Strzały podczas balu dla dziennikarzy w Waszyngtonie. Donald Trump ewakuowany, sprawca zatrzymany. Victor Orban rezygnuje z mandatu poselskiego. Ma też wyjechać z Węgier. Od piosenki do niezwykłej zbiórki, by pomóc dzieciom chorym na raka. 9 dni i ponad 200 milionów zł. Monika Sawka, dobry wieczór. Wszystko zaczęło się od piosenki "Ciągle tutaj jestem (diss na raka)", nagranej przez rapera Bedoesa razem z chorującą na nowotwór 11-letnią Mają, podopieczną fundacji Cancer Fighters. To zmobilizowało youtubera Łatwoganga do rozpoczęcia zbiórki na pomoc dzieciom chorym na raka. A to, co wydarzyło się później, przejdzie do historii i udowadnia po raz kolejny, że nic tak nie łączy Polaków, jak zbiórki w szczytnym celu. To najpiękniejszy dzień w polskim Internecie. niewyobrażalna kwota, która może pomóc niejednemu dziecku. To jest po prostu wielkie szczęście, to, co się dzieje. Dla mnie to jest cud naszych czasów. To jest po prostu piękne, co się stało. Ten cud nie wydarzył się sam. 9 dni nieprzerwanego streamu tego utworu, "Dissu na raka" Bedoesa i Mai. Miejsce akcji - niewielka kawalerka po brzegi wypełniona dobrem. Jesteśmy wszyscy razem i fajnie, jakby to przenieść na inne pola też, że my jesteśmy fajni i umiemy być razem. Różne światy. Jeden cel. Liczba gości Łatwogangu przekroczyła najśmielsze oczekiwania. Jeśli mamy jakiś głos, jeśli jesteśmy osobą publiczną, medialną, mamy jakiekolwiek forum fanów, odbiorców, to byłoby wręcz dziwne i niezrozumiałe dla mnie osobiście, żeby tu nie przyjechać i nie wspierać. Będziemy się bić! No właśnie, bo przeciwnik groźny, ale serca wielkie. Piękne, że my Polacy umiemy się tak zjednoczyć i pomagać. Ten przeciwnik to rak. Walka zaczęła się od utworu, który słynny raper Bedoes nagrał z chorująca na białaczkę 11-letnią Mają Mecan z Oławy. Czuję się bardzo dobrze i mam dużo siły. Przyjeżdżam na kontrolną chemię, pobierają mi wyniki, potem podłączają chemię. Na początku jak rozmawialiśmy z Piotrkiem z "Łatwo", ile można uzbierać, to ja powiedziałem, że chyba milion, a on powiedział: 500 tys. Cieszę się, w życiu bym się nie spodziewał. Dobro dopiero się rozkręca. Sto tysięcy od Igi Świątek, milion od Roberta Lewandowskiego czy srebrny medal olimpijski Władimira Semirunnija. Cegiełkę można dołożyć, odwiedzając też strefę przy ulicy Tunelowej 2A w Warszawie. Na miejscu sztuka z Los Angeles czy tatuaże u topowych artystów. Cały dochód trafi do fundacji Cancer Fighters. Po pierwsze wspieramy ludzi z rakiem, a po drugie jesteśmy takie ogólnie wspierające, a po trzecie kochamy 2115, a ja najbardziej Bedoesa. Pomóc paru osobom to pomóc całemu światu i to było ekstra założenie. Nie spodziewaliśmy się, że urośnie to do tak dużej skali. Można też śladem Kasi Nosowskiej czy Maffashion zgolić włosy. Tak jak Wiktoria. Moja babcia też umarła na raka. Niestety przegrała tę walkę. I trzeba takie inicjatywy promować. Wiktoria nie spodziewała się jednego, że strzyżenie dokończy jej idol. To nie jest koniec projektu. Wiem, że nagrywasz całą płytę. Tak, zgadza się. Nagrywam płytę z dzieciakami z fundacji. Już mamy listę dzieciaków. W przyszłym tygodniu wchodzimy do studia. Zapamiętajmy ten moment na zawsze. Pomagajmy. Nic nie daje większej siły niż dobro. Oglądają państwo "19.30", już za chwilę strzały na gali z Donaldem Trumpem, a później: Nowe plany i duże obawy. Niepewna przyszłość znanej placówki. Alternatywy, jakie mamy, to w zasadzie z żadnej nie możemy skorzystać, bo jesteśmy domem dla dzieci i młodzieży. Tego się najbardziej boję, nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o chłopców. Żadne dziecko nie powinno wychowywać się w instytucji. Reforma ma zmienić model wsparcia i pomocy społecznej, ale nie z dnia na dzień. Podczas kolacji dla korespondentów Białego Domu z udziałem Donalda Trumpa, pierwszej damy i przedstawicieli amerykańskiej administracji, w Waszyngtonie padły strzały. Napastnik wycelował w jednego z agentów Secret Service. Został zatrzymany. A Donald Trump i jego żona szybko ewakuowani. Był uzbrojony w broń palną i noże. Łączymy się z Marcinem Antosiewiczem. Marcinie, jak w ogóle mogło do tego dojść? To jest to pytanie. Odbiór świata jest inny. Była tam cała elita. Udało się zatrzymać zamachowca. Nikt nie zginął. Został zaatakowany 1 z agentów. Opinia publiczna zastanawia się, jak mógł być zaatakowany 1 z agentów. Ten zamachowiec wynajął pokój i zjechał windą. Nikt nie strzegł tych wind. Ja siedziałem przy tym wejściu. Byłem odwrócony plecami. Na początku słyszałem tylko strzały. Złapałem za telefon i zacząłem wszystko nagrywać. Proszę wybaczyć jakość tych nagrań. Chciałabym, żeby państwo sami mogli zobaczyć co wydarzyło się w tym miejscu. To miał być przyjemny wieczór ze znajomymi, z którymi na co dzień relacjonujemy administrację Donalda Trumpa. Na którym być może uda się załatwić wywiad z dyrektorem NASA albo ważnym kongresmanem. Wieczór, który miał obfitować w zabawne przemówienia i szybkie riposty. Dobry wieczór wszystkim. Panie prezydencie Trump i pierwsza damo, dziękuję wam za obecność w imieniu całego stowarzyszenia dziennikarzy. To wiele dla nas znaczy, że jesteście z nami. A rzeczniczce prasowej Caroline Leavitt dziękuję za wszystko, co wraz ze swoim zespołem robicie dla nas. Niezależnie od tego, czy wam się podoba nasza praca, czy nie. Trump pierwszy raz pojawił się na dziennikarskiej koalicji. W pierwszej kadencji i rok temu zignorował zaproszenie. Mamy przed sobą wielką noc. I zaczynamy już teraz. Więc życzę wam smacznej kolacji. Gwar na sali został przerwany przez strzały. Pierwsza wśród oficjeli zaniepokoiła się pierwsza dama. To złe dźwięki - powiedziała do prezydenta. Po czym rozpoczęła się akcja Secret Service. Najpierw ewakuowali wiceprezydenta Vance'a. Potem prezydenta i pierwszą damą. Reszta sali zaczęła instynktownie chować się pod stołami. Gdy kolejne strzały nie padały, po kilku minutach zaczęliśmy wstawać. Zobaczyłem, że Secret Service rozpoczął ewakuację członków rządu. W tej chwili widzę sekretarza Bessenta, który wychodzi z ochroną - sekretarza skarbu. Wszystkich vipów teraz zabierają. Widzę też prokuratora generalnego. Wszyscy zaczęliśmy sprawdzać, jak czują się inni. Ewakuacja członków gabinetu trwała. My mieliśmy zostać na swoich miejscach. Widzę, że szef FBI wychodzi. To przy tych drzwiach doszło do strzelaniny. Po kilku minutach pojawiła się plotka, że zamachowiec został zabity. Jednak to nie była prawda. Szefowa stowarzyszenia wróciła na salę z informacją, że kolacja będzie kontynuowana. Wydało mi się to prawdopodobne, bo na salę wróciła sekretarz edukacji, bliska znajoma Trumpa. Szefowa protokołu Białego Domu powiedziała mi, że prezydent jest w dobrej formie, a na korytarzu zobaczyłem fotografów Donalda Trumpa. To są fotografowie, którzy podróżowali z prezydentem i oni cały czas nie wiedzą. Straciłem poczucie czasu, to jest jakieś 15-20 minut po tym zamachu, i oni nie wiedzą w tej chwili, czy dołączą do prezydenta. Mówią tylko, że kazano im tu czekać. Po kilkunastu minutach Trump napisał w internecie, by kontynuować kolację. Ostatecznie służby nie pozwoliły prezydentowi na powrót. Dlatego jeszcze w nocy zwołał konferencję prasową. Chcę podziękować pierwszej damie. To było dla niej traumatyczne przeżycie. Działo się dużo i szybko. Reakcja była jednak niesamowita. Nie pozwolimy się zastraszyć. Szefowa Stowarzyszenia Dziennikarzy ogłosiła, że kolacja nie będzie kontynuowana bez udziału prezydenta. Odbędzie się ponownie za 30 dni. Napastnik przez amerykańskiego prezydenta został nazwany "szaleńcem". Ma 31 lat. Pochodzi z Kalifornii. Jest m.in. twórcą gier komputerowych i byłym stażystą w NASA. Z zawodu jest nauczycielem, żyje z udzielania korepetycji. Nie ma przeszłości kryminalnej. Zostaną mu postawione dwa zarzuty. Uzbrojeni funkcjonariusze wykrzykują polecenie, aby natychmiast otworzyć drzwi. Piętro wyżej, na podłodze, leży już w kajdankach półnagi mężczyzna otoczony przez agentów FBI i Secret Service. Nerwowe chwile bezpośrednio po obezwładnieniu podejrzanego uwiecznił jeden ze świadków. Strzelać miał 31-letni Cole Tomas Allen. Z zawodu nauczyciel. Żył z udzielania korepetycji. Tworzył też gry komputerowe. Ten człowiek miał zamiar wyrządzić jak najwięcej krzywd i szkód. Został zatrzymany tylko dlatego, że zadziałała kontrola bezpieczeństwa. Było jasne, dokąd zmierza oskarżony. Uzbrojony w strzelbę, pistolet i noże przebiegł przez punkt kontrolny. Postrzelił agenta. Ale chciał zastrzelić urzędników administracji - tak podała stacja CBS, powołując się na jego słowa. Jako celu nie wymienił prezydenta Donalda Trumpa. Ten dwie godziny po strzelaninie w tym hotelu, w którym napastnik był zameldowany jako gość, tak już z Białego Domu mówił o sprawcy. Wyglądał naprawdę groźnie, kiedy leżał na ziemi, walczył zaciekle, moim zdaniem był chorym człowiekiem, szaleńcem. Służby uważają, że był samotnym wilkiem. Ja też sądzę, że działał w pojedynkę. Nie został ranny, ale trafi do szpitala w Waszyngtonie. Mieszkał zaś w Torrance na przedmieściach Los Angeles. Wkrótce po strzelaninie agenci FBI otoczyli jego dom. O efektach przeszukania nic nie wiadomo. To całkiem zwyczajny facet. Naprawdę bystry. Był trochę ekscentryczny, ale to nic złego. Bardzo pomógł mi w odrabianiu zadań z fizyki i przygotowywaniu się do sprawdzianów. Półtora roku temu został nawet wyróżniony tytułem "Nauczyciela miesiąca". Nie wiadomo, dlaczego zdecydował się chwycić za broń. Z całym szacunkiem, dlaczego, pana zdaniem, ciągle to się panu przytrafia? To zasadne pytanie dziennikarza, bo niespełna dwa lata temu Trump przeżył zamach. Dwa miesiące później napastnik strzelał w pobliżu pola golfowego, gdzie grał. W lutym zaś uzbrojony mężczyzna wtargnął na teren jego posiadłości. Został zastrzelony przez służby. Światowi liderzy solidarnie potępili atak i piszą o braku zgody na przemoc i nienawiść polityczną. Wśród nich premier Donald Tusk. Cały wolny świat jednoczy się dziś w potępieniu próby ataku w Waszyngtonie. Polska stoi w pełnej solidarności z Ameryką. Przed tym samym hotelem w 1981 roku zamachowiec postrzelił ówczesnego prezydenta Ronalda Reagana. Ten, który strzelał wczoraj, jutro ma stanąć przed sądem, gdzie usłyszy co najmniej dwa zarzuty. Ustępujący po przegranych wyborach Viktor Orban ogłosił, że nie zasiądzie w nowym parlamencie. Twierdzi, że zajmie się reorganizacją swojego obozu politycznego. To oznacza, że odchodzący premier Węgier nie obejmie mandatu po raz pierwszy od 36 lat, czyli od pierwszych wolnych wyborów w 1990 roku. Według znanego węgierskiego dziennikarza śledczego polityk planuje podróż do USA, by w ten sposób uciec przed węgierskimi organami ścigania. Choć Peter Magyar władzę przejmie dopiero 9 maja, to efekty jego wygranej już są. Mandat, który zdobyłem jest w rzeczywistości mandatem parlamentarnym Fideszu, postanowiłem z niego zrezygnować. Ogłosił wciąż urzędujący węgierski premier. Kropkę nad i postawiły media, ujawniając, że Victor Orban wybiera się do Ameryki z biletem tylko w jedną stronę. Uczy się od najlepszych, stara się unikać błędów, bo Ziobro musiał w pośpiechu się pakować, pewnie parę rzeczy zapomniał, a Orban, ucząc się od najlepszych, pakuje się trochę wcześniej. Obaj politycy, to zdjęcie z czasów, gdy Victor Orban był jeszcze królem europejskiej prawicy, znaleźli w niemal lustrzanych sytuacjach. Ale lider Fideszu, rezygnując z mandatu, odpuszcza sobie takie prężenie muskułów. Liczę na was. Mam nadzieję, że nie okażecie się takimi fujarami. Nie zamierzam destabilizować żadnego postępowania czy uciekać. Ani mdleć. Prawdziwość tych słów zweryfikował czas. Marcin Romanowski najpierw unikał odpowiedzialności z powodu korekty przegrody nosa. Potem wyjechał na Węgry. Gdzie niespełna rok później dotarł też Zbigniew Ziobro. Jest po prostu miękiszonem, jest po prostu tchórzem. Minister sprawiedliwości unika wymiaru sprawiedliwości, to jest żenada. PiS nazywa to bohaterstwem. Nie mogą w Polsce liczyć na uczciwy proces. Bo uczciwie, według PiS, to było. Tylko za ich rządów. Kiedy na czele prokuratury krajowej stał świadek na ślubie Zbigniewa Ziobry, a Krajowej Rady Sądownictwa - jego szkolna koleżanka, Sądem Najwyższym zarządzała przyjaciółka prezydenta, a Trybunałem Konstytucyjnym - odkrycie towarzyskie prezesa PiS. Pamiętamy słynne słowa Zbigniewa Ziobry, że niewinni nie maja się czego bać, niech przyjeżdża. Z tego zaproszenia Zbigniew Ziobro nie zamierza korzystać. Gdziekolwiek nie będę, będę walczył. Aktualnie rękami adwokatów, którzy chwytają się każdego sposobu, by opóźnić procedurę wydania za nim Europejskiego Nakazu Aresztowania. Ostatnio składając pisma bez podpisu. W takiej sytuacji sąd musi ich wezwać do uzupełnienia braków formalnych, a to trwa. Podobnie jak realizacja tej obietnicy. Węgry nie będą składowiskiem dla międzynarodowych przestępców. To nie jest kwestia dwóch tygodni, tylko raczej miesięcy. Oceniają rządzący. Dla polityków to nowe możliwości. Też wyjadą do Stanów, tak jak Viktor Orban? A myśli pani redaktor. że ja jakbym znał ich plany, to bym je zdradził przed pani redaktor kamerą? No nie, zdecydowanie. Koalicja nazywa to zorganizowaną akcją unikania odpowiedzialności za nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości. Ta sprawa dotyczy nie żadnej polityki, tylko konkretnych sum i defraudacji publicznych pieniędzy. Z podobnym zarzutami może się mierzyć Viktor Orban, ale postawił sprawę jasno i zrzekł się mandatu. Posłowie PiS tego nie zrobili. Nie biorą udziału w głosowaniu, nie ma 460 posłów, tylko 458, więc to też przy różnych głosowaniach, które idą na noże, osłabia pozycję opozycji. Ale dało czas Zbigniewowi Ziobrze, by uciec na Węgry. Zaledwie 25 kilometrów od granicy NATO w obwodzie królewieckim powstaje tak zwane Ucho Putina. Dzięki instalacji Rosja będzie mogła pozyskiwać informacje: gromadzić dane o komunikacji, ruchach oraz technologii wojsk Sojuszu Północnoatlantyckiego zgodnie z rosyjską doktryną wojny elektronicznej. Reporterzy Raportu Specjalnego w najnowszym programie pokazują zdjęcia satelitarne tego tajemniczego obiektu. Królewiec jest kluczowy dla bezpieczeństwa Europy i całej Unii Europejskiej. Od 3 lat Rosjanie rozbudowują tam infrastrukturę wywiadowczą. Dziennikarze Raportu Specjalnego dotarli do zdjęć satelitarnych, na których widać budowę olbrzymiego radaru, tak zwanego Ucha Putina. Zaledwie 25 kilometrów od polskiej granicy. Budowa np. gigantycznego radaru, który będzie miał zasięg 7 tys. km. według analityków, raczej nie wskazuje na to, że Rosja dąży do pokoju, a raczej rozbudowuje systematycznie, konsekwentnie tutaj swoje możliwości wywiadowcze. Obserwacja rosyjskiej enklawy możliwa jest tylko dzięki satelitom. Po 2023 roku Polska drastycznie ograniczyła ruch graniczny na przejściach z Rosją. A wjazd zagranicznych dziennikarzy do Królewca stał się wręcz niemożliwy. Z tych operacji dywersyjnych Królewca nie słyszymy w ogóle ani słowa i to jest właśnie znamienne, bo Królewiec jest przygotowany właśnie na działania dywersyjne. Wymierzone w NATO w razie konfliktu zbrojnego. Jantarnyj, Primorsk, Parusnoje to ośrodki sił specjalnych, które mają się specjalizować w dywersji. Na zdjęciach satelitarnych widać stałą rozbudowę jednej z baz. Celem Rosji jest nie tylko Polska. Wszystkie ataki hybrydowe obejmują zasięgiem cały region. Estonie, Litwę, Łotwę i Polskę. Ich sprawcy rozpoczęli swoje działania od Polski, a potem przenieśli się do Wilna. Przykładami takich działań są zakłócenia GPS w rejonie Morza Bałtyckiego. Problemy z nawigacją, opóźnienia lotów, utrudnienia w żegludze - to efekty, które od kilku lat są codziennością. Rosjanie teraz nie mają skrupułów. Testują sobie środowisko elektromagnetyczne do tego, by prowadzić wydajną wojnę i walkę radioelektroniczną. To jest jeden z bardzo ważnych elementów ochrony Królewca. Bo w Królewcu jest też tajny obiekt "S", gdzie Rosjanie składują broń nuklearną. Zdaniem ekspertów, liczba głowic w ciągu ostatnich kilku lat wzrosła nawet o 200%. Mówimy: między 130 a 200 głowic. Reporterskie śledztwo i rosyjska dywersja wieczorem w TVP Info. Mija 40 lat od tragedii w Czarnobylu. Wybuch reaktora nr 4 nie tylko zabił pracowników, ale wyrzucił w powietrze radioaktywny pył, wiatr zaś zaniósł go poza granice ówczesnego ZSRR. Był to najtragiczniejszy wypadek w historii energetyki jądrowej, a mimo to komunistyczne państwo próbowało go zatuszować. Dziś to miejsce turystycznych wycieczek. Opuszczone restauracje, hale sportowe, hotele i osiedla. 40 lat temu z Prypeci pod Czarnobylem ewakuowano ponad 40 tysięcy ludzi. Dwa dni zajęło Sowietom, aby poinformować świat, że doszło do katastrofy. Wołodymyr Werbicki, jeden z mieszkańców Prypeci, wspomina, że po wybuchu wezwano go do pracy w elektrowni. Był chaos, próbowano ugasić pożar reaktora. Wszystkim okolicznym mieszkańcom w trybie pilnym kazano wyjechać. Kiedy na miejsce dotarli wojskowi fachowcy, zaczęli mierzyć i sprawdzać, co się faktycznie stało, to zrozumiano, z jak ogromnymi dawkami promieniowania mieliśmy do czynienia. kilka miesięcy później, kiedy przyjeżdżaliśmy tu oczyszczać teren, to władze zapewniały, że wrócimy do domów. Do domów nigdy nie wrócili. Dziś po strefie wykluczenia bezpieczniej jest chodzić po asfalcie i to w wyznaczonych miejscach. Teren wokół czyszczono setki razy. Wymywano asfalt specjalną pianą, która wyciągała z ziemi promieniowanie. Odejdźmy trochę dalej, bo im bliżej do napromieniowanego obiektu, tym niebezpieczniej. Wokół Czarnobyla narosło wiele mitów. Po okolicznych lasach miały biegać psy mutanty czy dziki zombie. Skażona była natomiast gleba, owoce leśne czy grzyby. Na wioskach ludziom płacono za stracone krowy, nie wolno było spożywać skażonego mleka, a tu w okolicy po prostu wystrzelano zwierzęta, a ich ciała wywożono na wielkie cmentarzyska. Samą Prypeć zamknięto. Siła promieniowania po wybuchu była równa 4 bombom atomowym zrzuconym na Hiroszimę. Radiacja miała wpływ na rozwój niektórych chorób, w tym onkologicznych. Problemy onkologiczne to jedno, ale do tego dochodzi genetyka. Wpływ katastrofy czarnobylskiej na młodzież, na dzieci, będzie odczuwalny jeszcze przez dziesiątki, jeśli nie przez setki lat. Na kilka kolejnych pokoleń. Od czasu katastrofy teren stał się celem turystycznych wycieczek. Wstrzymano je po wybuchu wojny w 2022 roku. Rosjanie urządzili sobie tu bazę wypoczynku. Chodzili na polowania, strzelali do dzików, łosi. Robili grilla. Kiedy Kijów nie upadł w trzy dni, to zaczęli być agresywni, a strefę zamienili w bazę wojskową i mówili: przecież wasi was bombardować nie będą. Chcieli marketingowo wykorzystać Czarnobyl, żeby świat usłyszał o tym, co robią. Lekcja z katastrofy jest jedna. Aby sprawy, które wpływają na życie i zdrowie ludzi czy na ekologię, nie były skrywane i tajne. Nie można bać się paniki wśród ludności. Po katastrofie z 1986 roku nad zniszczonym reaktorem wybudowano betonowy sarkofag i arkę, która miała chronić świat przed jądrowym promieniowaniem. W lutym ubiegłego roku w pokrywę trafił rosyjski dron Shahed. Szacuje się, że naprawa zniszczeń może kosztować ponad 500 milionów euro. Rządzący chcą wprowadzić zmiany w prawie - domy pomocy społecznej mają przysługiwać tylko osobom pełnoletnim. Siostry z Broniszewic, które prowadzą Dom Chłopaków, gdzie pomagają dzieciom z niepełnosprawnościami, biją na alarm. Twierdzą, że zapis w planowanej ustawie zamyka drogę na dalsze świadczenia pomocy tym najbardziej potrzebującym. Mikołaj jest jednym z 4 braci, którzy trafili pod skrzydła "Domu Chłopaków". W prowadzonym przez dominikanki DPS-ie mieszka 67 chłopców i młodych mężczyzn z niepełnosprawnością. Ubierzemy ich, nakarmimy, wykąpiemy, tak jak własne dzieci po prostu. Siostry już nie raz pokazywały, że potrafią być bardzo skuteczne w walce o swoich podopiecznych, teraz głośno protestują przeciwko zmianom w opiece społecznej. Chodzi o zapis, zgodnie z którym do DPS-ów nie będą już kierowane dzieci. Trafiają do nas najczęściej dlatego, że rodzice sobie nie poradzili z ich głęboką niepełnosprawnością. Ale również trafiają ze szpitala psychiatrycznego, gdzie czekali przez kilka miesięcy, jak ktoś ich odbierze. To już DPS sióstr Serafitek w Poznaniu. W placówce mieszka 18 dzieci z niepełnosprawnością. Mamy ogromne obawy w związku z tą sytuacją. Ministerstwo rodziny szacuje, że w DPS-ach przebywa aktualnie prawie 900 dzieci, nawet kilkulatki. Eksperci podkreślają, że mimo najlepszych chęci pracowników to nie są miejsca, które dają dzieciom szanse na prawidłowy rozwój. Żadne dziecko, niezależnie, czy jest z niepełnosprawnością, czy nie, nie powinno wychowywać się w instytucji. To, czego potrzebuje dziecko, żeby się prawidłowo rozwijać, to jest relacja z bliską osobą dorosłą, która jest osobą stalą i towarzyszy nam przez cale życie. I w tym kierunku idą zmiany proponowane przez resort rodziny. By każde dziecko mogło wychowywać się w rodzinie, jeśli to niemożliwe, to w rodzinie zastępczej. Problem w tym, że rodzin zastępczych brakuje. Na miejsce czeka 1800 dzieci. Dlatego równolegle ze zmianami opieki społecznej ma być wprowadzana reforma pieczy zastępczej. Na pewno wzmocnienie obszaru wsparcia dla rodzin, które przyjmują dzieci z niepełnosprawnościami, wysłuchanie tych rodzin. Potrzebę zmian rozumieją też siostry z Domu Chłopaków, ale ich zdaniem każdy przypadek powinien być rozpatrywany indywidualnie. Te ośrodki mają na celu usamodzielnienie dzieci, ale jak widać w naszym domu dzieci z głębokim stopniem niepełnosprawności nie kwalifikują się do usamodzielnienia, tylko do troski 24 godziny na dobę. Do końca życia. Resort rodziny zapewnia, że ośrodki będą miały wybór - mogą pozostać DPS-ami tylko dla dorosłych albo przekształcić się w placówki opiekuńczo-terapeutyczne tylko dla dzieci. Dzieci, które już są w DPS-ach, będą mogły w nich zostać. To jest ewolucja, a nie rewolucja. Konsultacje nad projektem reformy opieki społecznej potrwają do końca kwietnia. Ja już dziękuję za wspólnie spędzony weekend. Już za chwilę Pytanie Dnia. W studiu są już Aleksandra Pawlicka i jej gość, Marcin Kierwiński, minister spraw wewnętrznych i administracji. Spokojnego wieczoru.