Joanna Dunikowska-Paź. Dobry wieczór. Oglądają państwo 19.30 w niedzielę. Głównym tematem nadal jest wielka powódź, a na falę kulminacyjną na Odrze przygotowują się teraz mieszkańcy województwa lubuskiego. Na Dolnym Śląsku z kolei w Głogowie Odra przekroczyła stan alarmowy, ale to jej mały dopływ - rzeka Czarna - zalała dziś część miasta. Spójrzmy na mapy wskazujące, gdzie zagrożenie jest w tej chwili największe. Kolorem czerwonym zaznaczyliśmy miejsca, gdzie woda jest powyżej stanu alarmowego. To między innymi Brzeg Dolny, Ścinawa i Głogów. W tym mieście to 685 centymetrów. W 1997 roku było to 712 centymetrów. Jutro przed południem poziom wody ma się obniżyć. W Nowej Soli kulminacja spodziewana jest o północy. Na dopływach Odry tworzy się tak zwana cofka rzeczna, szczególnie na rzece Czarna Woda. Stan klęski żywiołowej ma obowiązywać na terenach dotkniętych wielką wodą do 16 października, a jego obszar może zostać rozszerzony. Mieszkańcom zalanych miejscowości, a także tych, które wciąż zagrożone są podtopieniami, cały czas pomaga między innymi wojsko. Jak wielka woda zmienia krajobraz ostatnich dni i godzin? To w ostatnich dniach codzienność w nadodrzańskich miejscowościach. Napełnianie worków z piaskiem i zawożenie ich na przesiąknięte wały. Mieszkańcy Bobrownik w Lubuskiem chcą ocalić swój dobytek. Wszyscy są zmęczeni, ale są zdeterminowani mieszkańcy, tak że ja mam nadzieję, że się uda. Nawet ludzie się nie spodziewali, że aż tylu ludzi przyjdzie i nam będzie pomagało. Kulminacja fali na Odrze dociera do województwa lubuskiego, ale nie opuściła jeszcze Dolnego Śląska. W Głogowie stan alarmowy został dziś przekroczony o dwa i pół metra. Woda wdarła się na tory kolejowe, które biegną wzdłuż rzeki. Linia kolejowa w Głogowie jest niestety nieprzejezdna. Ta sytuacja może potrwać co najmniej do wtorku. Bo we wtorek poziom wody w Odrze zacznie opadać. Najtrudniejsza sytuacja jest teraz na osiedlu Krzepów. Tuż przed ujściem do Odry przez cofkę wylała rzeka Czarna. Budynki gospodarcze zalane, moje zwierzęta ewakuowane na strych, więc jest ciężko. Otrzymałem od generała Sokołowskiego potwierdzenie o dużej liczbie żołnierzy jeszcze, którzy doszli do pomocy w Głogowie. O skali udziału Sił Zbrojnych we wszystkich działaniach związanych z powodzią informuje wiceminister obrony narodowej. Wzięło w nich udział ponad 23 tysiące żołnierzy, a niemal 3 tysiące czeka w pogotowiu. Tam, gdzie woda już opadła, trwa usuwanie skutków powodzi. Są też ważne deklaracje. Odbudujemy wszystkie szkoły, które będą tego potrzebowały. Ministra edukacji odwiedziła podtopioną kilka dni temu placówkę w miejscowości Bardo, na Dolnym Śląsku. W wyniku powodzi na południu Polski ucierpiało łącznie ponad 200 szkół i przedszkoli. Zajęcia zawieszono w ponad 400 w trzech województwach, bo niektóre placówki pełnią funkcję punktów pomocowych. Dlatego rusza akcja "Zielone szkoły" dla dzieci, które w najbliższym czasie lekcji mieć nie będą. Dzisiaj wyrusza pierwsza grupa zorganizowana, tu wielkie podziękowania dla miasta Sopot, na które zawsze można liczyć. 60 dzieciaków rusza w tej chwili z Kłodzka. Po wielkiej wodzie wielkie szkody też w uprawach. Według najnowszych szacunków Ministerstwa Rolnictwa zalanych zostało 68 tys. ha gruntów rolnych. Wszystko, co było przykryte wodą, do poziomu wody to już jest przeznaczone na straty. Na polecenie ministra rolnictwa wojewodowie mają powoływać specjalne komisje. Te ocenią i wycenią szkody. Pomoc jest niezbędna, pomoc będzie, ale też musimy mieć świadomość, że nigdy pomoc nie pokrywa w pełni kosztów. Niektóre miejscowości teraz zaczęły liczyć straty. A niektóre dopiero czekają na nadejście fali wezbraniowej. A miejscami, które wyjątkowo mocno ucierpiały podczas powodzi, są Stronie Śląskie i Lądek-Zdrój na Dolnym Śląsku. To prawdziwy armagedon, nie poznajemy tych miejsc - mówią mieszkańcy, a dziś rozmawiał z nimi nasz reporter Witold Tabaka. Dobry wieczór. Powiedz, jak wygląda wielkie sprzątanie, czego najbardziej potrzebują mieszkańcy i o co apelują służby? Mieszkańcy nie potrzebują wody butelkowanej i żywności. Nie wracają do domów. Wracają tam, żeby sprzątać. Żeby użyć osuszaczy. One są potrzebne. To postulat władz i wolontariuszy. Też pomoc przy skuwaniu tynków. Jest mnóstwo żołnierzy i wolontariuszy. Ten region żyje z turystyki. Jest apel, żeby nie odwoływać pobytu. Np. W Polanicy Zdroju. W Lądku zniszczenia są ogromne. Drogi nie są przejezdne. Jest turystyka powodziowa. To jest potępiane. Prace trwają kilkanaście godzin dziennia. Restauracja czynna, ale jedzenie z kuchni w całości trafia do wolontariuszy, żołnierzy i strażaków. Ile panie już dzisiaj zrobiły kanapek? 260, jeszcze stówa. To tylko śniadanie, są też obiad i kolacja. Praca od rana do nocy. Do kiedy będzie trzeba, będziemy to robili. Tydzień temu, kiedy pękła tama, była to jedyna tak duża restauracja, która miała dostęp do wody, prądu i gazu. I pierwsza, która zaczęła pomagać. A później to już z dnia na dzień coraz więcej tych osób przybywało do karmienia, przyjeżdżały kolejne straże, kolejne służby, które nas tutaj wspierały. Jeszcze w sobotę, dzień przed powodzią, ta kuchnia gotowała dania dla gości weselnych. Córka Sylwii Miernik wychodziła za mąż. Następnego dnia okazało się, że ani młoda para, ani matka panny młodej nie mają do czego wracać. Tu na korytarzu wody było tyle. W tamtej części było nieco wyżej, ale w granicach półtora metra, metr osiemdziesiąt, do dwóch miejscami. Teraz trwa wyścig z czasem. Przeraża to, że idzie po prostu zima. Zostaliśmy, jak staliśmy. A trzeba się spieszyć, bo już teraz w nocy temperatura spada poniżej 6 stopni. Wielkie sprzątanie trwa. Setki pralek, lodówek, odkurzaczy, kuchenek gazowych, a także tony mebli. To wszystko zostało zebrane w Stroniu Śląskim tylko w ostatnich kilku dniach. Gazu w domach jeszcze długo nie będzie, ale pozostałe media powoli są przywracane. Prąd i woda jest mniej więcej w okolicach 80% domostw przywrócone. Ten region żyje z turystów, dlatego przedsiębiorcy proszą, by nie odwoływać rezerwacji zwłaszcza w miejscowościach, które nie ucierpiały. Apelujemy do całej Polski, żeby jednak uprawiali turystykę w naszych regionach, mieszkańcy tej gminy, wszyscy się utrzymują z tego przede wszystkim. Nawet tu, gdzie przeszła powódź, prawie wszędzie można już dojechać samochodami. Jeszcze kilka dni temu do niektórych wiosek można było dotrzeć tylko quadami. Marcin Andryszków przyjechał jako wolontariusz i dostarczał żywność. Tego nie da się opisać z tego względu, że nam też serca ściskało, jak wychodziliśmy z darami, ludzie płakali. My też. Ciężko było nam w ogóle rozmawiać. Gardła ściskało, ludzie naprawdę bardzo ciepło, bardzo ciepło nas przyjmowali. Ci, którzy pomoc dostają, też nie mogą opanować wzruszenia. Wielka pomoc, ogromne dzięki. Dziękuję. Sprzątali nam piwnice, wywozili ten brud z takim uśmiechem na twarzy, żeby nas troszeczkę podbudować, bo jest ciężko. Teresa Iwańczyk upadła na błocie, szła do córki po działającą kuchenkę, bo ta w jej domu została zalana. Piersi czarne, nogi czarne, wszystko czarne i tu wojskowi mi zrobili opatrunek, to jakaś ropa jeszcze wychodzi, dali antybiotyki, tak że jestem zaopiekowana. Weronika Pierścionek była tuż przed porodem, kiedy woda szła przez miasto, jej narzeczony strażak pomagał powodzianom. Do szpitala dotarła na czas, teraz wraz z innymi ewakuowanymi powodzianami mieszka w pensjonacie. Urodzone w powódź w pensjonacie. Śmialiśmy się troszkę półżartem, że wyszło ze szpitala, od razu na wakacje pojechało. Młoda mama wierzy, że jej córeczka Eliza teraz będzie już miała tylko lepiej. Oglądają państwo niedzielne wydanie "19.30". Tuż po nim specjalny blok reklamowy, z którego dochód w całości zostanie przeznaczony na pomoc powodzianom. A już za chwilę w programie rządowa nominacja i polityczne komentarze, a potem także... Zginął, ratując innych. Wykazał się wielkim heroizmem i odwagą, łapiąc za kierownicę. Będzie nam Damiana brakować bardzo. Dzień bez samochodu. Nie stoimy w korkach. Jest ekologicznie. Ma przygotować i zrealizować plan obudowy po wielkiej wodzie. Premier mianował Marcina Kierwińskiego na rządowego pełnomocnika. Teraz były minister, przez chwilę europoseł i wciąż sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej, czeka na prezydencki podpis pod nominacją, a Andrzej Duda czeka na dokumenty. W międzyczasie pojawiają się kolejne polityczne komentarze do tej decyzji, a zebrała je Maria Guzek. Po porannym posiedzeniu sztabu kryzysowego we Wrocławiu ważna zapowiedź na kolejne dni. Będziemy mieli teraz w Warszawie swój sztab, który będzie przygotowywał te zmiany w rozporządzeniach i ustawach niezbędne, żebyśmy je przyjęli już we wtorek. Bo trzeba przygotować plan na to, co po wielkiej wodzie. Tym ma się zająć Marcin Kierwiński, którego premier wyznaczył na pełnomocnika rządu ds. odbudowy po powodzi. Ale formalnie nominację musi podpisać prezydent. Byłem cały czas przygotowany do tego, żeby w każdej chwili zrealizować tą nominację od strony tej prezydenckiej zgodnie z normami konstytucyjnymi, ale stosowny wniosek i stosowne dokumenty z Kancelarii Premiera nie przyszły po prostu. To szczegół, dokumenty są w drodze - słyszymy od polityków koalicji 15 października. Kierwiński już jest na miejscu, już działa, już się spotyka i nie ma godziny do stracenia. Priorytety odbudowy po powodzi nakreślił premier. Nie może dla nikogo zabraknąć miejsca zamieszkania. I to takiego na takim elementarnym poziomie. Drugie to jest oczywiście infrastruktura, i to ta krytyczna. A więc mosty i drogi, ale też np. oczyszczalnie ścieków. Nikt nie zostanie bez pomocy - mówi nowy pełnomocnik. Ma on koordynować realizację programu Odbudowa Plus. Bardzo wstępne szacunki strat po powodzi mówią o niemal 4 miliardach złotych. Bardzo dziękuję za te pierwsze dane, bo to będzie też podstawa do tego, co będziemy robić przez najbliższe dni i pewnie tygodnie. Tzn. ustalać priorytety, kategorie i jak najszybciej przywrócić funkcjonalność tychże obiektów. Wszystko naprawdę musi być - jak się za coś zabierzemy - musi być lepsze, niż było przed powodzią. Kierwiński po wyborach został ministrem spraw wewnętrznych i administracji. W czerwcu został wybrany na europosła. Teraz straci wysoką pensję europosła oraz odprawę ze względu na krótki staż w Parlamencie Europejskim. Sam się zgłosił. W związku z tym to jego jest świadoma decyzja. W Europarlamencie zastąpi go Hanna Gronkiewicz-Waltz. Sam Marcin Kierwiński o nowej misji, która przed nim, pisał tak: Kierwiński to bliski współpracownik Donalda Tuska. Sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej. Uważany jest za dobrego organizatora. Koordynował w kampanii wyborczej marsz miliona serc. W moim odczuciu lepiej by było, gdyby to jednak nie była osoba tak czysto polityczna. Wiemy, że potrzeba osoby o bardzo mocnym kręgosłupie politycznym też, bo trzeba będzie pukać do niejednego ministra, trzeba będzie wiedzieć, jak się poruszać w rządzie, żeby być skutecznym. Para prezydencka z czterodniową wizytą w Stanach Zjednoczonych. Andrzej Duda weźmie udział w debacie generalnej Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Punkt w harmonogramie na dziś to wizyta w tzw. amerykańskiej Częstochowie w Pensylwanii, miejscu szczególnym dla Polonii. Prezydent swoją wizytę rozpoczyna w tzw. amerykanskiej Częstochowie. Bierze udział we mszy. Potem w odsłonięciu pomnika. Nie przyjechał tu Trump. Takie plany były. Organizatorzy tej uroczystości zamierzali zaprosić prezydenta Stanów Zjednoczonych na tę uroczystość jako przedstawiciele środowiska polonijnego, organizacji polonijnej, ale myśmy nie mieli żadnego formalnego potwierdzenia jako Kancelaria Prezydenta, że prezydent Donald Trump weźmie w tym udział. To tu na co dzień żyje ponad 800 tys. Polaków. Ich głosy mogą zaważyć na wyniku wyborów. W Pensylwanii, gdzie teraz przebywa para prezydencka, mieszka prawie 800 tysięcy naszych rodaków. To w tym stanie 8 lat temu wygrał Donald Trump, cztery lata temu Joe Biden. Nie należy się zatem dziwić, że tak usilnie zabiegać o głosy Polaków chcą kandydaci na prezydenta Stanów. Filadelfia, kolebka amerykańskiej demokracji. Największe miasto Pensylwanii, stanu, od którego, wszystko na to wskazuje, zależy wynik wyborów prezydenckich. A może nawet to mieszkańcy Port Richmond, polskiej dzielnicy, zdecydują o przyszłym gospodarzu Białego Domu. I Filadelfię widać, jak się spojrzy, centrum. Tu jest polska apteka. To jest kościół św. Wojciecha. Polski sklep. Piekarnia Bałtyk jest. A to jest park Pułaskiego. Polski cmentarz. Na którym odnajdujemy groby Polaków z pierwszej emigracji do Ameryki. Niektórzy z nich urodzili się w połowie XIX wieku. Polska była pod zaborami. Dwa i pół miliona wyjechało wtedy za chlebem i wolnością. Ktoś w sztabie Kamali Harris dobrze odrobił lekcje z historii Pensylwanii. Dlaczego nie powiesz 800 tysiącom polskim Amerykanów w Pensylwanii, jak szybko poddałbyś się w zamian za przychylność dyktatora, który zjadłby cię na obiad? Bardzo się ucieszyłam, że ładnie o nas mówiła. My na to czekamy, żeby w końcu nas też w końcu ktoś zauważył. Za słowami w debacie poszły spoty reklamowe, w których Harris komplementuje Polaków za szybkie rozpoznanie rosyjskiego zagrożenia i potwierdza gwarancje bezpieczeństwa. W amerykańskich mediach dyskusje o taktyce Harris na pozyskanie polskich głosów. Rodacy w Port Richmond szybko rozszyfrowują cele jej sztabowców. Spory elektorat, dlatego powiedziała. Dokładnie, spory lektorat, tak że też nie ma być czym zaskoczonym za bardzo. Polacy stanowią 5 procent populacji Pensylwanii. I od obojga kandydatów oczekują rozwiązania codziennych problemów, którymi żyją wszyscy Amerykanie. Mniej kupują, więcej jest transakcji na karty kredytowe niż transakcji za pieniądze. Wszyscy nam mówią, że wszystko się zmienia, że to już nie jest ta Ameryka. To nie jest ta Ameryka. Przede wszystkim wszystko drożeje. Ale to wszędzie drożeje. W Polsce pan był? W Polsce jedynie przez telefon czy takie rozmowy. Czas na przejażdżkę po polskiej dzielnicy. Tutaj wszystko mieszkają Polacy, po kolei. Polak, Polak, Polak. Dom za domem to są Polacy. Polska flaga biało-czerwona na samochodzie. Kilka ulic dalej wjeżdżamy na największy otwarty rynek narkotyków w kraju. W ubiegłym roku ponad 100 tysięcy Amerykanów umarło z przedawkowania. Żeby nie było widać, że filmujemy, bo tu nie wolno. Tu na rogach wszystko dilerki stoją. W uliczkach, widzicie, macie. To problem dużych miast, jak na razie nie zauważony w kampanii prezydenckiej, bo Trump straszy imigrantami, kłamiąc, że jedzą psy i koty, a Harris ignoruje temat. Nie przybywa ludzi z Polski, bo już za chlebem nie muszą tutaj przyjeżdżać, a ci, co kiedyś tutaj zaczynali, to po prostu zakładają rodziny i wyprowadzają się gdzieś poza miasto. 8 lat temu w Pensylwanii wygrał Donald Trump, 4 lata temu - Joe Biden, który dostał jedynie 80 tysięcy głosów więcej. To zaledwie 10% polskich głosów. Zatem przyszłość Ameryki leży w polskich rękach. Stawka wyborów jest wysoka i wychodzi daleko poza granice Brandenburgii. Mieszkańcy tego landu na wschodzie Niemiec właśnie meblują parlament kraju związkowego. A pierwsze sondaże po zamknięciu lokali wskazują na minimalną porażkę skrajnie prawicowej AfD. W stolicy Brandenburgii - Poczdamie - jest Magdalena Gwóźdź-Pallokat. Co ten niepewny wciąż wynik oznacza dla politycznej przyszłości kanclerza Scholza i całych Niemiec? Jeśli ten wynik się nie zmieni, to oznacza chwilową ulgę dla osłabione socjaldemokracji. Sondaże nie dawały jej zwycięstwa. Ale trudno to uznać za sukces. Wg badań rok przed wyborami do Bundestagu jest zdania, że to dobra koalicja dla NIemiec. To nie jest historia z happy endem, ale jest opowieścią o trenerze, który w dramatycznych okolicznościach stał się bohaterem dla swoich piłkarzy, ratując ich życie. Pan Damian Jędrzejewski po meczu podróżował z drużyną busem, w pewnym momencie kierowca zasłabł, a trener błyskawicznie chwycił za kierownicę. Instynktownie ratował swoich podopiecznych. Sam zmarł w szpitalu. To był ich ostatni wspólny mecz. Młodzi zawodnicy Alitu Ożarów razem ze swoim trenerem Damianem Jędrzejewskim wracali z meczu z Koroną Kielce. W miejscowości Lechów w powiecie kieleckim ich bus nagle zjechał z drogi i uderzył w drzewo. Łącznie busem podróżowało 19 osób, trener, kierowca oraz 17 zawodników drużyny piłkarskiej z Ożarowa. Wypadek był na tyle poważny, że na miejsce wysłano 10 jednostek straży pożarnej i 4 śmigłowce lotniczego pogotowia ratunkowego. Kierowca autokaru zginął na miejscu. Na pokładach śmigłowców przetransportowano czterech nastolatków od 17 do 19 lat z urazami głowy, kręgosłupa. Z relacji świadków wynika, że kierowca busa nagle zasłabł i stracił panowanie nad kierownicą. Ofiar mogło być więcej, gdyby nie błyskawiczna reakcja trenera Damiana Jędrzejewskiego. W ostatniej chwili chwycił za kierownicę, by ratować swoją drużynę. Z relacji chłopców wynika, że metr jakby inaczej uderzył ten samochód, to mogłoby być dużo więcej ofiar tego wypadku. Eksperci wskazują, że w takich sytuacjach trzeba działać instynktownie, na decyzję zostają ułamki sekund. Myślał o chłopcach, za których był jako trener odpowiedzialny. Trener wykazał się wielkim heroizmem i odwagą, łapiąc za kierownicę w celu uniknięcia negatywnych następstw tego zdarzenia, a przy okazji ratując życie pozostałych pasażerów. Trener trafił do szpitala, ale nie udało się go uratować. Zawodnicy i jego bliscy nadal nie mogą uwierzyć w to, co się stało. Był takim społecznikiem, dusza, zawsze go było wszędzie pełno, tak że będzie nam Damiana brakować. Świat się dla nas zatrzymał, ciężko mi mówić, po prostu miał taki magnes, który przyciąga dzieci i młodzież. Klub poinformował o odwołaniu najbliższych spotkań i wydarzeń sportowych, deklaruje też pomoc dla najbliższych, Damian Jędrzejowski zostawił żonę i trzy córki. W szpitalu nadal przebywa siedmiu nastolatków rannych w wypadku. Jak uśmierzyć ból, który paraliżuje codzienność, i sprawić, by mózg o nim zapomniał? Brzmi nieprawdopodobnie, ale dla neurochirurgów ze szpitala MSWiA w Warszawie i współpracujących z nimi ekspertów z Uniwersytetu w Bonn to zadanie całkiem na poważnie. A na dowód operacja stymulacji kory ruchowej, którą właśnie przeprowadzili i która ma przynieść ulgę pacjentom. Michał Jałocha 16 lat temu przeżył wypadek motocyklowy, po którym musiał przesiąść się na wózek. Miał też wyrwany splot barkowy, co powoduje u niego silne bóle całej ręki. Michał po wypadku zajął się sportem, był dwukrotnym mistrzem Polski w szpadzie, nurkuje w różnych miejscach świata, biega. Ale ból ręki coraz bardziej utrudniał mu funkcjonowanie. To jest taki ból, od którego się nie da odciąć, wyłączyć, wziąć tabletkę. Jedynym rozwiązaniem jest bycie w śpiączce farmakologicznej, ale wtedy to już nie jest życie. Metoda, którą zaproponowano pacjentowi, to stymulacja kory ruchowej. Na dokładnie określonym obszarze opony mózgowej umieszcza się specjalne elektrody, które spowodują zmniejszenie odczuwania bólu. Celem jest znalezienie kory ruchowej i miejsc, które są odpowiedzialne za uśmierzenie bólu. Chodzi o to, żeby mózg zapomniał odczuwania tego konkretnego bólu. Jest to próba modulacji, wpływu prądu elektrycznego przesyłanego przez specjalną elektrodę na ośrodki przewodzące ból i przewodzące czucie. To rzadko stosowane na świecie zabiegi. Na Uniwersytecie w Bonn przeprowadza je profesor Jarosław Maciaczyk, który w szpitalu MSWiA nadzoruje pierwsze takie operacje. Nie chodzi nam o usunięcie przyczyny bólu, najczęściej jest to zadanie niewykonalne. My skupiamy się na zmianie odczuwania bólu przez układ nerwowy, na połączeniach neuronalnych, dzięki którym sygnał bólowy dociera do mózgu. Elektrodę umieszczoną w korze ruchowej podłącza się do stymulatora, wszczepionego pod obojczykiem pacjenta. Biorąc pod uwagę dotychczasowe efekty takich operacji, lekarze liczą, że odczuwanie bólu będzie mniejsze nawet o 70 procent. Pacjenci kwalifikowani do takich operacji czują ból, uniemożliwiający ich normalne funkcjonowanie. W tym wypadku nawet niewielka poprawa może diametralnie wpłynąć na ich jakość życia. Metoda powinna być skuteczna przez kilka lat. Ale w tej operacji nie chodzi o zerojedynkowe o zlikwidowanie bólu. Przy takich urazach rzadko możemy spodziewać się efektu wow, że jak magiczna różdżka wszystkie dolegliwości pacjenta znikną. To, z czym my chcemy walczyć, to cierpienie, bo cierpienie nie jest to tylko ból. Pierwsze efekty będą odczuwalne dopiero za kilka tygodni. Michał jest świadomy, że nawet jeśli ból nie ustąpi całkowicie, to pozwoli mu wrócić do jego licznych aktywności. Autobusem czy tramwajem na gapę, ale całkiem legalnie? Nie zachęcamy, by robić to na co dzień, ale w Światowy Dzień bez Samochodu to się może opłacać. Bo zachęca do komunikacji miejskiej i pokazuje, jak podróżować bardziej ekologicznie. A włodarze polskich miast już 20 lat zachęcają do ekotransportu. Bezpłatne autobusy, tramwaje, metro i pociągi - tak dziś wygląda transport w niemal całej Polsce. Służy to temu, byśmy zmienili nasze przyzwyczajenia, byśmy korzystali więcej z transportu publicznego, roweru, takich środków komunikacji, które służą naszemu środowisku, naszej przyszłości. W Gdańsku z kartą mieszkańca można też za darmo jeździć miejskimi rowerami. Kupujemy darmowy abonament, ale na co dzień zachęcamy do korzystania z rowerów, przede wszystkim dlatego że jest szybciej niż samochodem, wygodniej, nie stoimy w korkach i jest ekologicznej i zdrowo. A to już Białystok i godzina jazdy na rowerze oraz komunikacja miejska za darmo. Mniej samochodów, mniej korków, mniej zanieczyszczeń, zdrowsze powietrze, na tym korzystamy wszyscy. W warszawskim metrze podniesione bramki także zachęcają do darmowego transportu. Powinna być benzyna droższa, może wtedy ludzie by się przesiedli, za dużo jest tych samochodów. Jesteśmy jednym z bardziej zmotoryzowanych krajów w Europie. Na tysiąc Polaków przypadają 623 auta. Pod tym względem więcej samochodów mają Włosi, Luksemburczycy, Finowie i Cypryjczycy. Autem jeździmy. Dlaczego? Szybszy dojazd jest. Dla wielu Polaków transport publiczny kojarzy się z biedą i okresem PRL-u. A jak przekonują eksperci, Polacy dziś nie muszą się już wstydzić miejskiej komunikacji. Nie odbiegamy znacząco od Zachodniej Europy, gdzie w dużych miastach szybciej jeździ się metrem czy rowerem niż samochodem. Wiadomo, że jest wciąż sporo do zrobienia, są miasta, które się spóźniły, ale generalnie ciężko nie zobaczyć miliardów władowanych też z pieniędzy UE w torowiska, tabor. Eksperci Polskiego Alarmu Smogowego ostrzegają, że samochody w dużych polskich miastach trują mieszkańców szczególnie tlenkiem azot. Dzień bez Samochodu jest czasem na przypomnienie sobie, że miasta powinny służyć mieszkańcom, a nie samochodom, a nie pojazdom. Będzie dużo lepiej, dużo ciszej, nie będzie wtedy tak śmierdziało. W Polsce mamy 23 mln aut i miliony miłośników czterech kółek. Dzień bez Samochodu ma nam uświadomić, że szczęście to niekoniecznie posiadanie auta, ale życie w zielonym i przyjaznym człowiekowi miejscu. Pies zdycha czy umiera? Ministra, ministerka, a może ministrum? O zawiłościach języka polskiego Mariusz Szczygieł rozmawiał z profesorem Michałem Rusinkiem. Efekt - bardzo ciekawy - już za chwilę w TVP INFO w programie "Rozmowy niewygodne". Język nie pełni tylko funkcji opisującej świat. Też go współtworzy. Jeśli dopuszczenie form sprawi, że komuś będzie się żyło lepiej, to warto skorzystać. Ja bardzo państwu dziękuję za wspólnie spędzony czas, dobrego tygodnia, do zobaczenia.