Giełda problemów, straty liczone w milionach i pytania kto zapłaci polityczny rachunek za kłopoty Zondacrypto. Lotnicze cięcia. Konflikt w Iranie odchudza siatki połączeń linii lotniczych i portfele pasażerów. Pod nadzorem - nowoczesne technologie na straży polskich Tatr. Dobry wieczór państwu, to jest 19.30. Firma znika na oczach osłupiałych klientów, dokładnie tak, jak zniknęły ich pieniądze. Giełda Zondacrypto zapodziała w wirtualnej mgle grubo ponad 350 mln zł, a jej szefostwo zwalnia pracowników, rozwiązuje umowy, luzuje klauzule zakazów konkurencji. Prokuratura przyspiesza śledztwo, bo w firmie dziwne rzeczy dzieją się od lat i coraz wyraźniej widać, że poza rachunkiem w złotych, ktoś zapłaci w polityce. Rozmiary afery Zondacrypto rosną z każdą godziną. Do prokuratury w Katowicach zgłaszają się kolejni poszkodowani. Liczba ta począwszy od piątku wzrosła o bez mała tysiąc osób. Pieniądze mogło stracić łącznie kilkadziesiąt tysięcy osób. Wśród nich Michał Wawrzyniak... To już są w ogóle kwoty kosmiczne. ...który nie może odzyskać ok. 1,5 mln zł. Nie wiemy co się wydarzyło, nie wiemy czy firma była źle prowadzona, nie wiemy czy pieniądze zostały zdefraudowane, czy faktycznie była to jakaś piramida. Odpowiedzi na te pytania ma udzielić prokuratura. Choć jak donosi money.pl są komplikacje. Wyznaczony do sprawy prokurator zrezygnował, kolejny był na wakacjach. To ma spowalniać zabezpieczanie dowodów. Prokuratura zaprzecza. Nieprawdziwe są informacje, jakoby referent tego postępowania przybywał na urlopie. Wydaje się, że zabezpieczenie dokumentów powinno być natychmiast i oczekiwałbym od prokuratury szybkich działań. Takich działań zabrakło w innym śledztwie dotyczącym zondacrypto, przyznaje minister sprawiedliwości. Chodzi o zaginięcie poprzedniego szefa firmy, Sylwestra Suszka. Jeżeli ja się dowiaduje po kilku latach, że osoba która może mieć największą wiedzę, nie została jeszcze przesłuchana po tylu latach, to znaczy że to śledztwo toczyło się źle. A Zondacrypto prawdopodobnie kończy działalność. To pismo od jej prezesa do pracowników. Przemysław Kral nakazał im zwrot sprzętu i zwolnił ich z obowiązku pracy. To może być jedna z największych afer finansowych w historii naszego kraju. Na ten moment w aferze Zondacrypto straty to co najmniej 350 mln zł. Łączne na wszystkich kryptooszustwach przekraczają już 2 mld. To więcej niż w aferze Amber Gold i niewiele mniej niż w aferach GetBack i SKOK Wołomin. Zondacrypto to nie jest instytucja finansowa, to nie jest instytucja nadzorowana, więc powinno być bardzo ograniczone zaufanie do tej instytucji. Zaufanie jednak publicznie budowano. Logo Zondacrypto zawieszono choćby na siedzibie Polskiego Komitetu Olimpijskiego. A Komitet podpisał z nią umowę sponsorską. Zondacrypto sponsorowała też prawicową imprezę CPAC. Występował na niej wówczas kandydat na prezydenta Karol Nawrocki. Później mówił tak: Polska musi być miejscem, gdzie powstają innowacje, a nie regulacje. I regulacje rynku kryptoaktywów proponowane przez rząd dwukrotnie zawetował. Chodzi o to, żeby tego rodzaju firm nie wypychać z naszego kraju, to co do tej pory przedkładał rząd. Ogarnijcie się wreszcie, pomóżcie Polakom, dajcie narzędzia do tego, aby oszuści nie mogli okradać Polaków. Rząd zapowiada trzecie podejście. Prace nad ustawą trwają w ministerstwie finansów. Nie ulega wątpliwości, że nie możemy ustąpić i musimy wdrażać rozwiązania, które będą chroniły polskich klientów. Przepisy mają być gotowe w ciągu kilku tygodni. To musiał być plan B, więc był. Zakończyły się prawybory środowiska sędziowskiego na kandydatów do Nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Zatwierdzenie tego wyboru przez Sejm ma być tylko formalnością, a biorąc pod uwagę kształt większości, to się może udać. Czy to jednak będzie pokojowa zmiana kadencji - Magdalena Karpińska. Od poniedziałku sędziowie w całym kraju opiniują swoich kandydatów do KRS. Znana jest już ponad połowa głosów. I zgodnie z nią sędzia Donhoffner-Grodzicka z Krakowa ma szanse być jedną z tych, którzy doprowadzą do odpolitycznienia KRS. Sędziowie po raz pierwszy mają możliwość opiniowania swoich kandydatów do KRS i wyłaniać mogą tą część sędziowską w sposób absolutnie demokratyczny. Sędziowie po raz kolejny stanęli na wysokości zadania i wzięli odpowiedzialność za państwo prawa. Na kartach do głosowania było 60 nazwisk. Każdy sędzia miał 15 głosów, i z dotąd zliczonych wynika, że zwycięska piętnastka to w większości kandydaci prodemokratycznych stowarzyszeń sędziowskich. Niezadowoleni są z tego nasi neosędziowie, którzy kandydują do KRS, którzy nie wzięli udziału w tym opiniowaniu, nie uczestniczyli w zgromadzeniach. Ale jeśli ktoś pozbawia się prawa wyboru, to robi to na własną odpowiedzialność. Opiniowania odmówił m.in. Naczelny Sąd Administracyjny. Mimo to frekwencja wyniosła ponad 70%. Naprawdę serce rośnie, bo się okazuje, że sędziowie jednak wybierają tych prodemokratycznych kandydatów, a ci wszyscy ludzie powiązani z PiS, bo muszę to tak powiedzieć, którzy dali się ubrać w te polityczne wybory neo KRS, ponieśli sromotną klęskę. Duże szanse, by znaleźć się we wskazanej piętnastce ma Magdalena Kierszka, kandydatka w gdańskich wyborach. Od 2017 r. protestowała przeciwko zamachowi PiS na praworządność. Wtedy PiS zmienił ustawę o KRS tak, żeby 15 jej członków nie wybierali sędziowie, a Sejm i upolityczniono KRS. Teraz ma się to zmienić. Ten plan to często jedyne wyjście na drodze do przywracania ładu prawnego w Polsce. Na biurku prezydenta leżała ustawa - kompromisowa. To wszyscy sędziowie mieli wybierać 15 kandydatów, a nie Sejm, jak to zmienił PiS. Prezydent ją zawetował. Pat. A więc plan B. Sędziów wybranych przez sędziów Sejm jedynie zatwierdzi. On jest gorszy, ale dopuszczalny. Naszym zdaniem w sytuacji, kiedy prezydent wetuje wszystko, nie ma z nim żadnej współpracy. Według byłego wiceministra sprawiedliwości z PiS-u wybór obecnej KRS nie jest zgodny z prawem. W Trybunale Konstytucyjnym też plan B, zgodnie z którym 4 sędziów złożyła ślubowanie w Sejmie i przesłała je do prezydenta, bo ten z przyjęciem od nich ślubowania zwlekał. 2 sędziów złożyło takie ślubowanie, a pan prezydent przecież nie powiedział nic na temat tego, czy przyjmie, czy nie przyjmie ślubowania od tych 4 sędziów. Oni woleli sami zaangażować, zrealizować scenariusz polityczny rządzących. Zatrważające jest to, że już ponad połowa Polaków nie ufa Trybunałowi Konstytucyjnemu, który przecież powinien stać na straży Konstytucji. Dziwię się, że tak mało ludzi nie ufa Trybunałowi Konstytucyjnemu, bo właściwie trybunału nie ma. Tak kończy się 8-letnie szarganie praworządności przez poprzednie rządy. Tę sprawę pod lupę CBA wzięło już w 2022 r., ale z dość oczywistych powodów trop się urwał. Teraz się odnajduje i prowadzi do finansowych szczegółów kampanii w przedterminowych wyborach prezydenta Rzeszowa. To był ważny moment dla ówczesnej partii władzy. Na tyle ważny, że jak podejrzewają służby, prawem przejmowano się umiarkowanie. Przedterminowe wybory na prezydenta Rzeszowa 5 lat temu wygrał popierany przez KO, Lewicę, PSL i Polskę 2050 Konrad Fijołek. Główną rywalką była wspierana przez PiS wojewoda podkarpacka Ewa Leniart. Na Rzeszów patrzyła wtedy cała Polska, zjeżdżali się najważniejsi politycy, bo te wybory to był test na półmetku poprzedniej kadencji. I PiS go oblał. Rzeszów był dla nich bardzo ważny, był taką symboliczną kwestią, więc tam puściły wszelkie hamulce. Kampania Ewy Leniart znalazła się pod lupą prokuratury. Słychać o nielegalnym finansowaniu i pieniądzach przekazywanych w kopertach, z pominięciem komitetu wyborczego. Zarzuty usłyszały 3 osoby. 2 osoby usłyszały zarzuty wręczania korzyści majątkowej, natomiast 1 osoba - pośrednictwa we wręczaniu korzyści majątkowej osobie pełniącej funkcje publiczną. CBA ustaliło, że na kampanię Ewy Leniart tą drogą przekazano ponad 70 tys. zł. Kluczową postacią, jak ustalili dziennikarze Radia Zet i Newsweeka, był Janusz F., ówczesny prezes jednej ze spółek skarbu państwa. Nie pracował w sztabie, ale przyjeżdżał z rekomendacji wysokich przedstawicieli PiS do dyrektorów spółek skarbu państwa i pobierał od nich - nie chcę powiedzieć, że haracz, ale pobierał od nich gotówkę. Mówił wprost, że to jest na kampanię, na pomoc pani wojewodzie. Do wpłat przyznało się w sumie 28 osób. Sprawa wygląda na to, że była prosta: płacisz, to masz gwarantowane miejsce, ochronę polityczną. Nie płacisz, to możesz wylecieć z roboty. Z Ewą Leniart nie udało nam się skontaktować. Autorom artykułu wysłała wiadomość, że: "nie pozyskiwała środków finansowych w inny sposób niż prawnie unormowany". Dla PiS-u sprawa jest polityczna. Zarzuty mogą być postawione każdemu i w każdej sprawie. Przypomina to do złudzenia czasy stalinowskie. Tyle, że sprawę zaczęto prześwietlać jeszcze za rządów PiS. PiS nie może mówić, że są to polityczne działania prokuratury, bo sprawa rozpoczęła się w 2022 roku. Wtedy CBA prowadziło operację o kryptonimie "Archanioł". Chodziło o pranie brudnych pieniędzy przez prezeskę Uzdrowiska Rymanów. Z podsłuchów wyodrębniono następnie 3 wątki: uzdrowisko, Collegium Humanum i właśnie kampanię Ewy Leniart. To jest najważniejsze, dlaczego to śledztwo od 4 lat trwa i nic się z nim nie stało. Rządzący przypominają, że to nie pierwszy taki zarzut pod adresem PiS. Fundusz Sprawiedliwości chociażby, który był dedykowany ofiarom przestępstw, zamieniony w swoisty wehikuł prowadzenia kampanii wyborczej. Sprawę finansowania kampanii Ewy Leniart bada śląski wydział Prokuratury Krajowej. Tatrzański monitoring. Sytuacja diametralnie się zmienia i warto obserwować jak na to reaguje przyroda. Duży napływ turystów ma wpływ na przyrodę. Ta nasza gałąź w parku została o nowoczesne technologie rozwinięta. Rozejm jest przedłużony, ale lufy dymią. Cieśnina Ormuz nadal zablokowana, kilka statków ostrzelanych przez Iran, jeden przejęty przez amerykańską marynarkę. Donald Trump chce dać czas Teheranowi, by znalazł plan na pokój, ale na razie Iran zarzuca mu akty wojny mimo deklarowanego rozejmu. Łączymy się z Waszyngtonem, tam jest Marcin Antosiewicz. Witaj, powiedz dlaczego trwa rozejm, ale nie trwają rozmowy? Rozmowy trwają, ale komunikacja jest utrudniona. Z dwóch powodów. Po pierwsze, po tym, kiedy Izraelczycy i Amerykanie zabili głównych przedstawicieli reżimu z najwyższym przywódcą na czele, nowo wybrani liderzy bardzo strzegą swojego bezpieczeństwa. Lokalizacji, w których się znajdują. Kontakt z nimi jest utrudniony i zajmuje dużo czasu. Po drugie, nie wiemy, Amerykanie też nie wiedzą, jaki jest rozkład sił w nowym rozdaniu na szczytach władzy w Teheranie. Amerykańcy i pakistańscy negocjatorzy mówią, że widzą napięcia między władzami cywilnymi, które podobno chcą się dogadać, a przywódcami duchowymi z Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Więc w tej chwili pakistańscy negocjatorzy mają za zadanie otrzymanie z Teheranu jednego stanowiska, na jakie warunki zakończenia wojny Irańczycy są gotowi. Jeśli są gotowi. Trump na razie odczekuje, ale w Waszyngtonie jego ludzie suflują dziennikarzom, że w Pentagonie powstaje nowa lista celów do zbombardowania w Iranie, na wypadek gdyby Irańczycy chcieli w nieskończoność przedłużać negocjacje. Wojna na Bliskim Wschodzie coraz mocniej wpływa na lotnictwo cywilne. Bo paliwo to aż 1/4 wszystkich wydatków linii lotniczych. Efekt? Ceny biletów w klasie ekonomicznej już skoczyły o 24% rok do roku. Przewoźnicy domagają się wsparcia, a to może pasażerów zaboleć jeszcze mocniej, bo wśród proponowanych rozwiązań jest uznanie opóźnień i odwołań lotów wynikających z niedoborów paliwa za nadzwyczajne okoliczności. Linie uniknęłyby wtedy wypłaty odszkodowań pasażerom. Na razie tną wydatki, i jak niemiecka Lufthansa, siatkę połączeń. Huczne urodziny w bawarskim stylu. Niemiecka Lufthansa to już stulatka. Przed którą, w teorii, świetlana przyszłość. Prognozy przewidują, że globalny ruch lotniczy podwoi się do 2050 r. Lufthansa ma jednak swoje problemy. Niemiecki przewoźnik kilka miesięcy temu skasował połączenia z Poznania do Monachium. Boryka się z pewnymi kłopotami, powiedzmy natury organizacyjnej, płacowej i związanej z zatrudnieniem. Teraz pojawiają się kolejne drastyczne cięcia w siatce połączeń. Łącznie do października z rozkładu lotów zostanie wycofanych 20 000 rejsów krótkodystansowych, co odpowiada około 40 000 ton paliwa lotniczego. Zmiany dotyczą też polskich miast. Do Frankfurtu nie polecimy już z Rzeszowa i Bydgoszczy. Pasażerowie zostali poinformowani przez przewoźnika, zgodnie z procedurami, o odwołaniu rejsów. Niemiecki gigant szuka oszczędności, bo od początku konfliktu na Bliskim Wschodzie cena paliwa wzrosła dwukrotnie. Jest go też coraz mniej. W Europie mamy zapas paliwa może na 6 tygodni, jeśli nie da się otworzyć cieśniny Ormuz. Połączenia likwiduje kilkadziesiąt linii lotniczych na kontynencie i na świcie. Komisarz UE ds. transportu zapewnia, że nie ma powodów do paniki. Europa utrzymuje zapasy interwencyjne, zapasy te mogą być i będą uwalniane tylko w razie potrzeby. Problemem mają być deficyty na innych kontynentach. Borykamy się z fizycznymi niedoborami na rynkach azjatyckich. Jeśli więc Lufthansa lata do Azji i nie może tam zatankować, to mamy wyraźny problem. Gdy finansowe turbulencje linii lotniczych uziemiają samoloty, w górę szybują ceny paliw, a to może podciąć skrzydła, także podróżującym. Rodzina Dębowskich dziś wyleciała do Szkocji. Bilety kupili już 4 miesiące temu. Dzięki temu, że udało nam się kupić wcześniej bilety, zapłaciliśmy mniej, gdybyśmy kupowali je teraz. Egzotyczne wyjazdy biura podróży już teraz organizują po kosztach. Branża się boi, wszystkie możliwe rezerwacje, które można było zrobić, zrobiliśmy. Lepiej zabezpieczyć się na wakacje zimowe, czy nawet przyszły rok, już teraz kupując bilety. Bo ceny biletów lotniczych od początku roku wzrosły już o 1/4. Powietrze miało być czyste, ale zostało tylko hasło i to też coraz bardziej kłopotliwe, bo CBA sprawdza, kto na nim zrobił brudny interes. Kasę na termomodernizację i nowe piece wyłożyła Unia, więc też unijna prokuratura pyta gdzie są pieniądze, bo inwestycji nie widać. Już wiadomo, że dziury w programie były takie, że przeszło nawet grube oszustwo. Czym dziś pachnie "czyste powietrze"? Nowy i ekologiczny - miał działać ale nie działa. Firma, która instalowała piec, zniknęła, a pani Zofia zimą przeżywała koszmar. Nie spałam, nie jadłam więcej chyba jak tydzień, bo chciałam, żeby chociaż trochę ogrzał, a tam się ciągle zapychało i ja to ręcznie sterowałam. Nie ma też obiecanej termomodernizacji domu, są tylko materiały budowlane od miesięcy leżące na podwórku. I pytanie: kto zapłaci ok. 140 tys. zł. Nieuczciwe firmy podpisywały umowy z osobami, które zgłosiły się do programu Czyste powietrze. W ich imieniu brały zaliczki idące w setki tysięcy złotych i znikały lub wykonywały tylko część prac. Fundusz Ochrony Środowiska żąda zwrotów zaliczek, ale właściciele nieruchomości tych pieniędzy nawet nie widzieli. Jeżeli chodzi o sytuację osób najbiedniejszych, które tych środków nie mają i fundusz dochodzi od nich zwrotu, no to pojawia się naprawdę poważny problem, w związku z czym występujemy do wykonawców o zwrot tych środków. Program Czyste powietrze został wprowadzony w czasie rządów PiS. W 2022 r. zasady realizacji programu poluzowano. Nieprecyzyjne przepisy wykorzystali nieuczciwi wykonawcy. Wymiana okien wzrosła wtedy o 140%, ocieplenie dachu o 140%, ocieplenie ścian zewnętrznych o 140%. No i wtedy pojawiły się też sławetne drzwi za 140 tys. zł. W 2024 r. program został zawieszony, a przepisy uszczelniono. Ale problem pozostał. Panowie zapewniali, że będzie tak ładnie, pięknie, ocieplą mi dom, położą strukturę, wybiorę sobie kolor okien, kolor struktury, no miało być pięknie, ale po 2 latach okazało się, że to jest wszystko oszustwo. Poszkodowani informacji o tym jak dochodzić swoich praw mogą szukać pod tym numerem telefonu lub na tej stronie internetowej. To mnie wyniszcza, nie mogę spać nocami, to nie są małe pieniądze, to jest 58 tys. Sprawę bada Europejska Prokuratura. Na jej polecenie w Ministerstwie Klimatu i Środowiska oraz wojewódzkich filiach Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej pojawili się agenci CBA. Lekarze znają nazwy tych schorzeń, ale częściej z podręcznika, bo przypadki trafiają się rzadko. Kiedy już się jednak trafią, to medycyna wie co z leczeniem, ale nie wie co z rachunkiem, bo zwykle jak rzadko widać wtedy, że życie nie jest bezcenne. Ci, którzy przeszli przez taką historię, wiedzą, że najbardziej wtedy liczyć trzeba na ludzi. O drobnych jak kroplówka - Katarzyna Grzęda-Łozicka. Przez całe życie to ona wyciągała pomocną dłoń do innych. Z mężem stworzyli rodzinę zastępczą dla ośmiorga dzieci. Teraz Agnieszka Olejnik sama znalazła się pod ścianą: w marcu usłyszała druzgocącą diagnozę. Przez pierwsze 2 tygodnie żegnałam się z życiem, spisywałam testament, na moją młodszą córkę nie mogłam patrzeć, patrzyłam, ale kończyło się to łzami. Lekarze wykryli u niej gigantycznego guza, struniaka - skrajnie rzadki nowotwór. W Polsce notuje się kilka-kilkanaście przypadków rocznie. W Polsce lekarze są w stanie wykonywać jedynie radykalną operację wycięcia kości krzyżowej, a to oznaczałoby dla niej niepełnosprawność. I rezygnację z prowadzenia rodziny zastępczej. Jest bardzo silną kobietą, ja całe życie ją podziwiałam. Alternatywą jest nowatorskie leczenie w Austrii, ale koszt terapii to ponad 500 tys. zł. Bliscy wzięli sprawy w swoje ręce, organizując zbiórkę i udało się. Brak słów, bo to dosłownie chwila, moment i udało się zebrać taką gotówkę, na którą myśleliśmy, że będziemy czekać miesiącami. Przed nią długa do zdrowia, ale jak mówi, ma dla kogo walczyć. Już 10 maja zaczyna terapię. Trzeba wrócić tutaj, walczyć dalej, będzie dobrze. Socjolożka Magdalena Piłat-Borcuch przyznaje, że takie historie przywracają wiarę w drugiego człowieka. Już wielokrotnie udowodniliśmy, że w sytuacjach kryzysowych potrafimy otwierać serca. Dowodem są też zbiórki organizowane przez TVP, jak ta dla Katarzyny Dudki, której skradziono wózek inwalidzki. W ciągu doby udało się zebrać potrzebne środki i kupić nowy sprzęt. Dobro powraca. Nie wiemy jak będzie wyglądała nasza sytuacja, może za chwilę ktoś z nas, albo z naszych bliskich znajdzie się w podobnej sytuacji. Na podobne wsparcie czekają teraz rodzice 4-letniej Malwinki Marszałek, która walczy z zespołem Retta. Przez chorobę przestała mówić i chodzić. Choroba u Malwinki postępuje w sposób drastyczny. Istnieje lek, ale tygodniowa kuracja kosztuje 50 tys. zł, dlatego rodzice błagają o wsparcie, a w zbiórkę włącza się też Fundacja TVP. Pomóż nam uratować córeczkę. Rodzice nie tracą też nadziei na całkowite wyleczenie. Obiecująca terapia genowa jest w fazie ostatnich testów klinicznych w USA. Mogliśmy się dziś podzielić się tym, czego widzowie na co dzień nie mają okazji zobaczyć. Pokazaliśmy kulisy pracy naszego programu informacyjnego i całej Telewizji Polskiej gościowi, który wylicytował dzień z nami w ramach aukcji na rzecz WOŚP. Cezary Furmann zaczął dzień z nami od kolegium redakcyjnego, na którym, jak zwykle, rodzą się pomysły, które potem trzeba przekuć w materiały filmowe. Dzień pełen wydarzeń, nie zawsze łatwych do pokazania. Nic nie wychodzi, nikt nie odbiera telefonów. Jak państwo zobaczycie mój materiał o 19.30, uznam to za cud. Tu już kawałek materiału powstał. Setka może mieć najczęściej 10 sekund. Nasz gość mógł poznać też inne miejsca Telewizji Polskiej: korytarz znany sprzed 50 lat z kultowej sceny "Człowieka z marmuru", z Krystyną Jandą. A także prace w studiu nad spotem zapowiadającym festiwal w Opolu. Rzadko się zdarza, żeby ktoś z zewnątrz do tego miejsca mógł wejść, tak że serdecznie gratuluję, bo to jest kuchnia TVP. Największe wrażenie robi jednak studio programów informacyjnych. To jest niesamowita praca i niesamowity sztab ludzi, coś, czego nie widzimy jako widzowie. Jeżeli ktoś chce z nami spędzić dzień, to jest namacalny przykład, że jesteśmy potrzebni, że ta telewizja zmieniła się. Zapraszam wszystkich do oglądania 19.30, najlepszego programu informacyjnego w Polsce. Trwa dramat wieloryba, który od początku marca z nieznanych powodów błąka się po niemieckich wybrzeżach Bałtyku. Ratownicy wciąż mają nadzieję, że ważące kilkanaście ton zwierzę zbierze siły i wypłynie w stronę otwartego morza. Gdyby tak się stało, jego droga do wolności byłaby jednak jeszcze długa. Z Bałtyku musiałby trafić do Morza Północnego, stamtąd do Atlantyku. Los wieloryba nazwanego Timmy nie schodzi w Niemczech z czołówek gazet i serwisów informacyjnych. Media śledzą każdy jego ruch, obserwują niemal każdy oddech. Od 23 dni humbak jest w pobliżu wyspy Poel. Widzieliśmy jak unosi płetwę. Przejechaliśmy 800 km, żeby to zobaczyć. Uważam, że przywiązuje się do tej konkretnej sytuacji zbyt dużą wagę, nawet jeśli jest to smutne. Ratownicy się jednak nie poddają. Za pomocą koparek na pontonach i rur próbują usunąć piasek spod wieloryba. Poziom wody spadł, a to oznacza, że ciężar ssaka uciska mocniej na jego narządy. Wypłukiwanie piasku pod nim przebiega w jak najmniej inwazyjny sposób. Najważniejsze jest to, czy uda mu się pokonać zakręt i wypłynąć w stronę głębszej wody. Udało się przedwczoraj - nadzieja była ogromna, choć wieloryb był zdezorientowany, płynął zygzakiem raz w kierunku otwartego morza, potem znów zatoki. W końcu po raz piąty utknął na mieliźnie. Od początku mówiłem, że powinno się pozwolić temu wielorybowi odejść. Jest to decyzja etyczna, którą trzeba podjąć i nie jest ona łatwa. Tak zdecydowały władze i zaprzestały ratowania ssaka, ale wspiera ją dwoje przedsiębiorców, którzy teraz finansują akcję. Ssak Jest coraz słabszy, w paszczy ma kawałek sieci, a stan jego skóry jest fatalny. Ratownicy regularnie ją nawilżają. Są całkowicie uzależnieni od tego, czy wieloryb z nimi współpracuje, czy nie reaguje gwałtownie. Istnieje więc również zagrożenie dla osób znajdujących się w wodzie. Dlatego na miejscu czuwają też ratownicy. Jesteśmy gotowi, by pomóc, gdyby doszło do wypadku. Mówiąc krótko: jesteśmy ratownikami dla ratowników. Wieloryby nie występują w płytkim Bałtyku i nie mają w nim szansy na przetrwać. Dlaczego Timmy się tu znalazł - nie wiadomo. Chyba nigdy wcześniej w Niemczech - i nie tylko tu - los pojedynczego wieloryba nie trzymał ludzi w takim napięciu. Wielu skłania do refleksji nad sytuacją tych zwierząt i udziału ludzi w ich cierpieniu. Szacuje się, że rocznie z powodu działalności człowieka ginie ok. 300 tys. wielorybów i delfinów. 21 tys. ha turni, żlebów, dolin, hal, lasów i całego bizantyjskiego przepychu Tatr pod precyzyjnym nadzorem. Monitoring to nie jest dobre słowo, bo Tatrzański Park Narodowy sięga po dane lotnicze, satelitarne i skaning laserowy. Pozwoli na zarządzanie ekosystemem od lokalizowanie ognisk gatunków inwazyjnych, po ocenę skutków wiatrołomów i lawin. 21 tys. ha pod czujnym okiem technologii. TPN rozpoczyna powietrzny monitoring parku. Zadanie teledetekcyjne, czyli pozyskanie danych z poziomu samolotu, z poziomu satelity, w celu tzw. detekcji elementów środowiska przyrodniczego. Przyroda ta ożywiona i nieożywiona będzie dokładnie obserwowana z powietrza, także przy użyciu dronów. Zdjęcia lasów, potoków, obszarów wysokogórskich będą analizowane przez nowoczesną technologią. Powstaną szczegółowe modele terenu i dokumentacje nawet niewielkich zmian w środowisku. Taka troszkę kapsuła czasu, bo realizacja tego typu projektu pozwoli na pozyskanie dużej ilości danych. Dane w przyszłości pozwolą przyrodnikom i miłośnikom gór analizować, jak zmieniają się Tatry. Dzięki temu jesteśmy w stanie bardzo precyzyjnie określić, gdzie występują dane gatunki roślin. Jeśli są to gatunki inwazyjne, jesteśmy w stanie je usuwać. Pod czujnym okiem technologii będzie też człowiek. To Dolina Chochołowska w miniony weekend. Tysiące turystów na tydzień przed majówką postanowiło zobaczyć na żywo kwitnące krokusy. Wydaje mi się, że też by trzeba było ograniczyć jakoś wejście do Parku Narodowego, bo potem jest człowiek na człowieku. Dziś, w środku tygodnia, było nieco spokojniej. Mało ludzi, jest cudownie. Jeszcze sezon się nie zaczął, to jest dużo mniej ludzi. Przewodnik Jan Krzeptowski-Sabała od 20 lat pokazuje turystom Tatry. Gdy zaczynał, Park rocznie odwiedzało 2 miliony ludzi. Teraz to ponad 5 mln. Ważne, by zbierać dane i analizować je na przestrzeni lat, szczególnie w kontekście turystyki, bo być może kiedyś ta turystyka będzie musiała być limitowana. Bo liczba turystów nie może zwiększać się w nieskończoność. Zostawiają śmieci: butelki po napojach, puszki, papiery i tak dalej. Może świadomość, że monitoring TPN widzi niemal wszystko, sprawi, że homo sapiens uszanuje inne gatunki. Choćby te świstaki, które właśnie zbudziły się z zimowego snu. To wszystko w programie. Dziękuję i do zobaczenia. A teraz Robert Korzeniowski, lekkoatleta, olimpijczyk, działacz sportowy w Pytaniu Dnia u Doroty Wysockiej-Schnepf.