na przesłuchanie. Grozi mu nawet dożywocie. Ataksja Friedreicha - rzadka choroba, która postępując, odbiera możliwość ruchu. W całej Polsce zmaga się z nią około 150 osób. Większość z nich musi korzystać z wózka inwalidzkiego już po kilku latach. Choroba jest nieuleczalna. Pojawił się jednak nowy lek spowalniający chorobę. Pacjenci mówią o cudzie. Ale czy niedostępna, ze względu na cenę, terapia będzie refundowana? Choroba cały czas postępuje. Kacper i Karol Nieczaj przez pięć lat słyszeli, że to skolioza. Dokładnie w ich 16. urodziny zadzwonił telefon z diagnozą. Rozpoznanie: Ataksja Friedreicha. Teraz mają 21 lat i obaj studiują historię, ale z każdym miesiącem jest im coraz trudniej. Jest problem, żebyśmy wstali z łózka, często potrzebujemy oparcia, czy jakiejkolwiek pomocy. Każdego dnia, gdy wstaję - boję się. Joanna Kostrzewska dzięki intensywnej rehabilitacji na razie jest w stanie poruszać się samodzielnie. Najtrudniejsze jest dla niej to, że przez chorobę musiała odłożyć plany związane z macierzyństwem. Boję się, że nie będę w stanie dźwigać, biegać za dzieckiem. To jest największy ból w sercu, z którym nie mogę się pogodzić. Angelika Boniuszko radzi sobie jak może, ale każda czynność to dla niej gigantyczny wysiłek. Z ataksją zmaga się od 20 lat. W tej chorobie tak naprawdę umieram każdego dnia, bo choroba postępuje. Boję się, że nie doczekam do leczenia. Ataksja Friedreicha jest rzadką chorobą neurodegeneracyjną o podłożu genetycznym, która stopniowo wyłącza mięśnie. Dochodzi do niedowładu kończyn dolnych, braku czucia, ale też mogą wystąpić objawy zaburzeń funkcji poznawczych. W lutym pojawiła się nowa nadzieja dla chorych. Europejska Agencja Leków zatwierdziła nowy lek, który jest w stanie zatrzymać postęp choroby. Cud można powiedzieć. Dlatego że od 1803 roku, kiedy pierwszy raz wspomniano o tej chorobie, to jest pierwszy lek, który się pojawił na świecie. Problemem jak zawsze są pieniądze, terapia miesięcznie kosztuje 140 tys. zł. Lek podlega w tej chwili procedurze rozpatrywania wniosku o refundację, na razie dostępny jest tylko w ramach ratunkowego dostępu do terapii lekowych. Do tej pory zakwalifikowano do niej w Polsce tylko pięciu pacjentów. Reszta z nadzieją czeka na refundację. Producent złożył wniosek w lipcu, teraz wszystko w rękach ministerstwa zdrowia. Bardzo ważne jest dla nas to leczenie, żeby doczekać do kolejnego leku, każdy miesiąc, każdy rok, jest na wagę złota. Joanna, Angelika, Kacper i Karol są jednymi z zaledwie 150 osób w Polsce, które cierpią na ataksję Friedreicha. Choroba zabrała im młodość i zdrowie, ale nie odebrała im marzeń na lepsze jutro. Moim marzeniem jest, powrót do przeszłości, czyli będę w stanie samodzielnie się poruszać, biegać, grać w piłkę. Czekałam na to ponad 20 lat. Dla mnie to są marzenia: zatańczyć na własnych nogach, poskakać po kałużach. Mówi się o nich niewidoczni strażnicy nieba. Dziś międzynarodowy dzień Kontrolera Ruchu Lotniczego. Choć jest ich w Polsce kilkuset, to bez ich umiejętności, wiedzy, opanowania, wyobraźni i odporności na stres nie moglibyśmy bezpiecznie podróżować samolotami. O ludziach, którzy wykonują jeden z najbardziej odpowiedzialnych zawodów na świecie. Zobaczyłam w telewizji lądowanie kapitana Wrony na Okęciu i powiedziałam do mojego męża: mogłabym to robić, być kontrolorem. A on na to: no to spróbuj. I Zuzanna Sidor spróbowała. Od ośmiu lat na lotnisku Warszawa Modlin jest pośredniczką między niebem a ziemią. W naszej pracy 95% to jest nudy, ruch jest ułożony, wszystko idzie jak po sznurku, wszystko idzie tak, jak powinno iść. 5% to jest ogromny stres i na to jesteśmy szkoleni. I dlatego ten proces rekrutacji i szkolenia jest taki długi. Kurs dla kontrolera ruchu lotniczego trwa dwa lata i składa się z trzech etapów. Teoretyczny, trwający kilka miesięcy, po zdaniu egzaminu - część na symulatorze, i po zdaniu egzaminu dopiero część szkolenia na stanowisku która w Polsce, z racji tego że mamy różne pory roku, trwa wiele miesięcy. Ja skończyłam pięć lat chemii i powiem szczerze, że nigdy nie musiałam się tyle uczyć co tutaj na tym kursie wstępnym, podstawowym. Do kursu na kontrolera ruchu lotniczego może przystąpić każdy, bez względu na wykształcenie. Ale w tym zawodzie trzeba mieć odpowiednie predyspozycje i cechy charakteru. Przede wszystkim stalowe nerwy. Tutaj nie można ulegać panice, tutaj nie można się poddawać nastrojom, na dyżur trzeba przychodzić z otwartą głową, bez względu na to, co się dzieje za nami, np. w domu. Obecnie w Polsce pracę kontrolera ruchu lotniczego wykonuje 600 osób. To elitarne grono. Tak wygląda ich centrum dowodzenia w środku. A tak z zewnątrz. Wieża kontroli lotów to serce każdego lotniska. Na ludziach, którzy tam pracują, spoczywa ogromna odpowiedzialność. Bo to w ich rękach leży bezpieczeństwo setek tysięcy pasażerów. Wszystko opiera się na komunikacji między kontrolerami a pilotami samolotów. To od ich dobrej współpracy w dużej mierze zależy to, czy liczba lądowań będzie równa liczbie startów. Separują samoloty, ustawiają kolejkę do lądowania, pomagają nam. Są naszymi oczami i dzięki nim widzę więcej, widzę dalej i nie muszę się obawiać o bezpieczeństwo. Dlatego komfort ich pracy to sprawa priorytetowa. Kilka lat temu kontrolerzy lotów grozili strajkiem, przez co mogło dojść do paraliżu przestrzeni powietrznej nad Polską. Ostatecznie do tego nie doszło i wszystkie warunki kontrolerów spełniono. Nie oznacza to jednak, że życie kontrolerów jest usłane różami. Trzeba się przyzwyczaić do pracy zmianowej. My pracujemy przez całą dobę, przez cały rok, nie mamy świąt i nie mamy weekendów, więc to jest taka rzecz, którą trzeba sobie przepracować. Dlatego wszyscy zgodnie podkreślają, że jest to ciężka praca, więc żeby ją wykonywać trzeba ją kochać. Parówka, gyros czy burger, a wszystko z ziemniaka. Już niedługo takie produkty mogą pojawić się na rynku wynaleźli je naukowcy z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Czy ich produkty mogą odmienić nasze menu? To najbardziej poznańska parówka, jaką można sobie wyobrazić. Jak przystało na stolicę Wielkopolski powstała z białka... ziemniaka. Które jest niedoceniane, bo ma wysoką wartość energetyczną i dobrą przyswajalność przez nasz organizm. Wyglądają jak zwykłe parówki i smakują niemal tak samo. Na tym podobieństwa z wędlinami się kończą. Pierwsze skrzypce gra tu sok z ziemniaka. Za tym rewolucyjnym pomysłem stoją naukowcy z Uniwersytetu Poznańskiego. Po trzech latach działań stworzyli bezmięsne parówki, burgery i gyros. Ma to być najzdrowszy zamiennik mięsa. Prawa do tego jedzenia przyszłości ma poznańska uczelnia. Jeśli będą chętni, można wykorzystać je komercyjnie. Takie pomysły w przyszłości mogą odmienić nasze stoły. Obecnie Polacy zjadają średnio rocznie 80 kg mięsa, to jeden schabowy dziennie. od pierwszego posiłku mamy na kanapce szynkę, mięso pojawia się przez cały dzień, więc jest z czego rezygnować. Światowa Organizacja Zdrowia wydała zalecenia dotyczące ilości mięsa w diecie, które pozwalają zachować zdrowie. To 200 gramów czerwonego mięsa i 0,5 kg białego mięsa tygodniowo. Myślę, że mięso jest potrzebne, bo tacy jesteśmy. W Polsce już co dziesiąta osoba nie je mięsa lub bardzo ograniczyła jego spożycie. Najważniejsze żebyśmy się obserwowali, kiedy zmieniamy dietę. Eksperci przekonują, że wegetarianizm nie jest dla każdego, ale mięso dobrze jest odstawić choć na chwilę. Zrezygnowanie z mięsa pozwala się organizmowi oczyścić, odkwasić. Produkcja mięsa jest też dużym obciążeniem dla planety. Podczas hodowli zwierząt rocznie do atmosfery trafia 7 mld ton CO2, żeby to zrekompensować, każdy człowiek musiałby posadzić 35 drzew. Pod wpływem fermentacji w żołądkach tych zwierząt emitowany jest metan, który sprawia, że jest coraz cieplej. Szansą dla klimatu mogą być roślinne zamienniki mięsa lub to produkowane z komórek macierzystych i drukowane na drukarkach 3d. Takie mięso można zjeść już chociażby w Singapurze. Za chwilę w TVP Info Mariusz Szczygieł i jego "Rozmowy (nie)wygodne" dziś z Adamem "Łona" Zielińskim, raperem i prawnikiem. Rap jest jak wszystko, no jak się spojrzy na niego po raz pierwszy, jeszcze z jakąś tezą i z uprzedzeniem, to nic nie widać, nic człowiek z tego nie rozumie. Jak spojrzy natomiast po raz drugi, trzeci i czwarty to widzi tam cały szereg ciekawych zjawisk, superfajnych raperów, świetne raperki, mądrych ludzi, oczytanych, z ciekawymi pomysłami, z perspektywami. Tylko czego to wymaga - ciekawości, wejścia w głąb. Niedzielne wydanie "19.30" dobiegło końca. Dziękuję i zapraszam jutro. Dobrego wieczoru.