Milczący świadek. Doktor sygnalista ze Szpitala Południowego nie odpowiedział na pytania prokuratorów. Studzenie emocji - premier chce łagodzić spór z Ukrainą. Lekarstwa na śmietniku - powiemy, jak nie marnotrawić leków. Dobry wieczór, Anna Kowalska, oglądają państwo "19.30". Pacjenci przyjmowani na SOR w Szpitalu Południowym "umierali niezaopiekowani" - mówi w mediach lekarz sygnalista Emil Jędrzejewski. Były ordynator chirurgii wytknął lekarzom liczne błędy, w wyniku których - jak twierdzi - ginęli ludzie. To są poważne zarzuty, więc zajęła się nimi prokuratura, ale Jędrzejewski, zapytany o to samo później przez śledczych, po prostu milczał. To kluczowy świadek w sprawie nieprawidłowości w Szpitalu Południowym. Dziś po południu stawił się w prokuraturze. Byłemu ordynatorowi chirurgii Emilowi Jędrzejewskiemu prokuratorzy zadali kilkadziesiąt pytań. Świadek każde z pytań skwitował milczeniem. Niektórych może to dziwić, bo jeszcze wczoraj w mediach zarzucił byłym władzom placówki doprowadzanie do śmierci pacjentów. Lekarz sygnalista tak jak z prokuratorami, tak dziś z dziennikarzami rozmawiać nie chciał. A takie poważne oskarżenia rzucane w przestrzeni medialnej wymagają odpowiedzi. Mam swoją opinię na temat wiarygodności niektórych źródeł, ale sprawa jest zbyt poważna, zarzuty są bardzo poważne. Dlatego prokuratura przyśpieszyła termin przesłuchania lekarza, jednak Jędrzejewski stawił się bez pełnomocnika, a bez niego zeznawać nie chciał. Przedstawił notatkę dotyczącą osób pokrzywdzonych. Nie potwierdziliśmy w ramach naszego postępowania prowadzonego w prokuraturze okręgowej prawdopodobieństwa popełnienia jakiekolwiek przestępstwa przeciwko życiu czy zdrowiu przez kogokolwiek w Szpitalu Południowym. Wiarygodność pana Emila Jędrzejewskiego wydaje się być wątpliwa - tak po przesłuchaniu komentuje w sieci premier. A słynny były koordynator SOR-u, który dotąd milczał, dziś odniósł się do sprawy. Kacprzyk zaznacza, że w przypadku zgonu pacjenta w szpitalnej łazience toczy się postępowanie karne, w którym nie jest stroną. A sprawa wykonania badania pacjenta po jego śmierci nie dotyczy okresu jego zatrudnienia w placówce. Jednocześnie prezes Naczelnej Rady Lekarskiej złożył do sądu lekarskiego wniosek o zawieszenie prawa wykonywania zawodu przez Dawida Kacprzyka. Mamy informacje już, choć chcą rozmawiać anonimowo, od lekarzy ze Szpitala Południowego, że rzeczywiście byli świadkami pewnych nadużyć. Przekonuje samorząd lekarski, ale zaznacza, że przypadki dotyczą niekompetencji lekarza milionera, a nie śmierci na SOR-ze. Prokuratura w przeszłości badała 12 spraw zgonów w Szpitalu Południowym. Większość z nich umorzono lub odmówiono śledztwa, ale dzisiaj śledczy sprawdzą każdy taki przypadek jeszcze raz. Co ważne - żadne zawiadomienie w sprawie zgonu nie wpłynęło od lekarza sygnalisty. Lekarz zaznacza, że nie zgłosił, bo nie był bezpośrednio przy tych sytuacjach. Jeżeli ktoś podejmuje informację na temat nieprawidłowości, to powinien zgłaszać je zdecydowanie wcześniej, nie czekać do ujawniania w mediach społecznościowych. Na jaw wychodzą też kolejne kontrowersyjne fakty. Prokurator generalny poinformował, że ówczesny ordynator chirurgii złożył w zarządzie szpitala w lipcu ubiegłego roku pismo w sprawie nieprawidłowości. Problem w tym, że go nie podpisał. Kierownictwo zwróciło się zatem do Jędrzejewskiego. By podpisał pismo, ale też wskazał okoliczności, sytuacje, osoby, żeby można przeprowadzić postępowanie wyjaśniające, które mogło się zakończyć np. doniesieniem do prokuratury. Z tego, co wiem, nie było odpowiedzi na to pismo. Kolejne przesłuchanie byłego ordynatora w poniedziałek. Oglądają państwo "19:30" i proszę koniecznie z nami zostać, bo już za moment powiemy: O fali upałów wszech czasów. To będzie rekord temperatury. Nie wiem, jak przeżyję piątek i sobotę. Ja już ledwie oddycham. I powiemy, jak ją przetrwać. Wodę mam i cień. Zaleca się pozostanie w pomieszczeniach zamkniętych. Musimy jakoś przeżyć, jakoś damy radę. Jak naprawić poszarpane polsko-ukraińskie stosunki? Swój plan przedstawił choćby Petro Poroszenko. Wszyscy muszą się uspokoić - apeluje były prezydent Ukrainy. studzić emocje chce też premier Donald Tusk. w zaparte idzie jednak prawica i Pałac Prezydencki i ta wroga narracja przenosi się na polskie ulice: w Warszawie brutalnie pobity został ukraiński nastolatek. Chodzi o czystą, realną politykę. Tak rządzący tłumaczą antyukraiński skręt prawicy. To już nie tylko takie hasła Grzegorza Brauna. Tu jest Polska, nie Ukropol. W antyukraińskie dzwony coraz mocniej biją też Pałac Prezydencki i PiS. Ukraina nie jest Polsce państwem przyjaznym. Jest krajem nieprzyjaznym Polsce. To słowa polityków PiS z teraz, a to z czasów, gdy byli u władzy. Wiemy, jak ważna jest jej walka, bo to jest walka o nas wszystkich, to jest walka o cywilizację euroamerykańską. Tak Jarosław Kaczyński mówił cztery lata temu, po tej wizycie w Kijowie. Dziś wskazany przez niego kandydat na premiera Przemysław Czarnek mówiąc o Wołodymyrze Zełenskim, wypomina mu korupcje i nazywa rosyjskojęzycznym ukraińskim komikiem z Krzywego Rogu. Tę samą melodię... Dużo pieniędzy zostało ukradzionych przez Ukraińców. ...gra teraz też ten prezydencki minister i mówiąc o Ukrainie, poucza szefa polskiego rządu. Mam nadzieję, że Donald Tusk tym razem skoncentruje się na interesie Rzeczypospolitej, a nie tylko na zbieraniu pieniędzy dla Wołodymyra Zełenskiego. Każdy przyzwoity, zdroworozsądkowy człowiek wie, że kłótnia między Polską a Ukrainą to jest największy prezent dla Putina i dla Rosji. Marcin Przydacz też to wiedział. To jego słowa sprzed czterech lat, gdy pracował w kancelarii Andrzeja Dudy. Istnieje konieczność, żeby umacniać tę jedność, bo w naturalny sposób rosyjska propaganda próbuje rozbić naszą współpracę. Tę jedność miał umocnić ten gest. Wręczenie orderu Zełenskiemu. W którym kwestia rzezi wołyńskiej nie była przeszkodą. Gdy Wołodymyr Zełenski odbierał order Orła Białego, nie było zgody na żadne ekshumacje. Te ruszyły w ubiegłym roku. Marcin Przydacz trzy lata temu tłumaczył to tak. Ale teraz popiera to. Próg bólu został przekroczony, dlatego odebrałem prezydentowi Zełenskiemu Order Orła Białego. Karol Nawrocki dziś dostaje za to brawa. Ale gdy był prezesem IPN, Stepan Bandera jako patron ukraińskiej ulicy mu nie przeszkadzał. Swoich bohaterów Ukraińcy mają prawo wybierać. Cyniczne zachowanie ludzi Kaczyńskiego, żeby odbić trochę poparcia, nie patrzą na relację, nie patrzą w przyszłość, tylko patrzą na słupki sondażowe. A zwłaszcza na poparcie, jakie mają te dwa jawnie antyukraińskie ugrupowania. Dalsze wzniecanie takich nastrojów oczywistą rzeczą jest, że może doprowadzić do tragedii. Te już mają miejsce. Dostałem uderzenie w głowę. Ten 16-latek został pobity w Warszawie tylko dlatego, że jest Ukraińcem. A podobnych przypadków jest coraz więcej. Zadaniem wszystkich polityków bez wyjątku jest pilnować, żeby tego szatana, tego demona znowu nie wypuścić z butelki. Musimy wrócić do dialogu. Błąd prezydenta Zełenskiego otworzył spiralę emocji z jednej i z drugiej strony, spiralę decyzji, które nie poprawiają dialogu. O to samo apeluje też strona ukraińska. Musimy zatrzymać eskalację sporu w przestrzeni publicznej. Ale o to, w sytuacji gdy i w Polsce, i w Ukrainie zbliżają się wybory, może być trudno. Konflikt między Warszawą i Kijowem po części storpedował już gdańską konferencję odbudowy Ukrainy, jeszcze zanim się zaczęła. W rozmowach zabraknie nie tylko prezydenta Zełeńskiego, ale też ministra spraw zagranicznych Andrieja Sybihy. Polscy przedsiębiorcy liczą jednak na owocne rozmowy, bo do podpisania jest aż 200 umów i porozumień. Czy w atmosferze konfliktu da się robić biznes? Przed centrum kongresowym Amber Expo w Gdańsku ostatnie przygotowania. To tu jutro o godzinie 10.00 ruszy Ukraine Recovery Conference. Udział zapowiedziało 80 delegacji: głowy państw, dyrektorzy instytucji finansowych i ludzie biznesu. W imieniu Ukrainy będzie szefowa rządu, pani premier Julia Swyrydenko. To też może przysłużyć się tej konferencji, będzie mniej emocjonalna, a bardziej merytoryczna. Bo choć sprawy historyczne nie idą w zapomnienie, przez te dwa dni organizatorzy chcą się skupić na biznesie. Z pożytkiem dla polskich firm. Tam jest do podpisania 200 porozumień i umów biznesowych, z czego kilkanaście dotyczy bezpośrednio spraw polskich. Według Banku Światowego powojenna odbudowa Ukrainy będzie kosztowała około 500 mld dolarów. To program dużo większy niż powojenny plan Marshalla. Polska chce mieć w tym udział. Sektor infrastrukturalny, sektor energetyczny, bankowy, finansowy, ubezpieczeniowy. Część projektów już się dzieje, wystarczy przypomnieć PZU, które finalizuje zakup największego ubezpieczyciela w Ukrainie. Stanowisko rządu dobrze oddają słowa ministra Miłosza Motyki, który z ukraińskim wicepremierem Denysem Szmyhalem rozmawiał dziś o gazowych i energetycznych połączeniach z Polską. Jeżeli jest szansa na to, żeby nasze firmy zarobiły, Ale poza państwowymi gigantami jak PZU czy Orlen, który podpisze jutro porozumienie z UkrNaftoGazem, Ukrainą interesuje się też biznes prywatny. Branża budowlana, infrastrukturalna, rozproszona energetyka, ale również przetwórstwo owocowo-warzywne, drzewne czy branża usług finansowych. Bank Gospodarstwa Krajowego otworzył dla nich linie kredytowe. Do dziś udzielił pożyczek na 170 mln złotych. To zaangażowanie Banku Gospodarstwa Krajowego, unijny program Ukraine Facility, to pożyczki z funduszu Ministerstwa Polityki Regionalnej. Jeszcze raz apel do polityków: nie przeszkadzajmy. W Gdańsku mają też rozmawiać przedstawiciele ukraińskiego i polskiego przemysłu obronnego, tacy jak chociażby WB Electronics. Sektory, które są dzisiaj kluczowe dla rozwoju gospodarczego między Polską a Ukrainą, to sektory strategiczne. Tutaj musi być i będzie polskie i ukraińskie państwo. Tym bardziej że bilans wymiany handlowej pomiędzy Polską a Ukrainą ciągle rośnie. W trzecim kwartale tego roku sięgnął 5,5 mld zł. Pamiętajmy o transakcyjnej stronie naszych relacji. Polska gospodarka i ukraińska gospodarka potrzebują siebie nawzajem. W interesie Warszawy i Kijowa - podkreślają uczestnicy konferencji - jest wspólne patrzenie w przyszłość. Kłótnie z Ukrainą niepokoją też naszych sojuszników. O tym, jak wyglądać ma dalsze wsparcie dla Kijowa, w Berlinie rozmawiali dziś przywódcy Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Polski. To premier Donald Tusk. To pierwsze spotkanie tej grupy na poziomie liderów państw, ale nie ostatnie z całej serii planowanych na kolejne dni rozmów. Magdalena Gwóźdź-Pallokat jest w Berlinie i śledziła dla nas ten szczyt. Czy znamy już ustalenia? Tak. To przede wszystkim dalsze wspólne wspieranie Ukrainy i budowanie bardziej europejskiego NATO w koordynacji z USA. Spotkanie wpisuje się w cykl spotkań. Niemal zbiega się w czasie z konferencją odbudowy Ukrainy. Wielu spodziewa się, że państwa E5 wrócą do zobowiązań. Wysiłki dyplomatyczne wymierzone w zakończenie wojny dotychczas w imieniu Europejczyków podejmowane były ostatnio w formacie E3. To się spotkało z krytyką Włoch i Polski. Żadne ustalenia, w których Polska nie uczestniczy, nie będą przez nas respektowane - mówił premier Tusk. Jest również premier Giorgia Meloni. Prawie 7% wydajemy dziś na uzbrojenie i na obronę. Bardzo bym chciał, żeby w Ankarze to bardzo głośno wybrzmiało. Wszyscy powinni dołożyć więcej wysiłku do zdolności obronnych Europy. Wsparcie Europy nie będzie słabnąć i nie ma co do tego wątpliwości, jesteśmy zgodni. Chcemy wzmacniać ten filar europejski NATO, chcemy zwiększać wydatki na zbrojenia i obronność. Liderzy skupili się też na sytuacji na Bliskim Wschodzie, zdolnościach obronnych Europy i opracowanie wspólnej strategii. Do rozmów dołączył też sekretarz generalny NATO. Agencja Uzbrojenia i Radomska Fabryka Broni Łucznik podpisały dziś rano umowę na dostawę blisko 50 tys. sztuk tej broni dla polskiej armii. Te, jak słyszymy, nowoczesne i przystosowane specjalnie do potrzeb naszego wojska karabinki w ręce żołnierzy trafią szybko - niektóre już w tym roku. Dzięki programowi SAFE tutaj też jesteśmy, to też chcę bardzo wyraźnie powiedzieć. Gdyby nie program SAFE, nie uwolniłyby się środki bezpieczeństwa w Ministerstwie Obrony Narodowej, nie byłoby dzisiaj zamówienia na 46 tys. karabinków Grot A3 oraz szansy na kolejne zamówienia w przyszłości. Praca nad A3 przebiegała tak, jak, uważam, powinny przebiegać zamówienia w Wojsku Polskim, tzn. żołnierze mówią, jak sprzęt powinien wyglądać, i fabryki do tego dostosowują swoją produkcję. Do tego będziemy dążyć, tak będziemy dziś pracować na rzecz Polskich Sił Zbrojnych. W 2025 roku polskie apteki zebrały 750 ton przeterminowanych czy nieużywanych przez nas leków. Jeszcze więcej tabletek, kremów i syropów wyrzuciliśmy po prostu do koszy na śmieci. Tylko w Warszawie na śmietnik trafiło ich 155 ton. To nie tylko wyrzucanie pieniędzy, ale też duży problem środowiskowy. Dlaczego marnotrawimy lekarstwa i jak temu zapobiec? Insulinę biorę cztery razy dziennie. Karol Karkocha w związku z licznymi schorzeniami codziennie przyjmuje ponad 10 leków. Chodzę do nefrologa, diabetologa, kardiologa. Nie jest wyjątkiem. Polacy są w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o liczbę kupowanych i przyjmowanych leków. Czasami karteczki, które przynoszą nam pacjenci, optują na kilkadziesiąt leków. A to, jak wskazują farmaceuci, główne źródło problemu - pacjenci nieświadomie kupują kilka preparatów pod inną nazwą, ale z tą samą substancją czynną, i wybierają leki na zapas, zwłaszcza jeśli są dostępne w ramach darmowych programów. Pacjent pobierze kilka dni i odstawia, bo są jakieś działania niepożądane, albo uważa, że lek nie działa. A niewykorzystane leki trafiają do kosza. Skala problemu jest ogromna. Tylko w Warszawie w ubiegłym roku w aptecznych koszach wylądowało 155 ton leków. Codziennie kilka osób te leki przynosi. Czasami to są naprawdę duże ilości, które się tam zgromadziły, a to babci, a to ktoś już nie używa i jest zrobiony przegląd i okazuje się, że to są dwie pełne reklamówki. To, co trafia do aptecznych pojemników, to tylko część zmarnowanych leków, znacznie więcej trafia do zwykłych śmietników. Większa część tych leków ląduje w śmieciach komunalnych, co też powoduje zagrożenie dla ludzi i całego środowiska. Aby to ograniczyć, w ramach pilotażu w Redzikowie i Miastkowie stanęły takie lekomaty. Służą do zbierania przeterminowanych leków, syropów. Jeśli rozwiązanie się sprawdzi, będą kolejne. Żeby z nich skorzystać, trzeba pobrać darmową aplikację. Wkładamy butelkę, zamykamy pokrywę i butelka w bezpieczny sposób trafia do utylizacji. Problem mają ograniczyć też zapowiadane przez resort zdrowia zmiany w realizacji recept rocznych. Nie ma potrzeby odbierania czy wykupowania leków na cały rok i ta ustawa będzie to trochę ograniczać. Pacjent będzie mógł zrealizować receptę roczną w turach, może wykupić całość, ale bez refundacji na własny koszt. Lekarze i farmaceuci mają też w końcu zyskać dostęp do pełnej listy leków przepisanych pacjentowi. Projekt jest w trakcie konsultacji. Pierwsze zmiany wchodzą w życie już od lipca - leki będzie można wykupić w dowolnej aptece, a nie tak jak do tej pory, w tej, w której rozpoczęto receptę. A teraz o kolejnym już niebezpiecznym incydencie w komisariacie policji, tym razem w Iławie. Jeden funkcjonariusz został lekko ranny, po tym jak otworzył paczkę, którą na policję przyniosła kobieta. Nigdy jej nie zamawiała, co wzbudziło jej podejrzenia. Paczka eksplodowała w rękach policjanta. Całe szczęście jego obrażenia nie są groźne i już opuścił szpital, ale Szymon Szulczyński sprawdzał, czy na pewno w komisariacie dochowano wymaganych procedur. Ranny policjant i ewakuowany budynek. Tak skończyło się sprawdzanie przesyłki nieznanego pochodzenia, która trafiła do Komendy Powiatowej Policji w Iławie. Paczkę przyniosła mieszkanka miasta. Twierdziła, że pudełko znalazła na terenie swojej posesji. Niczego nie zamawiała. Mimo to paczka była zaadresowana właśnie do niej. W trakcie przekazywania tej paczki i próby sprawdzenia, co tam w środku znajduje się, doszło do rozszczelnienia tej paczki. Według nieoficjalnych informacji najpierw był syk. Później doszło do eksplozji. Drażniąca substancja raniła policjanta w twarz. Pacjent trafił do nas z objawami oparzeniowymi, został w naszym szpitalu zaopatrzony, był na obserwacji. Policyjni pirotechnicy i strażacy ze specjalistycznej jednostki chemicznej do późnych godzin nocnych sprawdzali teren, by wykluczyć ewentualne zagrożenia. Ta paczka była dość mała, spowodowała okopcenie pomieszczenia. Wykluczyliśmy radiację, zagrożenie biologiczne. Sprawę bada prokuratura. W dniu dzisiejszym zostanie formalnie przygotowane w kierunku artykułu 164, tj. spowodowanie zagrożenia w postaci eksplozji. Kobieta, która przyniosła paczkę, została już przesłuchana. Śledczy ustalają, kto był nadawcą i co dokładnie znajdowało się w przesyłce. Niewiadomych jest więcej. Te działania były nieprofesjonalne, bądźmy uczciwi. Mógł się spodziewać tam wszystkiego, a nie pomyślał o tym. Powstaje więc pytanie, czy paczka nieznanego pochodzenia powinna zostać otwarta w budynku komendy bez odpowiednich zabezpieczeń i procedur. Powinien zadbać o to, żeby nikt do tego pomieszczenia nie wchodził, powiadomić kolegów, którzy się zajmują tym profesjonalnie, czyli pirotechników i ewentualnie chemików. Ale tego nie zrobił - śledztwo pokaże, czy decyzja policjanta była słuszna. Polska i Europa smażą się w słońcu. Dzisiaj w kraju na termometrach prawie 30 stopni Celsjusza, w Paryżu i Londynie prawie 40. Te 40 stopni w ciągu dnia i ponad 20 stopni w nocy nas też czeka już w ten weekend. Służby są w stanie gotowości i obawiają się tej fali upałów, bo nasze wybetonowane miasta rozgrzane są do czerwoności. Gdzie szukać ochłody? Jak bezpiecznie przetrwać te piekielne dni? Tak gorąco w Polsce nie było od ponad stu lat. To powietrze, które dociera do nas znad Sahary. Ekstremalny skwar uderzy w najbliższych dniach w zachodnią i południowo-zachodnią część Polski. Jeżeli temperatura przekroczy 40 stopni, to będzie absolutny rekord, rekord czerwca, rekord Polski, najwyższej temperatury, rekord lata, rekord XXI wieku Szczególnie uważać powinni seniorzy. Nie wychodzę na dwór wtedy. w chłodnym miejscu, w mieszkaniu z klimatyzacją. Służby medyczne i szpitale przygotowują się na zwiększoną liczbę pacjentów, głownie z objawami odwodnienia, które na początku można łatwo przeoczyć. Zaburzenia krążenia mózgowego, pogorszenie kontaktu z pacjentem, obniżone wartości ciśnienia krwi. W kluczowych punktach miast sposobem na miejscowe schłodzenie są kurtyny wodne. Czapka na głowę, pić dużo wody, ochładzać się gdzieś nad jeziorem. Bo w miastach jest najgoręcej. Dron termowizyjny wskazuje różnice temperatur: tam, gdzie jest pas zieleni, są niższe temperatury. Betonowy chodnik i ławka są nagrzane do 50 stopni. Ławki są usytuowane tak, że słońce centralnie je nagrzewa. W miastach różnica temperatur pomiędzy zabudowaniami a parkami może dochodzić nawet do 30 stopni. To efekt tego, że od lat zieleń była zastępowana asfaltem, a naturalne korytarze miedzy blokami, które służyły przewietrzaniu, zabudowano blokami. Jak nie pogarszać trudnej sytuacji termicznej? Więcej rozwiązań już praktykowanych: zielone ściany, zielone dachy. To ma związek także z gospodarką wodną, a jeśli chodzi o gospodarkę przestrzenną, więcej drzew, stare drzewa powinny być chronione. Problem betonozy dotyka także zwierząt. Psy pocą się przez opuszki i dla nich wyjście na rozgrzany asfalt to męczarnia. Wystarczy, że my się przespacerujemy po rozgrzanym trotuarze, a co dopiero przejść się boso. Upał paraliżuje całą Europe Zachodnią. We Francji kolejny dzień słupki rtęci przekroczyły 40 stopni. Służby ratunkowe są przygotowane na zwiększenie liczby pacjentów. W najbliższych dniach mogą być okresy przeciążenia. Będą to pacjenci z grup ryzyka oraz pacjenci w podeszłym wieku, u których wystąpi odwodnienie i niewydolność nerek. W Wielkiej Brytanii ponad 35 stopni, to rekord. Władze apelują, żeby pamiętać także o najmłodszych, bo organizm dziecka nagrzewa się kilkakrotnie szybciej niż u dorosłego. Nieustannie apelujemy o ostrożność. W takich momentach szczególnie narażeni jesteśmy także na niedobory wody, dlatego warto pomyśleć o zbieraniu wody deszczowej. Rusza właśnie program Mikroretencja - to nawet 8000 zł dofinansowania na instalacje zbierania deszczówki z Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Upały wpisały się już w naszą codzienność, podobnie jak obfite, ale chwilowe opady. Pani Alicja deszczówkę wykorzystuje do dbania o ogród, ale nie tylko. Ja też stosuję to do podlewania kwiatów w domu i deszczówka nadaje się do tego idealnie. Idea jest taka, żeby każdy właściciel domu jednorodzinnego mógł ratować deszczówkę przed zmarnowaniem. Dzięki mikroretencji skorzysta środowisko, a mieszkańcy oszczędzając wodę z kranu, zapłacą mniejsze rachunki. Deszczówka jest bezcenna, jest najlepsza dla kwiatów. Ci, którzy już korzystają z takiego rozwiązania, podkreślają same plusy. Nie muszę korzystać z wody z kranu, licznik w ogrodzie nie pyka, nie nakręca się. Program Mikoretencja już wystartował. Działa na zasadzie refundacji, czyli najpierw za instalację trzeba zapłacić, a później drogą elektroniczną złożyć wniosek o zwrot kosztów. To jest program dofinansowania dla gospodarstw domowych w wielkości do 8000 zł dofinansowania i do 90% kosztów zakupu na zbiorniki przydomowe. Taki program działa we Wrocławiu już siedem lat i z roku na rok cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Dzięki temu programowi około 1000 mieszkańców mogło skorzystać z realizacji wszelkich urządzeń do łapania deszczu. Wrocław wydał na to do tej pory ponad 3 mln złotych. Projekt ogólnopolski zakłada finansowanie 20 tys. takich instalacji za kwotę przekraczającą w sumie 170 mln. To mały, ale ważny krok na drodze do walki z suszą. Jest takim sposobem odciążenia sieci wodociągowej od ilości pobieranej wody, chociażby na potrzeby roślin. Bo wodę już powinniśmy oszczędzać. Według danych GUS Polska jest w ogonie Europy, jeśli chodzi o odnawialne zasoby wody słodkiej w przeliczeniu na mieszkańca. Ale świadomość konieczności małej retencji rośnie. W dwa pierwsze dni funkcjonowania programu zgłoszeń było aż 7000. Zdaniem naukowców jest o co walczyć. Zatrzymujemy około 5% tej wody, więc możliwości są potężne, żeby jeszcze te ponad 90%. Mikroretencja, gromadzenie wody w mieście, to jest realne działanie w stronę adaptacji do zmian klimatu. Bo dziś jest mikro, ale z czasem da korzyści także w skali makro. To wszystko w "19.30", ale są już z nami Dorota Wysocka-Schnepf i jej gość - prof. Roman Kuźniar z Uniwersytetu Warszawskiego. Natychmiast więc "Pytanie dnia", później Justyna Dobrosz-Oracz i "Bez trybu". Ja mam to szczęście, że spotkam się z państwem ponownie już jutro. Dobrej nocy zatem i do jutra.