Nieobecny. Szczyt o odbudowie Ukrainy bez ukraińskiego prezydenta. Choroby systemu - długa lista pytań po kontroli czasu pracy lekarzy przez NIK. Upalne prognozy - po burzach idzie skwar. Witam i zapraszam na program "19.30". Wszystko jasne - Wołodymyr Zełenski nie przyjedzie do Gdańska na konferencję w sprawie odbudowy Ukrainy. Ma go zastąpić premier Julia Swyrydenko. To kolejna odsłona kryzysu wywołanego ukraińskim hołdem dla UPA i reakcją polskiego prezydenta. Polityka historyczna obu państw nie ma wspólnego mianownika, choć zdawało się, że ta zwykła powinna mieć. Jaka jest teraz polska racja stanu? Nie przyłożę ręki w żaden sposób do podsycania tego napięcia. Zapowiada premier i przyznaje, że od kilkudziesięciu godzin rząd pracuje nad minimalizowaniem strat po tej decyzji prezydenta. O odebraniu orderu Orła prezydentowi Ukrainy. Liczę na to, że i po polskiej, i ukraińskiej stronie będzie więcej ludzi, którzy będą się w stanie przeciwstawić się nastrojom i emocjom i będą prowadzili Polskę i Ukrainę w stronę przyszłości. W tym przypadku to się w dodatku opłaca. Ale łańcucha reakcji nie da się zatrzymać. Dziś prezydent Zełenski potwierdził: nie przyjedzie do Gdańska. Na międzynarodowej konferencji o odbudowie Ukrainy będzie go reprezentować premier Swyrydenko. I choć informując o tym, strona ukraińska pisze o "konstruktywnym i wzajemnie korzystnym partnerstwie", to rządzący mówią wprost. To już nie ta ranga, nie to znaczenie. A chodzi wydarzenie, o którego organizację polski rząd zabiegał miesiącami. Niezależnie od tego, jaka delegacja przyjedzie do Gdańska, my swoją robotę wykonamy. Tam jest do podpisania 200 porozumień i umów biznesowych, z czego kilkanaście dotyczy bezpośrednio spraw polskich. Tam przez dwa dni będą non stop podpisywane umowy. Które po piątkowej decyzji Karola Nawrockiego odbędzie się w cieniu takich nagłówków w światowych mediach. To jest podkładanie nóg? Zdecydowanie to jest podkładanie nóg. Komentują rządzący. PiS widzi winę tylko po stronie Wołodymyra Zełenskiego. Mówiąc najogólniej, nieobecność człowieka, który wysyłał zaproszenia, nie najlepiej o nim świadczy. Pałac Prezydencki idzie jeszcze dalej. Prezydent Zełenski szuka metody, jak odwrócić uwagę od swoich problemów korupcyjnych. Coraz szerzej mówi się na świecie, jak dużo pieniędzy zostało ukradzionych przez Ukraińców związanych z ekipą Zełenskiego. To jest eskalacja. Wczorajsze wystąpienie ministra Przydacza to jest katastrofa. Dziś w tej sprawie rządzący mówili jednym głosem. Uważam, że trzeba kubeł zimnej wody sobie na głowę wylać. Ukraina jest naszym sąsiadem i na naszych warunkach trzeba budować kontakty i stosunki z Ukrainą. Zróbmy wszystko, żeby nie utracić rąk do pracy w Polsce, nie utracić szansy na rozwój gospodarczy i budowę bezpiecznej przestrzeni na wschodniej flance NATO. Bo choć w Polsce nikt nie ma wątpliwości, że to prezydent Ukrainy, nadając jednej z jednostek wojskowych imię bohaterów UPA, wywołał konflikt... Zełenski popełnił błąd. ...to jego eskalacja służy tylko Moskwie. Co dziś przypomniała także Komisja Europejska. W tego typu sytuacjach jest tylko jeden szczęśliwy obserwator i jest nim ten, który zaatakował Ukrainę. Wysłany kurierem przez prezydenta Ukrainy order Orła Białego dotarł na Krakowskie Przedmieście. Rząd liczy, że to zamyka emocjonalny etap w stosunkach polsko-ukraińskich. Druga faza kontraktowania zakupów w ramach programu SAFE rozpoczęta. Polskie delegacje z grubym portfelem doposażają armię w sprzęt do tankowania samolotów w powietrzu. Mamy najnowocześniejsze myśliwce na świecie, teraz będą mogły tankować w locie. Tankowce kupimy u Airbusa. Zakupy także w Szwecji, bo nasz ORP "Orzeł" zanurzać się już nie powinien i czas na nową podwodną flotę. Mamy pierwsze myśliwce F-35, ale wciąż nie mamy dla nich latających stacji paliw. To ma się zmienić. Polska delegacja w Hiszpanii negocjowała zakup takich podniebnych tankowców Airbusa. Wolumen zakupów, czyli liczba samolotów, które kupimy, jest uzależniona od możliwości produkcyjnych. Bo graniczny termin dostaw to koniec 2030 roku. Wtedy polskie myśliwce mają już tankować w powietrzu dzięki polskim samolotom, bez wracania do bazy. To pokaże pełnię ich możliwości. Możemy być w powietrzu nie godzinę, dwie, a cztery, pięć, sześć czy nawet osiem. Szczególnie noc z 9 na 10 września, kiedy to rosyjskie drony wleciały w polską przestrzeń powietrzną, jak w soczewce pokazały, jak bardzo ta zdolność jest nam potrzebna do pełnej operacyjności. Teraz musimy korzystać ze sprzętu innych krajów NATO. A Amerykanie nie wykluczają wycofania z Europy swoich tankowców powietrznych. Ta uprzejmość ma swoje granice, ta uprzejmość jest też związana z tym, że oni mają też swoje zadania i te zadania po agresji Rosji na Ukrainę się zwielokrotniły. Nadrabiamy. Ekspert do spraw wojskowych przypomina: Polska już dekadę temu mogła mieć samoloty do tankowania powietrzu. Ale ówczesny szef MON Antoni Macierewicz zrezygnował ze wspólnych zakupów w ramach programu Karkonosze. Uznano takie rozwiązanie za mało efektywne i że lepiej będzie takie samoloty kupić samodzielnie, ale ostatecznie nie znaleziono na to środków. Teraz środki są - z unijnego SAFE. To druga faza programu, czyli wspólne zakupy u zagranicznych dostawców. W pierwszej fazie podpisano kilkadziesiąt umów z polskimi fabrykami sprzętu wojskowego, wartych 120 mld zł. Opozycja obrzydzała SAFE, twierdząc, że to uzależnienie się od Berlina. Polska pod niemieckim butem. Przeciwny był też prezydent. Nie podpiszę ustawy, która pozwala na zaciągnięcie przez Polskę pożyczki SAFE. Rząd weto ominął, a Karol Nawrocki o pożyczce teraz mówi tak: Dzisiaj ten przemysł zbrojeniowy będzie się rozwijał m.in. za sprawą kredytu, który trafił do Polski, kredytu z Unii Europejskiej. Naprawdę trzeba by dużo złej woli, żeby nie zauważyć, jak te pieniądze zaczęły działać. Polska zainwestuje też we flotę podwodną. W poniedziałek podpisanie umowy na zakup trzech takich szwedzkich okrętów. Teraz Marynarka Wojenna ma tylko sypiący się postsowiecki ORP "Orzeł". Kontrakt oczekiwany od 30 lat, obiecywany przez wszystkich moich poprzedników, przez wszystkie poprzednie rządy i wszystkich prezydentów. Pierwszy okręt mamy dostać za cztery lata. To jest "19.30", a dziś jeszcze między innymi: Potężne nawałnice. Lało, było jak oberwanie chmury. Wszystko było tu zalane, pływało. Mieliśmy do czynienia z powodzią błyskawiczną. Kolejna fala upałów. W weekend spodziewamy się nawet 38 stopni. Powinniśmy uważać. To tworzy warunki do zdarzeń o charakterze bardzo ekstremalnym. System jest dziurawy, a w tych dziurach poszukali miejsca ludzie szukający dużych pieniędzy, przywilejów albo chociaż dobrego miejsca w kolejce. Po skandalu w warszawskim szpitalu ruszają kontrole służbowe i prokuratorskie, bo doba w szpitalach ma czasem 90 godzin, więc nie wiadomo, skąd kolejki do lekarzy. Premier oczekuje rozwiązań i rozmowy z NFZ, bo nie wystarczy płacić, trzeba też kontrolować. A jest co kontrolować - zły system i słaby nadzór. To one zdaniem premiera doprowadziły do gigantycznego kryzysu w systemie ochrony zdrowia. Te rekordy, jeśli chodzi o liczbę dyżurów, są imponujące, w cudzysłowie. Pokazują je wstępne wyniki kontroli NIK w różnych obszarach opieki zdrowotnej. Rekordowy czas pracy w pogotowiu? 480 godzin. Prawie 17 godzin na dobę, każdej doby. No i to jest płacone, jak się domyślamy. Najdłuższy dyżur trwający bez przerwy? 120 godzin. Zgodnie z przepisami nie powinien być dłuższy niż 24. Wydaje się, że to ma wpływ na bezpieczeństwo pacjentów, że tak delikatnie tę sprawę poruszę. Premier zapowiada "poważną rozmowę z szefostwem NFZ" i kolejne kontrole. Bo ja jednak wykluczam, że NFZ, który płaci pieniądze placówkom, był tak bardzo bezradny, jeżeli chodzi o kontrolowanie, egzekwowanie przepisów prawa i zdrowego rozsądku w tych działaniach. Narodowy Fundusz Zdrowia słów premiera nie komentuje, ale już w kwietniu jego prezes sam przyznawał, że nie ma kompleksowych danych o zarobkach specjalistów zatrudnionych na kontraktach. Dziś nie posiadamy pełnej wiedzy na ten temat. O tych dowiadujemy się za sprawą mediów. Jak w Garwolinie, gdzie dyrektor szpitala w rok miał zarobić milion złotych. Czy tu, w Zielonej Górze, gdzie wspominany już przez nas lekarz medycyny ratunkowej zdołał w rok zarobić - uwaga - 4,3 mln zł. Oni sami sobie tych pieniędzy nie wzięli, płacił Narodowy Fundusz, dlatego trzeba zwiększyć monitoring. Pomóc w tym ma ustawa wiążąca informacje o zarobkach medyków z ich numerem PESEL. Liczymy na szybki podpis prezydenta. Ale i ona nie będzie doskonała. Jak tłumaczą eksperci, wiele szpitali podpisuje umowy nie z konkretnymi lekarzami, a zawiązaną przez nich spółdzielnią. Lekarze tworzą spółdzielnie lekarskie, bo wtedy mają lepsze pole do negocjacji, mogą w grupie lepsze stawki wynegocjować, a tych danych nie będziemy już mieli. Do pomysłów rządu sceptycznie odnosi się lekarski samorząd. Po raz kolejny mamy do czynienia ze scenariuszem, w którym klasa polityczna próbuje zrzucać odpowiedzialność za własne zaniedbania na lekarzy. Ale w sprawie ograniczenia godzin pracy medyków - jak rzadko kiedy - wspólnym głosem mówią politycy od prawa do lewa. Kto chce korzystać z 14-procentowego ryczałtu, musi ewidencjonować czas pracy. 400 godzin? To jest po prostu fizycznie niemożliwe, biologia nie znosi takich warunków. Jak zapowiedział premier, szczegółowa kontrola NIK w ochronie zdrowia będzie kontynuowana. Ustawodawca jest od tworzenia prawa i po to wybieramy posłów. Mają tworzyć prawo, które będzie upraszczało i porządkowało nasze życie. Problem się pojawia wtedy, gdy upraszcza życie ludzi, którzy za to upraszczanie posłom zapłacili. Wirtualna Polska opisuje historię kontaktów posła Przemysława Wiplera z Konfederacji z giełdą Zondacrypto, kilku przelewów i heroicznej obrony interesów giełdy w Sejmie. Czy to się jakoś łączy? Co poseł Wipler robił u Przemysława Krala w Monako? To jest dobre pytanie. Które pokazuje związki Konfederacji i giełdy Zondacrypto. Te macki Przemysława Krala i Zondacrypto sięgały prawicy, wszystko na to wskazuje. Ale po kolei. Według Wirtualnej Polski poseł Konfederacji Przemysław Wipler i jego wieloletni wspólnik w lipcu odwiedzają w Monako prezesa Zondacrypto - Przemysława Krala. Po wizycie powiązane z nimi podmioty otrzymują od kryptogiełdy łącznie 160 tys. euro, a sam Wipler - listę uwag do ustawy o kryptoaktywach. Korupcja polityczna, tak to trzeba nazywać. Twierdzą rządzący. Konfederacja oskarżeniom zaprzecza. Mamy tylko doniesienia prasowe, niepotwierdzone przez nikogo. - Rozmawiał pan z posłem? - Nie. Rozmawiacie w klubie na ten temat? Oczywiście, że tak, ale nie pytaliśmy go o to. Dziwne, tym bardziej że kontrowersji jest więcej. Spotkanie w Monako odbyło się 17 lipca. Pięć dni po wizycie w Monako Przemysław Wipler był już w Sejmie. Jego obrona rynku kryptowalut brzmiała niemal identycznie jak te argumenty prezesa kryptogiełdy. Ja bym jednak wolał, żebyśmy mieli taką sytuację, że Ministerstwo Cyfryzacji dopuści firmy z zakresu kryptowalut do mObywatela. Dlaczego nielegalnie i bezprawnie zablokowaliście możliwość Polakom, którzy korzystają z giełd kryptowalut, w tym przypadku giełdy Zonda, by z wykorzystaniem mObywatela... Jest to absurd. Kilka dni po sejmowej debacie na konta podmiotów powiązanych z Przemysławem Wiplerem miały wpłynąć pieniądze od Zondacrypto. Posłowie nie odpowiadają za to, od kogo i jakie poprawki biorą. Odpowiadają za to, czy za te poprawki dostali ewentualnie jakieś gratyfikacje. Zdaniem rządzących sprawie powinna się przyjrzeć prokuratura. Lewica proponuje komisje śledczą. Polski poseł powinien reprezentować interesy obywateli RP, a nie wielkiego biznesu. Polski poseł powinien wstawiać się za grupą oszukanych obywateli, którzy zostali okradzeni, a nie za giełdą kryptowalut, która właśnie ich okradała. Zondacrypto oszukała tysiące Polaków na co najmniej 350 mln zł. Przemysław Wipler na nasze pytania nie odpowiedział. A sprawa kryptowalut wciąż pozostaje nieuregulowana. Bo prezydent zawetował już trzy ustawy w tej sprawie. Można powiedzieć, że taka prawicowa Zondacrypto-koalicja. Bo nie tylko prezydent, Konfederacja, ale i PiS ma powiązania z Zondacrypto. Ten wątek Zondacrypto kompromituje rządzących. A nie was? To wy macie te powiązania. Absolutnie. 450 tys. zł wpłacono fundacji Instytut Polski Suwerennej Zbigniewa Ziobro. Część ze środków przeznaczonych na instytut Ziobry przeznaczono na obronę Dariusza Mateckiego i księdza Michała O. 23 czerwca miał być dla Brytyjczyków dniem niepodległości - tak go zachwalał Nigel Farage, jeden z ojców brexitu. 10 lat później okazało się, że populizm to karzełek, który ciągnie za sobą ogromny wór strat, sięgających blisko 100 mld funtów rocznie. PKB spada, eksport też, najmocniej w rolnictwie, a służba zdrowia nie odzyskała setek milionów funtów tygodniowo. O czym myślą na Wyspach dziesięć lat po? Brexit i wywołany nim chaos właśnie zmiótł szóstego już premiera Wielkiej Brytanii od czasu referendum. A jednak jeden z głównych autorów wyjścia z Unii Europejskiej przekonuje, że niczego by nie zmienił. Dziś, 10 lat po referendum, zrobiłbym dokładnie to samo. 10 lat temu zwolennicy brexitu obiecywali więcej pieniędzy, wyższy wzrost gospodarczy i odzyskanie kontroli. Dziś większość Brytyjczyków uważa, że jest na odwrót. I potwierdzają to twarde dane. PKB Wielkiej Brytanii jest niższe o 8%, niż gdyby Zjednoczone Królestwo pozostało we Wspólnocie. Inwestycje firm spadły nawet o 18%, produktywność o 3-4%. A eksport do Unii Europejskiej i poza rynek unijny odpowiednio o 16 i 8%. Mimo to politycy wciąż boją się wypowiedzieć dwa słowa: wracamy do Unii. Powrót do UE na razie kojarzy się pozytywnie. Jednak sytuacja może się szybko zaostrzyć. W takim przypadku moglibyśmy zobaczyć ponowny wzrost znaczenia ugrupowań eurosceptycznych, w tym także Partii Konserwatywnej, którą wciąż zaliczam do tego obozu. Dlatego nawet politycy, którzy prywatnie przyznają, że brexit nie spełnił oczekiwań, unikają dziś rozmowy o ponownym referendum. Innego zdania są ci, którzy przed laty namawiali do opuszczenia Wspólnoty. Według nich problemem nie był sam brexit, lecz sposób jego wykonania. Ludzie mówią raczej, że nie zobaczyli jeszcze wszystkich korzyści, jakie brexit mógł przynieść, ponieważ nie został właściwie wdrożony. Ale na ulicach coraz częściej słychać głosy domagające się nowego otwarcia. Jeżeli wystarczająco dużo ludzi będzie wychodzić na ulice, protestować, podpisywać petycje i rozmawiać o tym publicznie, to stanie się to tematem na tyle ważnym, że parlament będzie musiał się nim zająć. Dla wielu młodych Brytyjczyków nie chodzi już tylko o gospodarkę. To coś znacznie większego. Największe osiągnięcia w historii ludzkości były możliwe wtedy, gdy ludzie współpracowali. 10 lat po referendum Wielka Brytania pozostaje krajem podzielonym. 10 lat temu Brytyjczycy głosowali za wyjściem z Unii Europejskiej. Problem polega na tym, że głos społeczeństwa zmienia się szybciej niż polityka. A między tymi dwoma światami wciąż stoi słowo, którego Westminster boi się wypowiedzieć: powrót. Jeszcze tego nie czujemy, ale przyjdzie weekend i pogoda spuści z łańcucha, co ma. Nie żyje były prezes Telewizji Polskiej. Telewizja jest naszą, a szczególnie TVP jest naszym życiem i naszą miłością. Janusz Daszczyński był związany z mediami od lat 70. W latach 80-81 był zastępcą redaktora naczelnego tygodnika samorządność. Zlikwidowanego w stanie wojennym. Przed przełomem 89 roku kierował zespołem medialnym komitetu obywatelskiego solidarności na wybrzeżu. Potem był redaktorem naczelnym gdańskiego ośrodka TVP oraz dyrektorem TVP 2. W latach 90. był wiceprezesem zarządu TVP. W latach 2015 - 2016 jej prezesem. Jeszcze tego nie czujemy, ale przyjdzie weekend i pogoda spuści z łańcucha, co ma. Meteorolodzy uprzedzają: temperatura sięgnie grubo powyżej 30 stopni Celsjusza, a na zachodzie szykują się rekordy z czwórką z przodu, i to w cieniu. Wiosna skończyła się nawałnicą z podtopieniami, a teraz idzie lato i strach patrzeć, co niesie. Wystarczyła dosłownie chwila. Po potężnej burzy ulice Białego Dunajca na Podhalu zmieniły się w rwącą rzekę. Tak wyglądała wczoraj powódź błyskawiczna w okolicach Zakopanego. Woda gwałtowanie spływająca z położonych wyżej terenów wdarła się z impetem na ulice i podwórka. Wszystko tutaj było zalane, pływało. Mamy trochę spadek tutaj, więc było po garaż, na szczęście domu nie zalało. Pies na budzie siedział, bo wszystko było zalane wokół. Ze skutkami nawałnicy walczyło kilkuset strażaków. Woda utworzyła swego rodzaju potok płynący całą szerokością ulicy. Wszystkie budynki odniosły w pewnym stopniu jakieś poważniejsze uszkodzenia. Dziś żmudne usuwanie skutków ulewy. Najgorszy jest ten muł z góry, z tych potoków. To z kolei efekty niszczycielskiego frontu burzowego nad Krakowem. Stolica Małopolski dosłownie zniknęła pod nawałnicą. Ściana deszczu, gradu, wichura i miotało drzewami. A to tylko jedna strona pogodowego medalu. Z drugiej - fala upałów. W wielu regionach kraju żar leje się z nieba. Jutro słupek rtęci na zachodzie Polski dobije do 30 kresek powyżej zera, w innych regionach kraju będzie niewiele chłodniej. A to dopiero początek, bo do końca tygodnia spodziewamy się nawet ponad 40 stopni na plusie. I próżno czekać uspokojenia aury. Kolejna fala opadów, intensywnych zjawisk: burz, gradu i nawet trąb powietrznych nastąpi z początkiem przyszłego tygodnia. Z ekstremalnymi upałami walczy cała Europa. Mapa pogodowa Starego Kontynentu jest teraz niemal cała czerwona. I choć naukowcy przewidywali taki stan rzeczy, to nie docenili szybkości zmian klimatu. W 2014 roku francuscy synoptycy opublikowali taką mapę. To temperatury, których mieliśmy oczekiwać w 2050 roku. A to już mapa pogodowa nad Loarą z wczoraj, niemal identyczna do tej "z przyszłości". Przewidywania spełniły się niemal ćwierć wieku szybciej. Oznacza to tylko, że zmiana klimatu jeszcze bardziej agresywnie wpływa na warunki życia, czy to w Hiszpanii, czy to we Francji, a jak poczekamy, to i w Polsce. Zwierzę domowe nie jest zabawką, z której można wyjąć baterie, tylko żywą istotą, o którą właściciel ma obowiązek dbać. Unia Europejska właśnie wprowadza przepisy, które pomogą zrozumieć, że nie ma obowiązku posiadania zwierzęcia, ale gdy już się posiada, to ma się obowiązki, a zwierzęta nie mają zdolności prawnej, ale mają prawa. Po tym czerwonym dywanie w Brukseli zazwyczaj chodzą europejscy przywódcy, ale na unijne salony tym razem na chwilę wpuszczono czworonogi. Wszystko by ogłosić pierwsze w historii unijne przepisy, które mają chronić psy i koty. Europejczycy wymagają od nas zapewnienia ochrony psom i kotom. Zwierzęta domowe posiada prawie połowa Europejczyków. W Unii żyje około 72 mln psów i ponad 83 mln kotów, choć czasem w bardzo trudnych warunkach. Jak ten mastif tybetański, w ostatniej chwili odratowany ze schroniska w Rokitnie Szlacheckim. To jest pancerz dredów, odchodów, pasożytów, zmian skórnych. Pies miał ograniczone ruchy oddawania potrzeb fizjologicznych. Właścicielka, której odebrano w sumie ponad 40 psów i kilkadziesiąt innych zwierząt, trafiła do aresztu. Unijne przepisy są wycelowane właśnie w takie pseudoschroniska i hodowle. Nakładają obowiązek rejestracji działalności, chipowania zwierząt i kontroli ilości miotów i wieku samic dopuszczanych do rozrodu. To wszystko w swojej hodowli nowofundlandów już dawno robi pani Katarzyna. Liczy, że unijne przepisy ograniczą cierpienie zwierząt w pseudohodowlach. Pies to nie jest zabawka, to nie jest dzwonek na łańcuchu, tylko przyjaciel człowieka, o którego trzeba dbać, a jeśli kogoś nie stać na to, Unijne przepisy zakazują też okaleczania psów i kotów np. poprzez podcinanie uszu, ogonów czy strun głosowych na potrzeby wystaw. A w przypadku takich ras jak buldogi francuskie niedozwolone będzie też krzyżowanie psów, które może zwiększać wady genetyczne jak spłaszczony pyszczek. Ludzie rozmnażają buldogi, te rasy po to, żeby był jak najmniejszy, jak najsłodszy. Wiąże się z to z kompresją dróg oddechowych, utrudnionym oddychaniem tego zwierzęcia. Unijne przepisy wprowadzają też zakaz używania kolczatek czy obroży zaciskowych i tak jak przyjęta przez polski Sejm i oczekująca na podpis prezydenta ustawa łańcuchowa - zakaz wiązania zwierząt. Jeżeli ta ustawa łańcuchowa, a dochodzą do mnie słuchy, zostanie zawetowana przez prezydenta, to figa z makiem, ponieważ my będziemy mieli dobre rozporządzenie unijne, które tak czy inaczej wdrożymy w Polsce. Na łańcuchach na podstawie unijnych przepisów nie będzie można trzymać psów hodowlanych. Ale kundle, tak jak ten, Zinneke Pis, który w Brukseli doczekał się pomnika, też będą mogły dzięki unijnym przepisom liczyć na poprawę swojego psiego życia. Od ćwierć wieku festiwal "Dwa Teatry" przypomina, że wielka scena może zmieścić się także w telewizyjnym kadrze i radiowym studiu. W trakcie jubileuszowej edycji Grand Prix zdobyła "Ruda", publiczność nagrodziła spektakl o spotkaniu Kazimierza Górskiego i Ernesta Wilimowskiego, a wcześniej Wielkie Nagrody za całokształt twórczości odebrali Danuta Stenka i Andrzej Seweryn. Ta historia przez lata była zapisana w obrazach i rodzinnej pamięci. "Ruda" opowiada o Małgorzacie Sarzyńskiej, chemiczce, która odnalazła powołanie w malarstwie. Spektakl zdobył najważniejszą nagrodę jubileuszowego festiwalu "Dwa Teatry". To szczęście z tej nagrody, najbardziej się cieszę, że "Ruda" żyje dzięki tej opowieści i mogłem oddać głos tym, którzy sami nie mogą o sobie opowiedzieć. Dla Olgi Sarzyńskiej nie była to jednak zwykła rola. Na scenie wcieliła się we własną matkę. Jestem niesamowicie wzruszona, bo jest to sytuacja absolutnie wyjątkowa, przeżyć jeszcze raz historię ze swojego życia z innej perspektywy, ale najważniejsze jest to, że taka szersza publiczność dowie się, kim była Małgorzata Sarzyńska, ale mogę powiedzieć z ręką na sercu, że nasz werdykt jest werdyktem zgodnym. Wśród słuchowisk najlepszy był "Potop", o mieszkańcach gdyńskiego Pekinu, ubogiej dzielnicy przeznaczonej do wyburzenia. To jest, owszem, opowieść lokalna, ale ma w sobie taki wymiar globalny, światowy. W ogóle taki rodzaj katastroficznej wizji, a przy tym to jest bardzo dowcipny tekst. Opowieść o spotkaniu Kazimierza Górskiego i Ernesta Wilimowskiego poruszyła publiczność, a twórcom przyniosła także honorowe wyróżnienie za przełamywanie stereotypów. Dla Janusza Zaorskiego to kolejny powrót do świata futbolu, który wcześniej sportretował w "Piłkarskim pokerze". Powiedziałem żartem: "Wreszcie ja mogę i Chyrę, i Zamachowskiego, a właściwie trenera Górskiego i wspaniałego Wilimowskiego". Oczywiście to był żart. Pół roku na nich czekałem. "Dwa Teatry" przypominają, że Teatr Telewizji nie jest scenicznym spektaklem przeniesionym przed kamerę, ale osobnym językiem opowiadania. Językiem, który nadal potrafi zatrzymać widza przed ekranem. Ważne są takie spotkania. Nie mówiąc, że Teatr Telewizji ma wielką misję docierać tam, gdzie np. młodzi ludzie nie mogą, nawet gdyby chcieli. Na przykład z powodu wykluczenia komunikacyjnego. Po 25 latach "Dwa Teatry" nadal udowadniają, że dobra opowieść nie potrzebuje wielkiej sceny, by dotrzeć do widza. A emocje zostają na długo po ostatniej kurtynie. Prof. Michał Romanowski, adwokat, ekspert prawa cywilnego i handlowego w "Pytaniu dnia" u Doroty Wysockiej-Schnepf.