Szef PKOl zatrzymany. Wielki zwrot w aferze Zondacrypto. Wniosek o karę. Miliard złotych, by zmusić Metę do walki z fejkami. Tragedia w Himalajach. Ofiary to głównie turyści. Czy są wśród nich Polacy? Anna Kowalska. Dobry wieczór Państwu. Jest 19:30. Radosław Piesiewicz od kilku godzin przesłuchiwany jest w katowickiej prokuraturze. Szef Polskiego Komitetu Olimpijskiego zatrzymany został rano w Warszawie w związku z aferą Zondacrypto. Śledczy próbują ustalić, jakie dokładnie powiązania miał z szefem giełdy Przemysławem Kralem, od którego mógł dostać luksusowy zegarek. Minister sprawiedliwości potwierdził już, że Radosław Piesiewicz usłyszy zarzuty. To moment doprowadzenia prezesa PKOl do prokuratury w Katowicach. O poranku zatrzymano go w Warszawie. Policja przeszukała jego dom. Te czynności są związane ze słynną już i głośną aferę giełdy Zondacrypto. Zondacrypto reklamowała się na Centrum Olimpijskim, była sponsorem komitetu i reprezentacji olimpijskich. Na tym spotkaniu w Monako prezes PKOl podpisał umowę w tej sprawie z jej szefem Przemysławem Kralem. I tak ją wtedy zachwalał. Coś innowacyjnego, coś innego, coś, o czym marzyliśmy. Marzenia zamieniły się w koszmar. Zondacrypto nie wypłaciła sportowcom obiecanych nagród. Oszukała tysiące osób na kilkaset milionów złotych. To jeden z wątków śledztwa. Sprawa Piesiewicza to inny wątek, bo on na relacjach z Kralem miał zyskać m.in. taki luksusowy zegarek za 40 tys. euro. Według ustaleń mediów Piesiewicz w zamian miał oferować pomoc w załatwianiu spraw korzystnych dla Zondacrypto, powołując się na wpływy. To jest jeden z tych elementów, który prokuratura będzie sprawdzać. Piesiewicz jeszcze kilka dni temu wszystkiemu zaprzeczał. Przekonywał, że zegarek to nie był prezent. Mam świadków na to, że przekazywałem panu Kralowi franki szwajcarskie za zakup zegarka. W takie argumenty jednak mało kto wierzy. Tłumaczenie jego w tym zakresie jest mało wiarygodne i sprawa powinna być wyjaśniona. Ten zegarek to tylko taka wisienka na torcie. Tych nieprawidłowości związanych z łamaniem prawa, związanych z działalnością pana Piesiewicza jest dużo więcej. Były minister sportu mówi o czasach, zanim Piesiewicz został szefem PKOl. Według prokuratury jego firma wystawiała wielomilionowe faktury na usługi doradcze Polskiej Lidze Koszykówki i Polskiemu Związkowi Koszykówki. Prezesem obu organizacji był wtedy Piesiewicz. Śledztwo trwa. Pytamy, za co w takim razie brał wynagrodzenie jako prezes, jeśli musiał się wspierać własną firmą, która prowadziła działalność gospodarczą właśnie w tym zakresie. Zaskoczenia nie ma. Przyznaje prezes Polskiego Związku Judo. Część działaczy sportowych od dawna domaga się dymisji szefa PKOl. Nie tylko z powodu Zondacrypto. Prezes Piesiewicz był skoncentrowany głównie na swojej osobie przypomnijmy sobie billboardy przed igrzyskami, gdzie był główną postacią zamiast naszych sportowców. Każdy dzień Piesiewicza na tym stanowisku to jest katastrofa. Prezes PKOl jednak nie daje się odwołać. Wbrew statutowi do tej pory nie zwołał nadzwyczajnego zjazdu delegatów, podważając wyniki głosowania nad uchwałą w tej sprawie. To zamieszanie nie służy polskiemu sportowi - słyszymy. Żeby zrobić wyniki sportowe, zawsze ważny jest spokój, komfort przygotowań. Tu niestety tego nie ma. Kadencja Piesiewicza kończy się w kwietniu przyszłego roku. Informacje o kolejnych politykach związanych z Zondacrypto pojawiają się niemal codziennie. Tę skomplikowaną siatkę powiązań wytłumaczy Państwu Jakub Korus. Patologiczny układ ludzi biznesu i władzy. Tak o powiązaniach polityków prawicy z upadłą giełdą Zondacrypto mówią dziś rządzący. To jasno pokazuje, że ta zorganizowana akcja to nie był przypadek. To są wszystko części tej samej ośmiornicy. Blisko współpracującego z Zondacrypto szefa PKOl na polityczne salony wprowadził przecież Jacek Sasin. Fotel szefa komitetu miały mu dać obietnice hojnego sponsoringu ze strony Skarbu Państwa. Doszło do zatrzymania prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosława Piesiewicza, człowieka PiS-u, człowieka, który wielokrotnie powoływał się na wpływy, znajomość z panem Sasinem. Kiedy 3 dni temu media ujawniły, że w zamian za interwencję w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów szef PKOl dostał od szefa giełdy luksusowy zegarek, na pomoc ruszyła Telewizja Republika, medialna przybudówka PiS. Ja ten zegarek przy pomocy kupiłem pana Krala. Oddałem nie euro, ale franki szwajcarskie. Mam na tę okoliczność wypłatę z konta swojego. Telewizja od dawna współpracowała z Zondą. Giełda wykupiła w niej reklamy za 37 mln zł i współfinansowała konserwatywną konferencję CPAC w Rzeszowie. Jej szef, Tomasz Sakiewicz, namawiał w Monako Przemysława Krala do zakupu akcji stacji za 16 mln zł. Jedno jest pewne. Dzisiaj te wszystkie powiązania polityków PiS-u stają się jasne, bo nie przez przypadek PiS blokował ustawę o kryptowalutach. Elementem tego układu był też on - Artur Chodziński. Pracujący dla Przemysława Krala były funkcjonariusz Centralnego Biura Antykorupcyjnego, bliski PiS. Ostatnio prelegent na partyjnej konwencji. W Polsce współpraca państwa i biznesu to ciągle obrazek jak z lat 90 - obraz patologii, WSI, korupcji i tego, co najgorsze. Tak było oczywiście, ale to nie znaczy, To Chodziński miał namówić Zbigniewa Ziobrę do przyjęcia pieniędzy od prezesa Zondacrypto. W efekcie fundację byłego ministra sprawiedliwości Przemysław Kral wsparł kwotą 450 tys. zł. O nim i o możliwości wsparcia finansowego powiedział mi Artur Chodziński, były wysoki funkcjonariusz CBA, którego znałem, ceniłem i uważałem za osobę wiarygodną. Ciężki, patologiczny układ, który dzisiaj odkrywamy. On jest odsłonięty we fragmencie tylko, więc mam nadzieję, że to jest proces, który nie będzie zatrzymany, że będziemy świadkami tego, żeby od A do Z wszystkie te rzeczy zostały wyjaśnione. W kwietniu ubiegłego roku Chodziński współorganizował też na Ibizie spotkanie Przemysława Krala z posłem PiS, Michałem Moskalem, bliskim pracownikiem Jarosława Kaczyńskiego. Tego nie bronią dziś nawet byli koledzy z klubu. Mnie osobiście bardzo nie podoba się fakt, że ktoś wyjeżdża na Ibizę i odbywa tam spotkania. Były agent CBA inwestował też w media i think tanki. Był akcjonariuszem spółki założonej przez Michała Karnowskiego, założył fundację Frontline, której członkiem był Bartosz Grodecki, dziś prezydencki minister. To też pokazuje szerszy kontekst całej pracy nad ustawą o kryptowalutach, która została kilkukrotnie zawetowana przez prezydenta. Bo zdaniem śledczych powód snucia tej polityczno-medialnej pajęczyny był jeden. Tak wpływać na legislację, aby branża kryptowalut mogła działać bez skrępowania. Może wchodzić tutaj sprawa korupcji politycznej na bardzo wysokim poziomie. Śledztwo jest rozwojowe. Zdaniem mediów w ciągu kilku dni dojdzie do kolejnych zatrzymań. Cieszę się, że są Państwo z nami. I proszę nigdzie nie odchodzić. Dziś pokażemy jeszcze... To szokujące nagranie. To jest ułamek sekundy. Nie wiem, dlaczego ludzie sobie ryzykują. Bezmyślność rodziców, o włos od tragedii. Ten przejazd zostanie objęty dodatkowym takim monitoringiem. Co by się stało, gdyby ta kobieta z dzieckiem na rękach przewróciła się. Próba polubownego załatwienia tej sprawy zakończyła się fiaskiem, więc polski rząd wytacza cięższe działa. Krzysztof Gawkowski wnioskuje w Brukseli o nałożenie na Metę miliardowej grzywny, bo pomimo próśb właściciel Facebooka nie wykazał, jak walczy z oszukańczymi reklamami. Czy to może coś zmienić? Rafał Brzoska jest jednym z wielu poszkodowanych ludzi przez deepfejki. Biznesmen od dłuższego czasu toczy walkę z koncernem Meta. Teraz rozpoczyna ją także rząd. Rosnące oszukańcze reklamy, dezinformacja, patostreamy, kampanie, które pojawiają się coraz częściej na platformach. To dzisiaj wielka odpowiedzialność państwa, żeby platformy wiedziały, że jest na nie bat. I ten bat został naszykowany. Ten bat to ze strony Polski żądanie 250 mln euro kary. Brzmi dumnie, ale robi się niewiele, gdy spojrzeć na zarobki Mety. Tylko w Polsce na scamach Meta może zarabiać nawet 20 mln zł dziennie - przypomina Rafał Brzoska. Przy tych sumach na pokrycie kary wytoczonej przez Polskę wystarczyłyby niespełna 2 miesiące. My proponujemy prostsze rozwiązanie. Rafał Brzoska ruszył z nową inicjatywą. Chce, żeby platformy wzięły odpowiedzialność. I żeby kara wyniosła 150% przychodu z emisji każdej fałszywej reklamy. Każda złotówka, którą Meta zarabia, zamienia się w 1,50 zł, które trafia do polskiego budżetu, do fundacji, do NFZ, Otworzył też na stronie petycję, w której wzywa do stworzenia tego prawa. O 12.30 było już prawie 93 tys. podpisów, a już 6 godzin później przebili cel 100 tys. odsłon. Petycję od razu podpisał Piotr Mieczkowski. Uważa, że do problemu trzeba podejść systemowo, stworzyć jedno miejsce, gdzie każdy obywatel będzie mógł zgłosić nadużycie, bo globalne koncerny żerują na wszystkich, bo dzisiaj jest problem taki, jak ktoś kogoś nabierze, to ja nie wiem, czy mam się udać na policję, bo to jest wyłudzenie, czy mam się udać z phishingiem i zgłosić cyberincydent do NASK, czy mam to zgłosić jako nadużycie do KNF. Czyli mamy pętlę, taki labirynt procesów, a nie mamy jednej bramki. Uważa, że kara, żeby była dotkliwa, powinna być co najmniej ośmiokrotnie wyższa. Już 2 lata temu dziennikarze Reutersa wyliczyli, że 10% przychodów koncernu pochodzi z reklam oszustw, nielegalnego hazardu i zakazanych towarów. Mam głębokie przekonanie, że platforma Meta będzie musiała chronić użytkowników. I od tej drogi nie będzie już odwrotu. Meta przekonuje, że już chroni. W odpowiedzi do Ministerstwa Cyfryzacji twierdzi, że nie jest zainteresowana oszukańczą reklamą. Nielegalne treści szkodzą użytkownikom Facebooka i Instagrama, uczciwie działającym firmom, a także samej Mecie. Minister Gawkowski chce teraz namawiać inne państwa Unii, by w tej sprawie działać wspólnie i wspólnie wystąpić przeciwko koncernowi. Połączenie sił na pewno wzmacnia nas w zderzeniu jednak z ogromnymi podmiotami, i to podmiotami, które swoje siedziby mają za Atlantykiem, czyli z tej drugiej strony, gdzie troszeczkę inaczej się podchodzi do kwestii ochrony człowieka, ochrony konsumenta. Ale właśnie za oceanem Meta mierzy się z największym problemem. Ugoda z 29 stanami, które domagały się kary za stosowanie mechanizmów uzależniających dzieci, kosztowała internetowego giganta niemal 17 mld dolarów. Ja dodam tylko, że Komisja Europejska ten wniosek przyjęła, ale rzecznik wskazał też na poważne niedociągnięcia po stronie polskich władz, które nie wdrożyły europejskiego aktu o usługach cyfrowych. A ryzyko, jakie niosą ze sobą media społecznościowe, dotyczy dzieci nie tylko za oceanem, ale na całym świecie. Dlatego w polskich szkołach rusza właśnie nowa edukacja medialna, by uczyć, co w Internecie jest dobre i prawdziwe, a co nie. Pytani o źródło informacji, rzucają bez zastanowienia. Internet zazwyczaj. - Internet. - Internet na pewno. W teorii też wiedzą, co robić, gdy mają wątpliwości, czy to, co widzą, jest prawdziwe. Trzeba to jakoś zweryfikować. Ale "jakoś" może nie wystarczyć w czasach, gdy coraz trudniej odróżnić prawdę od fałszu w wirtualnym świecie. Dużo jest fejkowych, generowanych przez sztuczną inteligencję wiadomości. Wiadomości niemających nic wspólnego z rzeczywistością, a coraz częściej padających na podatny grunt u młodzieży. Dlatego od nowego roku szkolnego w podstawówkach, liceach i technikach wdrożony będzie nowy moduł w podstawie programowej: edukacja medialna. Zmiany, które mają zajść, są naprawdę bardzo ważne, ponieważ młodzi ludzie mają do czynienia z dezinformacją, fake newsami na każdym kroku. I młodzi ludzie najwięcej ze wszystkich pokoleń spędzają czasu w Internecie. Według Państwowego Instytutu Badawczego NASK uczniowie 5 godzin dziennie przed ekranem telefonu komórkowego. Edukacja medialna nie będzie kolejnym przedmiotem. Zagadnienia z tego modułu będą wdrażane przez nauczycieli na języku polskim, informatyce, edukacji dla bezpieczeństwa i geografii. Tak by uzbroić ucznia przed atakami dezinformacji. Uczymy go samemu dobrze korzystać z narzędzi, czy to sztucznej inteligencji, czy narzędzi cyfrowych, uczymy go, jakie zagrożenia mogą płynąć dla świata z manipulacji. W wielu szkołach takie zajęcia dotyczące dezinformacji prowadzone są już dawna. Po pandemii zauważyliśmy, że świat dziecka został skierowany w stronę Internetu, smartfona. Zauważyliśmy zmiany u naszych dzieci z kondycją psychiczną. Teraz będzie to obowiązkowy, usystematyzowany element zajęć poświęcony m.in. sztucznej inteligencji, algorytmom czy cyberprzemocy. W wojnie informacyjnej jesteśmy atakowani na wielu frontach, dlatego edukacji medialnej nie ograniczamy do szkół. TVP podczas ogólnopolskiej akcji "Polska na tak", trwającej przez cały rok, prowadzi takie działania z edukacji informacyjnej, z walki z dezinformacją Walkę z fałszem w cyberprzestrzeni toczą także dziennikarze programów fact-checkingowych TVP Info takich jak "Sprawdzamy". Coraz trudniej jest rozpoznać, co jest fejkiem, a co nie. Jeśli patrzymy na obrazy wygenerowane przez sztuczną inteligencję, ale są też obrazy prawdziwe, które po prostu mają nieprawdziwy, fałszywy komentarz, myślę, że to jest nawet bardziej niebezpieczne. Rozwój sztucznej inteligencji będzie nadal utrudniał nam odróżnienie prawdy od fałszu. Umiejętność obrony przed tym to priorytet nas wszystkich. Są pierwsze zatrzymania w związku z tzw. aferą powodziową. Działania na Dolnym Śląsku prowadzi CBA na polecenie Prokuratury Europejskiej, która podejrzewa, że część firm dostała z unijnych środków milionowe wsparcie na odbudowę po powodzi, chociaż wcale na tej powodzi nie ucierpiała. Agenci CBA zatrzymali na Dolnym Śląsku kilka osób. Nie ma potwierdzenia, czy wśród nich jest była wiceprezeska Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Te osoby są od rana przesłuchiwane. Prokuratura po zakończeniu wszystkich czynności, po przesłuchaniu, po ustaleniu roli poszczególnych osób w tej sprawie zadecyduje. Po postawieniu ewentualnych zarzutów. A chodzi o pieniądze, które zamiast do poszkodowanych w powodzi sprzed dwóch lat popłynęły do, jak to określił rzecznik koordynatora specsłużb, cwaniaków. To są pierwsze zatrzymania w tej sprawie. Ale jak widzę charakter tego postępowania i tego śledztwa, z pewnością nie ostatnie. Afera powodziowa wybuchła 2 tygodnie temu, kiedy portal wp.pl opisał nieprawidłowości w rozdziale popowodziowej rządowej pomocy i rolę w tym procederze tej byłej już członkini KO. Szef rządu zapowiedział wtedy zero tolerancji. Gorącym żelazem wypalimy każdy przypadek nieuczciwego rozdysponowania pieniędzy dla powodzian. Część pieniędzy dla przedsiębiorców poszkodowanych przez powódź na podstawie ich wniosków rozdzielała Karkonoska Agencja Rozwoju Regionalnego, spółka powołana przez samorząd wojewódzki Dolnego Śląska. Jej wiceprezeską była Anna Konieczyńska. 4,5 mln zł miało trafić do 3 podmiotów z miejscowości Dziwiszów, w tym do jej męża, a także do jeleniogórskiej telewizji współpracującej z samorządem. Tyle że według danych od straży pożarnej i Wód Polskich tych firm woda nie dosięgła. Wkroczyło CBA. Tej sprawy nie da się dalej ukryć, bo te czynności mogą być prowadzone, jak domniemam, również na wniosek Prokuratury Europejskiej. To Prokuratura Europejska wszczęła postępowanie. Znowu nie polska prokuratura działa w tej sprawie, tylko działa Prokuratura Europejska. Tym nieukom i tumanom, które biją tę pianę, chcę to podkreślić, że jeśli są przydzielane środki pochodzące z UE, naturalną rzeczą, jeżeli są nieprawidłowości, podejrzenie popełnienia przestępstwa, zajmuje się tym wyłącznie Prokuratura Europejska. A zawiadomiło ją właśnie CBA. Narracja o ukrywaniu czegokolwiek to bardziej przyzwyczajenie polityków PiS niż fakty. Głośno było o tym, że Konieczyńska straciła stanowisko i została wyrzucona z partii. Jeżeli ktoś popełnił przestępstwo, łamał prawo, to niezależnie od barw partyjnych będzie ponosił odpowiedzialność. Tutaj zapadały decyzje personalne od pierwszego momentu. Od pierwszego dnia nikt niczego nie ukrywał. Agenci CBA już od 29 kwietnia kontrolowali na Dolnym Śląsku wnioski o powodziowe dotacje. Sprawdzili tych wniosków około 900. 50 wzbudziło podejrzenia. Efekt to śledztwo i zatrzymania. Sceny, które za moment Państwo zobaczą, są przerażające. W środę potężna lawina błotna w mgnieniu oka dosłownie zmiotła z powierzchni całe miejscowości przy granicy Nepalu i Tybetu w Chinach. Wstępny bilans: blisko 400 ofiar, ale niestety będzie ich więcej. Wśród ponad tysiąca zaginionych jest kilkuset turystów, ale według MSZ wstępnie żadnych Polaków. Kiedy rzucili się do ucieczki, było już za późno. Z gór runęła na nich gigantyczna ściana wody, lodu, skał i błota. Zmiotła wszystko i wywołała powódź błyskawiczną. W ciągu zaledwie pół godziny poziom wody w rzece Trisuli wzrósł aż o 9 metrów. Te zdjęcia pokazują siłę żywiołu. Mieszkańcy na reakcję mieli nie minuty, lecz sekundy. Powódź nadeszła nagle i wybuchła jak bomba. Zmyte zostały całe wioski i miasteczka położone w dolinie. Ocalało może 4-5 domów. Wszystko zaczęło się na wysokości ponad 5000 metrów na granicy Nepalu i chińskiego Tybetu. Ogromny fragment lodowca o szerokości nawet 600 metrów oderwał się i runął ponad 1000 metrów w dół, wywołując wstrząs sejsmiczny i uruchamiając niszczycielską masę. Zniszczyła wszystko w ciągu 15 minut. Nie mamy już nic. To krajobraz po przejściu żywiołu. Błoto ma miejscami kilka metrów głębokości. Pod nim zniknęły drogi, domy i ludzie. Chcę tylko, żeby mój mąż wrócił do mnie cały i zdrowy. Nie chcę niczego więcej. To jego zdjęcie. Jest wśród ponad tysiąca zaginionych. A Subina - wśród tysięcy osób oczekujących pod szpitalem wieści, że ich bliscy przeżyli. I takie wciąż nadchodzą. Spod błota po obu stronach granicy ratownicy wydobywają kolejnych ocalałych, oblepionych mułem, wyczerpanych, ale żywych. Wśród zaginionych są setki turystów z całego świata, m.in. z Indii, USA, Kanady, Wielkiej Brytanii i Australii. Nie ma informacji o poszkodowanych Polakach. Nie jesteśmy w stanie określić, ile osób utknęło, ilu zostało pogrzebanych żywcem, ponieważ nie ma sposobu, by dotrzeć na miejsce. Akcję ratunkową utrudnia nie tylko zniszczona infrastruktura, ale i opady prognozowane na najbliższe 3 dni. Służby obawiają się kolejnych lawin błotnych i gwałtownych powodzi. Do Nepalu płynie już pomoc międzynarodowa. Do akcji włączyły się ONZ i Czerwony Krzyż. 171 osób zginęło rok temu na polskiej kolei, bo przechodziły przez tory w miejscach niedozwolonych. I trudno się dziwić, biorąc zachowanie niektórych Polaków. W Świętej Katarzynie koło Wrocławia kobieta z małym dzieckiem przebiegła przez przejazd. omijając rogatki, niemal wprost pod koła pędzącego pociągu. Policja szuka świadków, a my pokazujemy to nagranie ku przestrodze. Zamknięte rogatki i migające czerwone światła. Dla tej kobiety z dzieckiem na rękach i idącego za nią mężczyzny to najwyraźniej zbyt słabe zabezpieczenia. Oboje przecisnęli się przez opuszczony szlaban, weszli na tory i widząc pędzący pociąg, zaczęli biec. Bardzo niebezpieczna sytuacja, tym bardziej że to narażenie życia nie tylko swojego, ale też dziecka. I wyraźnie widać to na nagraniu: kilka sekund po tym, jak opiekunowie przebiegli przez tory, pojawił się na przejeździe rozpędzony pociąg. To jest ułamek sekundy. Nie wiem, dlaczego ludzie ryzykują, tym bardziej matka z dzieckiem. Waldemar Nowacki przejazd w Świętej Katarzynie zna bardzo dobrze, bo jest na jego autobusu. W tym miejscu pociągi rozpędzają się nawet do 160 km/h. Ale pieszych to nie odstrasza. Dzisiaj widzieliśmy już kilkukrotnie, jak przechodzą ludzie pomimo zamkniętych szlabanów. Tutaj jest tragedia. Tym razem do tragedii nie doszło. Ale to wideo sprzed tygodnia z Czech pokazuje, że pieszy w zderzeniu z pociągiem nie ma żadnych szans. Tutaj jeden z dwóch przebiegających przez tory mężczyzn zginął na miejscu. W Polsce na przejazdach kolejowych od początku roku doszło do 116 wypadków z udziałem pojazdów lub pieszych, w których zginęło 27 osób, kolejnych 97 straciło życie, przechodząc przez tory w miejscach niedozwolonych. To tym bardziej szokuje, że z tak małym dzieckiem rodzice są do czegoś takiego zdolni. Na przejeździe w Świętej Katarzynie ma pojawić się więcej patroli Straży Ochrony Kolei. Ten przejazd zostanie objęty dodatkowym takim monitoringiem. Policja też w tej sprawie już działa. Każda z tych osób może zostać ukarana mandatem w wysokości do 5000 zł, a w przypadku skierowania sprawy do sądu nawet kwotą grzywny do 30 tys. zł. Ta sytuacja z Poznania, gdzie kobieta wchodzi na jezdnię i ciągnie za sobą dziewczynkę, też pokazuje, jak dorośli zapominają, od kogo dzieci uczą się pewnych zachowań. Przez pokazywanie dzieciom tak niebezpiecznych zachowań jak przechodzenie przy zamkniętych rogatkach przez przejazd kolejowy powoduje to, że w Polsce mamy tak dużo niebezpiecznych sytuacji na drodze. W tej sprawie wielu zadaje sobie jedno pytanie: co by się stało, gdyby ta kobieta z dzieckiem na rękach przewróciła się. Pod koniec sierpnia często patrzymy na to, co przyniesie jesień. I dziś zajrzymy do Teatru Telewizji. Początek nowego sezonu już 6 września. Wtedy Król Maciuś I z Janem Fryczem, ale chwilę później "Wojna peloponeska". Spektakl historyczny, ale niezwykle aktualny. W próbach, wśród prawdziwej plejady gwiazd, uczestniczył Maciej Gąsiorowski. Maja Komorowska jako Pytia, wieszczka, która przepowiada tragiczny los. Praca w tej chwili na takim tekstem jest strasznie ważna i na pewno jest bolesna. Bolesna, bo "Wojna peloponeska", mimo że osadzona w realiach starożytnych, ma bardzo wiele wspólnego ze współczesnością. Teatr Telewizji korzysta z tekstu najsłynniejszego historyka antyku. Często kojarzonego z wierszem Herberta "Dlaczego klasycy?". Wojna peloponeska Tukidydesa powstała 2500 lat temu, ale zaskakuje aktualnością. Twórcy spektaklu pokazują, że mechanizmy polityki, które opisał historyk, wciąż są obecne we współczesnych konfliktach od Ukrainy po wojny na Bliskim Wschodzie. Michał Czernecki gra Kleona, bezwzględnego wodza Aten, dla którego wojna jest szansą na polityczny awans. Takich ludzi mamy nadal u władzy na całym świecie - mówi. Przerażające jest to, że my naprawdę się niczego nie nauczyliśmy. Podobnie widzi to Piotr Adamczyk, który dziś po raz pierwszy pojawił się na planie. Ten tekst jest mądrością, ale też i przestrogą, warto jest wracać do tego typu tekstów, historii, bo z historii można wiele wyciągnąć lekcji na przyszłość. Wielki sukces "Odysei" Christophera Nolana przekonuje, że klasyka nadal może interesować miliony widzów. Reżyser Wawrzyniec Kostrzewski stawia na prostotę i czarno-biały obraz. czerń, biel i format TV będą tutaj wydobywały i wzmacniały metaforę, w której nie pokazujemy tego współcześnie, tylko ubrane w starożytność. A to już spektakl, który 7 września otworzy nowy sezon Teatru Telewizji. Marek Kondrat, Tomasz Kot, Danuta Stenka - to tylko niektóre gwiazdy dramatu "Król Maciuś I". Będzie to też przedstawienie z ostatnią rolą zmarłego w tym miesiącu Jana Frycza. Raz w miesiącu klasyka, raz w miesiącu coś lżejszego, być może raz w miesiącu coś dla młodszych, raz w miesiącu coś współczesnego. Staramy się tego pilnować. A to już coś dla miłośników inżyniera Karwowskiego. "Być jak 40-latek" to współczesna wersja kultowego serialu. Reżyser Damian Kocur spróbuje w nim odpowiedzieć na pytanie, kim jest współczesny 40-latek. Z kolei Krystyna Janda zmierzy się z powieścią Joanny Chmielewskiej "Wszystko czerwone". W sumie do końca roku Teatr Telewizji planuje aż 14 premier w TVP1, Kultura i TVP VOD. A "Wojna peloponeska" wybuchnie już 13 listopada. Zapraszamy serdecznie. A już teraz zapraszamy na "Pytanie dnia". Dorota Wysocka-Schnepf i jej gość są już w studiu. Dziś szef kancelarii Sejmu Marek Siwiec. Spokojnej nocy i do zobaczenia jutro w 19:30. -- To jest pytanie dnia, Dorota Wysocka-Schnepf. Dobry wieczór państwu. A ze mną Marek Siwiec, minister, szef Kancelarii Sejmu. Dzień dobry, panie ministrze. -- Dzień dobry, dzień dobry państwu. -- Zaskoczyło pana dzisiaj zatrzymanie Radosława Piesiewicza, szefa PKOl-u? -- Znaczy, zaskoczyło w tym sensie, że każde zatrzymanie człowieka publicznego to jest zaskoczenie, bo chociaż zapowiadano, że będą... że będzie się działo, to już od 3 dni słuchamy, słuchamy, że sprawa jest rozwojowa i wiemy, że to jest w tym slangu ludzi, którzy zajmują się zapowiadaniem różnych afer, to znaczy, że się coś będzie działo. I oczywiście ja rozumiem, że to jest coś, co kręci opinię publiczną. Natomiast byłoby bardzo źle, gdybyśmy przy tej okazji dali się zakręcić, tak do końca, zegarkiem za 40 tysięcy, chociaż to pewnie jest fajny zegarek. -- To pan Piesiewicz dał się zakręcić tym zegarkiem? -- Ale ja mówię o opinii publicznej, mówię o nas, mówię o państwu, dlatego że jeżeli cała ta sprawa zostanie do didaskalijów sprowadzona, kto był z kim, na jakiej kolacji, czy jedli homary, czy... -- Nie, to steki wołowe teraz. Na topie są steki wołowe. -- Dobra. To była paralela. Próbowałem nawiązać do... -- Ośmiorniczek. -- To pani powiedziała, nie ja. Więc zmierzam do tego, że te didaskalia nie powinny przysłonić gigantycznego problemu, jakim jest korupcja polityczna. I tak naprawdę. -- No pewnie. -- Tak naprawdę my powinniśmy mówić o tym, ile która poprawka, kogo kto ile wziął za którą poprawkę, a jak składał ich 15 czy 16, to w jakim trybie umiał skasować tego, kto fundował te homary czy inne steki. Więc jeżeli tu będzie nasza opinia, skupiona, to bardzo dobrze. I 30 tysięcy ludzi, którzy patrzą, czy dostaną rekompensaty. To jest bardzo dobrze, że od początku o tym mówi się. Mówię o tym Ministerstwie Sprawiedliwości, bo to jest ta różnica,