Rekord dobroczynności. Jak youtuber otworzył serca i portfele Polaków? Rosyjskie ślady. Czy w kryptoaferę zamieszana była mafia związana z Putinem? Polska kontra Mercosur. Zaskarżymy umowę do unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Zbigniew Łuczyński, dobry wieczór. To jest prawdziwy rekord. Bo taki wynik zbiórki podczas transmisji na żywo na cele charytatywne nie ma sobie równych na świecie. Ponad 250 mln zł trafi teraz do dzieci chorych na raka. Fenomen Łatwoganga łączy w szlachetnym celu artystów, sportowców, celebrytów, ale i miliony młodych i starszych, którzy zareagowali i wpłacili, tyle ile mogli. O cudzie w kawalerce - Michał Niewodowski. Słowa dotrzymał, bo ta akcja jak tatuaż zostanie z nami na zawsze. Łatwogang, Bedoes i ludzie dobrej woli dokonali cudu, zbierając ponad ćwierć miliarda złotych na walkę z rakiem dla podopiecznych Fundacji Cancer Fighters. Super, cieszmy się tym, co zrobiliśmy. Ja nie jestem żadną postacią. Zrobiliśmy piękną rzecz wszyscy jako Polacy. Cała zbiórka zaczęła się od pomysłu odtwarzania przez 9 dni tego kawałka, dissu na raka. Szczerej historii 11-letniej Mai, która walczy z trzecią wznową raka. Obstawiałam, że to będzie maksymalnie 20 mln. Tak naprawdę nie ma słów, bo chyba nikt się z nas nie spodziewał, jak ta akcja i piosenka, która wyszła, pójdzie tak szeroko w zasięgi. Wynik przerósł wszelkie oczekiwania. To historia o tym, że w tej walce nie można się poddać. Wie o tym mama Bedoesa, która wygrała z nowotworem. I teraz w geście solidarności ogoliła głowę. W całej akcji głowę ogoliło prawie sto osób. Pierwszą, która to zrobiła była influencerka Kasix. To było wyzwanie na 13 mln zł. Pokazaliśmy też, że jak chcemy, to potrafimy: i być razem, i się zjednoczyć. Dołączyły do nas gwiazdy tradycyjnych mediów aktorzy, sportowcy. To było coś naprawdę super. Stream Łatwoganga ustanowił rekord Guinnessa jako transmisja charytatywna. To dla mnie nieprawdopodobne. Myślę, że panowie, tworząc to, nie spodziewali się chyba aż tak dużej kwoty, że to pójdzie w aż tak ogromny zasięg. Jesteśmy niesamowici. Przez 9 dni w małej kawalerce działy się rzeczy, które mało komu się śniły. Były wyzwania. Były nagrania. Gratulacje z polski i świata. Oraz koncerty niespodzianki. Nigdy bym nie zagrał przeboju. "Supermoce" z Golec uOrkiestra. Nigdy bym czegoś takiego sobie nie wymyślił. Do akcji włączyli się również sąsiedzi, którzy przez cały ten czas pomagali i byli wyrozumiali. Tyle gwiazd, co się przewinęło w tym jednym miejscu - totalny szok. Ale słuszna inicjatywa, tak że żaden hałas, nic nam nie przeszkadzało. Cała kwota trafi do Fundacji Cancer Fighters, która już uruchomiła specjalne centrum transparentności. Środki trafią do najbardziej potrzebujących i będą wydawane w sposób jawny. Robić wszystko po to, żeby pomóc tam, gdzie jesteśmy potrzebni. Chcemy słuchać oddziałów, szpitali, profesorów, którzy się znają. Bo rocznie w Polsce ponad tysiąc dzieci takich jak Maja jest diagnozowane z rakiem. W onkologii dziecięcej, jak w każdej dziedzinie medycyny, te potrzeby są ogromne. Od potrzeb inwestycyjnych poprzez bardzo nowoczesną diagnostykę. 26 kwietnia przeszedł do historii. Historii Internetu, historii naszej dobroczynności. Teraz może się stać dniem symbolem walki z rakiem u dzieci. O fenomenie tej i innych akcji, które jednoczą nas ponad podziałami, na koniec "19.30". Niewątpliwie jedną z takich osób, która potrafiła pomagać ludziom w potrzebie i zwierzętom skrzywdzonym przez człowieka, był poseł Łukasz Litewka. Polityk zginął kilka dni temu w wypadku. Prezydent Karol Nawrocki odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. To jest "19.30", główny program informacyjny TVP, a wśród dzisiejszych tematów mamy jeszcze: Życie pod ostrzałem. Większość obrażeń pochodzi od dronów kamikadze. Siatki antydronowe ratują życie. To dziś po prostu bezpieczeństwo. Mafia powiązana z politykami Putina kontroluje giełdę Zondacrypto. Takie są wnioski po ustaleniach polskich służb. Pisze o tym Gazeta Wyborcza. O rosyjskich wątkach w aferze mówił wcześniej premier, który apelował do posłów PiS i Konfederacji o poparcie w odrzuceniu weta prezydenta. Jednak ustawa o kontroli nad rynkiem kryptowalut nie weszła w życie. Zondacrypto nie tylko nie była zarejestrowana w Polsce. Pojawili się Rosjanie. Jak pisze Gazeta Wyborcza, kontrolę nad giełdą kryptowalut sprawowała mafia tambowska, jedna z najgroźniejszych grup przestępczych, powiązana z Władimirem Putinem. Rosjanie mieli pojawić się, gdy Zondacrypto powstawała z upadającej poprzedniczki, giełdy Bitbay. Jej prezes Sylwester Suszek zaginął w tajemniczych okolicznościach. Jest do dzisiaj nieodnaleziony. Według policji nie żyje. To też mogło być dziełem tych pseudoinwestorów rosyjskich. To podręcznikowy przykład działań służb rosyjskich, którym kryptowaluty służą do prania pieniędzy czy infiltrowania świata polityki. Komentuje ekspert. I przy okazji wprowadzania chaosu, podziałów, pogłębiania polaryzacji i wszystko to, w tej sprawie widzimy. W polskiej polityce Zondacrypto zadomowiła się na stałe - po prawej stronie. Tak chwaliła współpracę z PKOl stacja wspierająca PiS, która od kryptogiełdy otrzymała 37 mln zł. Dzięki współpracy z Zondacrypto Polski Komitet Olimpijski podwoi nagrody dla olimpijczyków. Rządzący przypominają też setki tysięcy złotych na fundacje polityków PiS i Konfederacji. To dziś powinno być nowe logo PiS. To tutaj powinni sobie przyczepić, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto jest autorem tej kryptoafery. Giełda była sponsorem prawicowej konferencji CPAC, na której występowali politycy PiS i ówcześni: prezydent Andrzej Duda oraz kandydat na jego następcę Karol Nawrocki. Który już dwukrotnie zawetował ustawę mającą uregulować rynek kryptowalut, a politycy PiS głosowali przeciwko ustawie i odrzuceniu weta. Dziś mówią, że nie wiedzieli o rosyjskich wpływach w Zondacrypto. Winą za aferę obarczają rząd. To jest afera Donalda Tuska i jego otoczenia. Powinni się wiedzą podzielić ze społeczeństwem. Premier już w grudniu najpierw na niejawnym posiedzeniu Sejmu, a później z mównicy ostrzegał przed rosyjskimi wpływami na giełdzie kryptowalut. Mimo wszystko i tak głosowali przeciw. To albo głupota, albo zdrada stanu. Aż ciśnie się na usta pytanie: czyich interesów oni bronią? Bo na pewno nie interesów przeciętnego obywatela. Przed drugim wetem o wszystkim wiedział też prezydent. Prezydent miał pełną wiedzę. Dlatego Pałac Prezydencki ponosi największa odpowiedzialność. Potwierdzają to ustalenia Gazety Wyborczej. Autor artykułu twierdzi, że wiedzę już wcześniej miał także były prezydent Andrzej Duda. Mają tzw. ochronę kontrwywiadowczą. Musieli być ostrzegani, że tutaj są te podejrzane pieniądze. Rządzący mówią o parasolu ochronnym PiS-u nad Zondacrypto. Opozycja rozpościerała opiekę nad tą trefną firmą, mając te informacje. Będzie trzecie podejście do ustawy o kryptoaktywach. Rządzący liczą, że tym razem prezydent ją podpisze. Śledztwo prokuratury w sprawie Zondacrypto się rozwija. Przeszukania i zabezpieczanie metadanych. Śledczy szacują, że tysiące poszkodowanych oszukano na więcej niż 350 mln zł. Będzie wspólna armada dronowa, która połączy ukraińskie doświadczenie frontowe z polskim i unijnym kapitałem. Inwestycję zapowiedział dziś premier Donald Tusk. Ten nowy rozdział wzajemnej współpracy premier ogłosił w Rzeszowie. Padło tam wzajemne "dziękuję". Dla Polski od ukraińskiej premier i dla Ukrainy za to, co ten kraj robi, by odeprzeć rosyjską agresję. Słowo dnia: "bezpieczeństwo". Na spotkaniu w Warszawie minister Marcin Kierwiński przeprowadził odprawę służb poświęconą sytuacji na granicach. W Rzeszowie premier Donald Tusk zapowiedział stworzenie polskiej armady dronowej. Mimo wojny, mimo tego, co dzieje się w powietrzu nad Ukrainą, udało się zbudować model, w którym również Ukraina może coś dać. Wojska dronowe wspierane ukraińskim know-how zdobytym podczas 50 miesięcy opierania się rosyjskiej agresji, ale zbudowane za polskie i europejskie pieniądze. Nasze systemy zmieniają naturę współczesnej wojny. Dronami za kilkaset dolarów niszczymy czołgi oraz pojazdy wojskowe warte miliony. Te rozwiązania kładziemy dzisiaj na stole. Ich możliwości Ukraińcy zaprezentowali w Rzeszowie. Tych rozwiązań we współpracy z Kijowem ma się uczyć polski przemysł obronny. Nie chodzi o to, aby gdzieś na stanie leżały setki tysięcy dronów, ale chodzi o stworzenie warunków produkcyjnych i innowacyjnych, żeby móc adaptować się w każdym momencie. Dokładnie tak, jak robią to już europejscy partnerzy. Pierwsze drony zaprojektowane w Ukrainie są już produkowane w Europie, pierwsza fabryka została otworzona w Niemczech. Logicznym byłoby oczekiwać, że podobnie świetna współpraca obronna rozwinie się pomiędzy Ukrainą a Polską. Jej zalążkiem ma być Podkarpackie Centrum Kompetencji powołane dziś przy Politechnice Rzeszowskiej. To tam powstanie pierwszy w kraju kompleksowy system testowania i wdrażania usług dronowych. Traktujemy to jako obowiązek. Jesteśmy jedynym województwem, które posiada inteligentną specjalizację: lotnictwo i kosmonautyka, a drony w tej przestrzeni się mieszczą. Ale przestrzeń powietrzna to nie wszystko. Ciągłego monitorowania wymaga też sytuacja na polsko-białoruskiej granicy. W pierwszym kwartale tego roku nie odnotowaliśmy skutecznego przekroczenia granicy polsko-białoruskiej. Czyli liczba osób, które przekroczyły nielegalnie granicę, wynosiła 0. Pomóc miały inwestycje. Wzmocnienie zapory, budowa utwardzonej drogi, wprowadzenie drugiej linii kamer. Które pozwoliły nam na obserwowanie podchodzenia migrantów do granicy naszego kraju, aby móc wcześniej reagować na tego typu działania. Jak raportował MON, w ochronie granicy pomaga 4500 wojskowych. Służąc w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Od 1 stycznia 2024 roku poszkodowanych zostało 80 żołnierzy. Wobec osób, które są w Polsce legalnie, ministerstwo stosuje politykę "zero tolerancji". Przypadków deportacji miało być w 2025 roku aż 15 tysięcy. Jeżeli któryś z naszych gości przebywający legalnie złamie prawo, to nie ma tutaj żadnej tolerancji, nadużył gościnności, zostaje mu wydane polecenie wyjazdu. Podobne odprawy mają odbywać się w MSWiA co kwartał. Pierwsze duże umowy pomiędzy polskim a ukraińskim przemysłem mają zostać podpisane na czerwcowej konferencji Ukraine Recovery, która odbędzie się w Gdańsku. O tym, jak ważne jest bezpieczeństwo i skuteczna obrona, oni wiedzą najlepiej. Mieszkańcy przyfrontowych miast, takich jak Izium, od kilku lat żyją w cieniu wojny. A ich marzenia są proste, na przykład przespać spokojnie kolejną noc. O tym, jak się żyje w zagrożeniu i czy do wojny można się przyzwyczaić. W takich miasteczkach przyfrontowych, jak Izium, niby działają sklepy, są nawet restauracje, w których często bywają żołnierze, ale wszystko funkcjonuje najczęściej do pierwszego przylotu lub do zmroku, kiedy zaczyna się piekło. U nas każdego dnia giną ludzie, w tym dzieci. Kiedy kończy się dzień, mamy tylko jedno pozdrowienie: cichej, spokojnej nocy. Bo nie wiesz, czy obudzisz się rano. Życie planujemy najdalej do południa. My nie wiemy, co będzie jutro. Izium i drogi dojazdowe do miasta pokryte są siatkami antydronowymi. To sieci podobne do siatek rybackich lub piłkarskich, których zadaniem jest zatrzymanie rosyjskich dronów kamikadze. Ich śmigła wplątują się w sieci i dron nie jest w stanie dosięgnąć celu. Siatki antydronowe to dziś po prostu bezpieczeństwo. Nastroju to nie poprawia, ale i z tym musimy się nauczyć żyć, tak jak uczymy się żyć z pamięcią o torturach i masowych morderstwach, jakich Rosjanie dokonali tu podczas okupacji. Choć widzę, że dla ludzi to trauma na kilka kolejnych pokoleń. Izium w 2022 roku było zniszczone w ponad 80%. Dla wielu mieszkańców czas się wtedy zatrzymał i do dziś w gotowości czekają piwnice. A dokąd mielibyśmy wyjechać? Czy w Polsce nas chcą? Nie. Dlatego żyjemy nadzieją, że dojdzie do jakiegoś zawieszenia broni, a później niech już się jakoś tam dogadują między sobą. Do tego czasu siedzimy i czekamy. Mam trzy psy, koty, gdzie miałbym je zabrać? Za co miałbym żyć, jak już stąd wyjadę? To, co mam, na długo nie wystarczy. W mieście jest więcej restauracji czy kafejek, ale nie dlatego, że wraca tu życie, ale dlatego, że przyjeżdżają wojskowi, którzy nakręcają podaż. Front nieubłaganie się zbliża. 10 kilometrów stąd jest strefa śmierci i wyludnione wsie, takie jak Oskil. Z wyzwolonych 4 lata temu miejscowości ludzie znów uciekają, bo wszystko, co się tam rusza, atakują rosyjskie drony. Większość obrażeń, z jakimi spotykamy się w naszym szpitalu, pochodzi od dronów kamikadze. Droga z Charkowa przez Izium na Donbas po upadku Pokrowska to jedyny szlak dla zaopatrzenia frontu. Rosjanie wiedzą, że miasto jest obecnie głównym centrum ukraińskiej logistyki, po tym, jak śmiertelnie niebezpieczny stał się Kramatorsk, położony 40 minut jazdy autem od Izium. Ukraińcy szykują miasto do obrony, a okolice zabezpieczają przede wszystkim żołnierze Trzeciego Korpusu. Dlatego mamy dziś dwa powody do optymizmu: Bóg i Zbrojne Siły Ukrainy. Rząd nie składa broni w sprawie Mercosur i planuje złożyć skargę do unijnego Trybunału Sprawiedliwości, która wstrzyma tę umowę. Przygotowano dokument, który może zmienić potencjalnie niekorzystne zapisy umowy z krajami południowej Ameryki. O tym, czy można odkręcić to, co rząd PiS wychwalał, a teraz opozycja krytykuje. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda tu spokojnie, ale wśród rolników wciąż niepokój. Powód: unijna umowa z Mercosur. Bardzo się obawiamy, produkujemy mleko, mamy też cielęta na mięso. Więc obawiamy się, że może być duży kłopot ze zbyciem cieląt czy w ogóle żywca wołowego. Dlatego rząd na czele z ministrem rolnictwa nie składa broni. Składamy skargę do TSUE. Dokument ma powstać we współpracy ministerstw: rolnictwa, rozwoju oraz spraw zagranicznych. Unijni partnerzy zostali uprzedzeni. Żeby tego nie traktowali jako osobisty atak na siebie, ale tak ocenimy sytuację i chcemy skorzystać z tego instrumentu prawnego. Polski rząd nie zmienił zdania w sprawie umowy. Wciąż krytycznie ocenia niektóre aspekty porozumienia handlowego między Unią Europejską a krajami Ameryki Łacińskiej. Zagrożone jest bezpieczeństwo żywnościowe, bezpieczeństwo konsumentów, ochrona własnego rynku. To już druga skarga do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Pierwszą skierował Parlament Europejski. Współautorem wniosku był ten europoseł PSL-u. Jeśli zatem TSUE podzieli nasze wątpliwości co do umowy z Mercosur, to nie będzie mogła ona obowiązywać. Jak słyszymy, ludowcy za wszelką cenę chcą umowę zablokować albo gruntownie ją zmienić. Ale PiS-owi pochwała rządzących przez usta nie chce przejść. Teraz pan chce, żebym klaskał, bo zaskarżyli. Nie klaskał, powiedział, że dobrze, że zaskarżyli. Już powiedziałem: trzeba zrobić wszystko, żeby to zablokować. To PiS dziś. A to szef dyplomacji w rządzie PiS-u 7 lat temu. Polska jest tutaj zwolennikiem zawarcia umowy o wolnym handlu między UE a wspólnym rynkiem południa, czyli Mercosur. Ale o tym politycy PiS-u dziś wolą nie pamiętać. W 2019 roku to Jacek Czaputowicz wychwalał tę umowę na konferencji. Wie pan co, nie znam akurat tej wypowiedzi. Był ważnym ministrem, minister spraw zagranicznych. Nigdy członkiem PiS nie był. Był ministrem spraw zagranicznych. To chyba ważniejsze niż bycie członkiem PiS. Jak pan pójdzie prosto i w prawo, tam jest ten cytat z Jacka Czaputowicza. Ja nigdzie nie muszę iść. Były minister w rządzie PiS-u nie chciał z nami pójść w okolicę biura PSL-u - idziemy więc sami. Szydło, Morawiecki, Czaputowicz - to są matki i ojcowie tego dzieła, które dzisiaj nazywa się Mercosur. Dzisiaj do tego dziecka chyba bardzo nie chcą się przyznawać. Dzisiaj osierocili swoje dziecko. Proszę pamiętać, że najważniejsze negocjacje odbyły się w 2019 roku. Wtedy Morawiecki był premierem. A unijnym komisarzem ds. rolnictwa - Janusz Wojciechowski z nadania PiS-u. Umowę później próbował powstrzymać premier Donald Tusk. Swoją pomoc w sierpniu deklarował prezydent. Jestem gotowy do budowania mniejszości blokującej. Czekaliśmy na to i co się okazało? Nie zrobił nic. Umowa handlowa Unia - Mercosur została zatwierdzona na początku roku. Od dramatycznych wydarzeń w Waszyngtonie mija już półtora dnia. Ujawniono list, który domniemany zamachowiec wysłał do rodziny 10 minut przed planowanym atakiem. W Waszyngtonie jest Marcin Antosiewicz. Czy służby odpowiadają już na pytanie, gdzie była luka, która pozwoliła nauczycielowi z Kalifornii znaleźć się tak blisko prezydenta? Nie. Są zadowolone z tego, że zatrzymano napastnika, a nikt nie zginął. Publicznie nikt nie analizuje planu protokołu bezpieczeństwa. Prezydent mówi, że agenci działali profesjonalnie. Dziękuję im za ich pracę. Niekompetentny ich zdaniem był sprawca. Opinia publiczna coraz głośniej domaga się odpowiedzi, jak mogło do tego dojść. To się odbyło w hotelu, w którym 45 lat temu doszło do zamachu na prezydenta Ronalda Reagana. Najwidoczniej służby coś przeoczyły. Hotel był otwarty dla wszystkich zwykłych gości. Opowiedziała mi o tym jedna z osób, która znajdowała się w nim w sobotni wieczór. Pani jest z Polski. Zapytano nas tylko o dane, bez badania dokumentów, i zapytano, czy jesteśmy gośćmi hotelu. Byłyśmy na liście, pokazałyśmy swoje nazwiska i przeszłyśmy z dwiema walizkami. I ktoś sprawdzał? Jakieś służby sprawdzały, co wy macie w tych walizkach? Całej walizki nie. Nikt nie patrzył, tylko patrzyli, czy jesteśmy na liście, czy mamy potwierdzenie swojej rezerwacji. Nie byłyśmy w ogóle badane. I o której to było godzinie? Mniej więcej pół godziny przed całym wydarzeniem, bal już trwał, jak weszłyśmy, było duże zamieszanie. Już trwał bal, czyli prezydent już był na miejscu? Prezydent już był na miejscu na 100%, jak tutaj się pojawiłyśmy. Za chwilę sprawca zostanie przewieziony do sądu federalnego. Usłyszy pierwsze zarzuty m.in. próby zabójstwa prezydenta. Z jego prywatnych i publicznych wpisów wiemy, że motyw jego działania był jasny. Chciał zabić prezydenta i członków gabinetu. Trump w wywiadzie oburzył się na dziennikarkę, która cytowała ten manifest zamachowca. Stwierdził, że gdyby była ukończona sala balowa, to nie doszłoby do takiej sytuacji. Atmosfera jest nerwowa. Za chwilę kolejny test dla służb. Za chwilę rozpoczyna się wizyta króla Wielkiej Brytanii Karola III. Katowali swojego kolegę na szkolnym korytarzu, pod okiem kamer, w środku dnia. W tym miejscu powinien pełnić dyżur nauczyciel. Powinien, jednak wtedy go nie było. Pobity uczeń został przewieziony na SOR. A na miejsce przyjechała policja. To nie pierwszy przypadek agresji w tej szkole. Jak reaguje dyrekcja szkoły? Na szkolnym korytarzu, bez nauczyciela, ale za to pod okiem kamer. Według matki to właśnie tu jej 14-letni syn miał zostać zaatakowany przez grupę 11 rówieśników. Wszystko zarejestrowane przez szkolny monitoring. Oglądaliśmy to zdarzenie i widać na nim, jak dzieci stoją, po czym nagle rzucają się na mojego syna. Zaczęli go bić, kopać. Przez cały ten atak nie było widać nigdzie nauczyciela. Do ataku miało dojść w jednej z łódzkich podstawówek. Nauczyciele zainterweniowali po godzinie, kiedy uczeń w trakcie lekcji poczuł się źle. Powiadomiono matkę, a następnie policję. Szkoła wszystkiemu zaprzecza. Żadne dziecko nie zostało pobite. Mama nie oglądała nagrania z monitoringu. I tu zaczynają się wątpliwości, bo z zajścia sporządzono notatkę, która trafiła do urzędu miasta. Posiadamy notatkę wicedyrektorki, która była tego dnia obecna w szkole, pani dyrektor nie było tego dnia w szkole, więc to również jest elementem postępowania. Policja sprawdza nagrania i przesłuchuje świadków. Została policja poinformowana, że doszło do pobicia chłopca. W momencie, kiedy przyjechali funkcjonariusze, ustaleni zostali wszyscy uczestnicy tego zdarzenia. 14-latek po zdarzeniu trafił na SOR. Z obitymi żebrami i urazem głowy. Potwierdza to mail od dyrekcji pogotowia ratunkowego w Łodzi. Poszkodowany, lat 14, został pobity przez rówieśników. Był bity i kopany m.in. po głowie. Na tym nie koniec. Jak twierdzi matka chłopca i co pokazuje ten filmik, ataki i prześladowanie mają trwać od kilku lat. Bili go, dusili, uderzali jego głową w ścianę. Mój syn stracił zęba. Szkoła się w ogóle do tego nie odnosiła. Skarga była bardzo obszerna, nie dotyczyła wyłącznie relacji rówieśniczych czy przemocy rówieśniczej, ale również sposobu oceniania zachowania. W szkole trwa kontrola kuratorium. Nieoficjalnie dyrektorka ma zostać zawieszona. Pozostaje pytanie, dlaczego nikt nie pilnował uczniów. Sam fakt tego, że dorosły jest w pobliżu młodzieży, może spowodować, że nie dojdzie do żadnej przemocy. Ale jedno jest pewne: gdy dziecko przez lata mówi o problemie, instytucje powinny zareagować wcześniej. Nie potrzebują skomplikowanych struktur - ich siła to autentyczność i tempo. Napędzane są emocjami i poczuciem wspólnoty. I w tym jesteśmy mistrzami świata. Nasze narodowe zbiórki przynoszą miliony. Łatwogang, o którym mówiliśmy na początku i którego sukcesem żyjemy teraz, to przykład pomysłu, który chwycił. Ale nie byłoby sukcesu, gdyby nie ludzie. Jak się to robi? To nie tylko rekordowa kwota, to pokaz jedności. Jedności wtedy, kiedy trzeba pomóc. Polacy mają skłonność do takich akcji i my jesteśmy w ogóle bardzo nastawieni na takie pomaganie kryzysowe. Jak po wybuchu wojny w Ukrainie, jak po powodzi. Jak wtedy, gdy trzeba odpowiedzieć na apel Szlachetnej Paczki, Jurka Owsiaka czy jakiejkolwiek innej fundacji. Tyle że tu ze zwielokrotnioną siłą. One robią swoje, one coś zbierają. Nie interesujemy się tym specjalnie, nie jest to dla nas takie widoczne, a tutaj następuje taki alarm, taka pobudka. Dokładnie ta pobudka. Maja śpiewająca o swojej walce z rakiem porwała wszystkich. Dawno Polska się tak nie zjednoczyła, wydaje mi się, i nie zapominajmy o tym i nie dzielmy się. Łatwogang osiągnął gigantyczny efekt bez zaplecza organizacyjnego, bez scenariusza i reżyserii. Wystarczyło niewielkie mieszkanie, kamera i połączenie z siecią. Wchodzi absolutnie nowe pokolenie do świata dorosłego. Pokolenie, które chce zerwać trochę z tym starszym pokoleniem, chce mieć nowe otwarcie. I zbiórkę na swoich zasadach. Dostosowaną technologicznie i językiem przekazu. Generacja Z żyje autentycznością, a transmisje online, nie ma nic bardziej autentycznego niż transmisja online, która nie jest reżyserowana. To jest bardzo ważne, ponieważ to sprawia i radość oglądającym tego streama, i radość dzieciom, które dostają te pieniądze i są chore. Dzięki tym pieniądzom będą mogli być wyleczeni. W mieszkaniu Łatwoganga pojawiali się celebryci i influenserzy. Znani, ale młodszemu pokoleniu. Na oczach widzów godzili się skłóceni od kilkunastu lat twórcy - Tede i Peja. Co, Rychu, myślisz, że moglibyśmy dla dobra dzieci w tak pięknej akcji pokazać światu, że można się pogodzić? Pogodzili się. Inni, w solidarności z chorującymi dziećmi, golili głowy. Udział celebrytów dodał tej akcji paliwa, ale to nie oni byli najważniejsi. Wiarygodność tego człowieka, że właśnie paradoksalnie nie stały za nim jakieś większe organizacje. Spróbujmy może jakoś dopilnować tego, żeby dalej się łączyć i żeby zapamiętać, że jesteśmy jak jedna wielka rodzina. Ten pomysł na zbiórkę po prostu kliknął i zamienił charytatywny internetowy streaming w prawdziwy oddolny ruch społeczny. Może jednorazowy, a może nie. Kończymy "19.30". Dziękuję za państwa obecność. U Justyny Dobrosz-Oracz w "Pytaniu Dnia" Władysław Kosiniak-Kamysz, wicepremier i minister obrony narodowej. Do zobaczenia.