Dzień dobry, to jest 19.30, zapraszam na program. Na wolności. Po latach zabiegów i starań Andrzej Poczobut uwolniony z białoruskiego więzienia. Krypto-wina. PiS odżegnuje się od kryptoafery i oskarża rząd o zaniedbania. Mróz w sadach. Plantatorzy są na minusie i zaczynają liczyć straty. Pakiet dla rodziców. Ratunek dla dzieci z rozpadających się małżeństw. Po prawie 6 latach białoruskiego więzienia Andrzej Poczobut wychodzi na wolność. "Witaj na polskiej ziemi", mówi premier, a na zdjęciu obok niego stoi człowiek, po którym widać ile bohatera kosztowała niezłomność. Dziennikarz, działacz polskiej mniejszości narodowej, był najbardziej znanym więźniem politycznym białoruskiego reżymu. Stale upominały się o niego polskie władze i organizacje międzynarodowe. Kiedy w nocy do drzwi celi Andrzeja Poczobuta zapukali strażnicy, był przekonany, że przenoszą go do innego więzienia. Dziś jest już w Polsce. "Witaj w polskim domu, przyjacielu!" - przywitał go chwilę po 13.00 premier Donald Tusk. Było tam kilku naprawdę twardych facetów i wszyscy mieli łzy w oczach. Ja byłem bardzo poruszony pierwszymi słowami Poczobuta. Kiedy go uściskałem, to on pytał wprost, i to było coś niesamowitego, kiedy mówił: Ale powiedz, czy będę mógł wrócić, jak będę chciał? Dziennikarz i działacz polskiej mniejszości do białoruskiego więzienia trafił 25 marca 2021 r. Reżim Łukaszenki oskarżył go o "podżeganie do nienawiści" i "działania godzące w bezpieczeństwo państwa". Drodzy państwo, radujmy się, mamy go. Po 1860 dniach w więzieniu o zaostrzonym rygorze nasz bohaterski rodak, męczennik sprawy wolności, Andrzej Poczobut, jest w Polsce cały i zdrowy. Wymiana "pięć za pięć" to - jak twierdzą polskie władze - finał 2-letniej, skomplikowanej, dyplomatycznej gry, pełnej dramatycznych zwrotów akcji. Mój zespół pracował ponad rok, aby uwolnić więźniów z Białorusi, do tej pory udało się to z 500 osobami. Ale za każdym razem, kiedy negocjowaliśmy z Łukaszenką, pamiętaliśmy o waszych ludziach. Szczególnie tej trójce, którą wydostaliśmy dzisiaj. Wymiana więźniów do końca utrzymywane było w głębokiej tajemnicy. Polskę, poza Amerykanami, wsparli też sojusznicy z Rumunii oraz Mołdawii. Było to możliwe, bo w polskich więzieniach przebywali ważni z punktu widzenia Białorusi, Rosji oraz Kazachstanu zatrzymani w Polsce obywatele. Ta wymiana nie mogłaby dojść do skutku, Człowiek, który dowiódł tego, jak mocna jest polskość, przywiązanie do polskich wartości, który za to płacił bardzo wysoką cenę w ciężkim więzieniu reżimu Łukaszenki. Wzruszenia w rozmowie z "19.30" nie ukrywała przewodnicząca Związku Polaków na Białorusi. Bardzo wszyscy się cieszymy, miałam okazję dzisiaj z Andrzejem, 2,5 godziny rozmawialiśmy. Andrzej został ułaskawiony, on nie ma ograniczeń, jak będzie chciał, to przyjedzie na Białoruś. Andrzej Poczobut jest w dobrym stanie psychicznym, ale wyniszczony fizycznie. Bez względu na to, co zdecyduje - jak zapewniają władze - może liczyć na pomoc państwa polskiego. Bronił praw człowieka i polskiej mniejszości na Białorusi. Współpracował z polskimi mediami, pisząc o białoruskiej codzienności i reżimie, który przywłaszczył sobie państwo i wygasił demokrację. Dla Łukaszenki było to podżeganie do nienawiści i działania godzące w bezpieczeństwo państwa. Wystarczyło, by skazać Andrzeja Poczobuta na 8 lat więzienia. O życiorysie w większości z dużych liter. Na ten tytuł dziennikarze "Gazety Wyborczej", dla której z Białorusi pisał Andrzej Poczobut, czekali 1860 dni. 1860 dni nerwowego wyczekiwania na informacje, to jest 1860 dni wielkiej niewiadomej. Cieszymy się, że jest w Polsce, że jest żywy. Na okładce jutro będzie to zdjęcie. Zamieścił je na portalu X wicenaczelny Gazety Bartosz Wieliński. To on, przyjaciel Poczobuta odbierał go z granicy i wracał z nim autobusem. Napisał: Andrzej ciągle opowiada. Dwa lata żyłem przy otwartym oknie. Zima, lato. A w szizo, czyli w karcerze, nie miałem niczego. Spałem na deskach. Te karcery to są miejsca bardzo małe, gdzie w ogóle nie można usiąść, nie ma możliwości ani odpoczynku, ani wyspania się, to są warunki... Ekstremalne temperatury, to są podłe racje głodowe, to jest ograniczenie możliwości korzystania z jakiegoś wsparcia. W tych warunkach Andrzej Poczobut spędził 167 dni. Łukaszence, dyktatorowi, samym systemem nie udało się go złamać. KGB aresztowało go 5 lat temu. Relacjonował wtedy protesty Białorusinów, a potem represje reżimu. Najpierw przewieziono go do ciężkiego więzienia w Mińsku, potem do równie ciężkiego w Żodino. Po dwóch latach sąd w Grodnie na podstawie sfabrykowanych oskarżeń skazał go na 8 lat kolonii karnej. Wyrok odsiadywał w kolonii o zaostrzonym rygorze w Nowopołocku. Nigdy się nie ugiął. Pokazał charakter, mocny charakter, siłę woli, gotowość walczyć nawet siedzieć dłużej, ale nie prosić o łaskę u zbrodniarza. Jak mówi Paweł Łatuszka, Poczobut jest dla Białorusinów bohaterem walczącym o demokrację. Dla dziennikarzy "Gazety" jest bohaterem walczącym o wolność słowa. Nazywał Łukaszenkę dyktatorem, nie chciał nigdy schylić głowy przed reżimem. Wolny człowiek, wolny dziennikarz. Nazwałabym Andrzeja Poczobuta człowiekiem niezłomnym, nazwałabym go wręcz męczennikiem o wolność słowa, męczennikiem dziennikarstwa, człowiekiem, który pokazał, co tak naprawdę znaczy bycie dziennikarzem. Aleksandra Sobczak czeka na Poczobuta jak wszyscy dziennikarze jej redakcji z ulgą i radością, ale targają nią też inne uczucia. Mam w sobie bardzo dużo niezgody na to, jak został potraktowany i jaką cenę za to zapłacił. Niezłomnie bronił własnych wartości. I nawet dziś gdy już zorientował się, że odzyskał wolność - pozostał im wierny. W autobusie powiedział: Gdy kagiebiści powiedzieli, że wyjeżdżam do Polski, odmówiłem. Kazałem zagwarantować, że będę mógł wrócić. Tak, Andrzej Poczobut jest męczennikiem, walczącym o niepodległość dzień i noc, Zebrane miliony to nie wszystko. Dodatkowy efekt akcji Łatwoganga. Chłopacy tutaj na streamie uświadomili, jak w łatwy sposób można być dawcą. Codziennie ktoś wysyła wiadomość, że się zarejestrował, cały czas. Dar życia w postaci oddania szpiku to jest rzecz bezcenna. Zondacrypto i afera to już stały związek nie do rozdzielenia. Tropy są dość wyraźnie rosyjskie i prowadzą do środowisk prawicowych, ale tam się nogi nie odstawia i idzie kontratak. Kryptokłamstwa kryptorządu Tuska - tak sprawę komentuje Kancelaria Prezydenta i winę w całości zrzuca na rządzących. Czy poszły też do was ruble pod stołem? To temat, od którego PiS-owi nie będzie łatwo uciec, bo w sprawie kryptoafery: są konkretne zdjęcia, konkretne fakty i konkretne dowody. Na to jak bliskie relacje łączyły prezydenta, Konfederację, PiS i jej medialną przybudówkę z firmą, która, jak się okazało, oszukała Polaków. Jak się poskłada te puzzle, to jaki obraz powstaje? To nie są puzzle, to są macki Zondacrypto, które sięgały do polityków prawicy. Ludzie prezydenta... Kryptopaństwo Donalda Tuska z pomocą prezentacji i politycy PiS-u... To jest afera Tuska. Robią dziś wiele, by uciec od kryptoafery i przypisać ją rządzącym. Prezes PiS-u wyrzekł się nawet swojej medialnej przybudówki. Pewna telewizja dostawała, ale jako żywo, ona nie jest z nami związana. Do medialnego ramienia PiS-u trafiło ponad 37 mln zł z budżetu reklamowego Zondycrypto. To Zondacrypto finansowała coś, co władze propisowskiej telewizji nazwały szczytem polsko-amerykańskim. I w końcu to prezes Zondycrypto wpłacił na fundację Zbigniewa Ziobry 450 tys. zł. Myśmy od nikogo, żadnych pieniędzy. Ale Zbigniew Ziobro i jego fundacja już tak. Ale nie ma to znaczenia. To są pytania do niego. Ale czy wam się wytłumaczył. No chyba oczekujecie takich wyjaśnień? Z jakiej racji miałby się nam tłumaczyć. Jest wiceprezesem pana partii. Proszę pytać Zbigniewa Ziobro. Nie ma okazji, proszę sobie wyobrazić, na Węgrzech siedzi. Prezydent dwukrotnie wetował ustawę regulującą rynek kryptowalut, a posłowie PiS-u weta dwukrotnie bronili. Było też to... pan poseł Wójcik został jednym z autorów poprawki do tej ustawy, która miała złagodzić ewentualny wymiar kary dla tych, którzy popełniają przestępstwo. Michał Wójcik to jeden z najbliższych współpracowników Zbigniewa Ziobry. Najpierw im ci aferzyści od kryptowalut zapłacili, żeby oni ich chronili. - To był polityczny lobbing? - To był perfidny polityczny lobbing. Ale prezes PiS-u przedstawia się jako wróg kryptowalut. Zapominając, że to on pomógł utrzymać pierwsze weto prezydenta. Dlaczego pan w takim razie nie przekonał własnej partii, że trzeba się trzymać od tego z daleka. Partia trzymała się od tego z daleka. Aż tak trzymała się z daleka. Choćby odwracali kota ogonem, nic nie sprawi, że ta afera się od nich odklei. Konfederacja też próbuje uciec od afery. Ale to ich poseł aż tak utyskiwał nad losem Zondycrypto rok temu... Największa giełda w regionie, Bitbay, obecnie Zonda, przeniosła się najpierw na Maltę, później do Estonii. Fundacja Przemysława Wiplera od prezesa Zondycrypto dostała 300 tys. zł. Za co? Lider Konfederacji chyba do końca nie wie. Nie znam szczegółów, podpisała umowę, na podstawie której fundacja robiła jakieś tam analizy strategiczne. Więcej wie wiceprzewodniczący klubu. Za doradztwo medialne, za doradztwo jak się prezentować w mediach. Dziś Konfederaci przekonują, że Wipler o zdanie ich nie pytał. To próba zmycia z siebie odpowiedzialności. Nie dajcie się na to nabrać - słyszymy od rządzących. Zondacrypto-koalicja powstała w Sejmie, to jest koalicja PiS-u i Konfederacji. Sprawą Zondycrypto zajmuje się prokuratura. Marszałek Sejmu mówi, że to wymarzony temat dla komisji śledczej, Koniec małżeństwa to często początek problemów dziecka, bo bywa zakładnikiem małżeńskiego sporu. Prawo do opieki staje się polem manewrów, ale często to rodzice grają o swoje ambicje, spoza których nie zawsze wygląda dobro dziecka. Ministerstwo Sprawiedliwości projektuje Pakiet Rodzicielski, który ma postawić dziecko w centrum tak, by jego dobro było obowiązkiem stron, a nie opcją w orzeczeniu rozwodu. Sygnatura mojej sprawy kończy się liczbą 18. Co oznacza, że od 2018 roku pan Paweł walczy o prawo do opieki nad córką. Ze względu na dobro dziecka i trwającą sprawę chce pozostać anonimowy. Chcę, aby moje dziecko miało obojga rodziców. Niestety matka zabrała mi miłość mojego dziecka do mnie. Po latach batalii, obrony przed pomówieniami, rok temu sąd pierwszej instancji przyznał mu opiekę naprzemienną. Ale do dziś jej nie wykonuje. Była żona złożyła apelację. Sąd stwierdził, że matka dziecka powzięła plan wyeliminowania ojca z życia dziecka, po czym skrupulatnie podjęła się jego realizacji. W uzasadnieniu jest napisane, że dziecko jest nauczone dużo i źle mówić o ojcu. Mamy niestety takie sformułowanie "rozwód po polsku". To oznacza, że rodzice zamiast szukać dobrych wyjść, prowadzą swego rodzaju wojnę. Dziecko w tej wojnie często staje się zakładnikiem. To ma zmienić proponowany przez ministra sprawiedliwości Pakiet Rodzicielski. Standardem przy rozwodach ma być piecza współdzielona. Czyli nie opieka naprzemienna. Nie traktujemy dziecko jak mebel przenośny. Ale chcemy, żeby rodzice wypracowali jakieś dobre wspólne rozwiązanie wtedy, kiedy nie ma patologii, nałogów, przemocy w rodzinie. Zwiększyć ma się rola mediatorów rodzinnych i kuratorów sądowych. Elektroniczny nakaz alimentacyjny ma usprawnić ściąganie niepłaconych świadczeń. Będą kary za niewykonanie przez rodzica wyroku w sprawie dzielenia opieki. Dziś nie ma takich przepisów. Dziecko przez miesiące, lata nie ma kontaktu z tym drugim rodzicem. To taka epokowa zmiana. Tego byśmy oczekiwali od nowoczesnego państwa, żeby chroniło więzi z dziećmi. Bo później te więzi bardzo ciężko jest odbudować. Alienacja rodzicielska dotyka zarówno ojców, jak i matki. 15 maja organizują marsz. Problem alienacji rodzicielskiej zawsze dotyczy dzieci. U dziecka buduje się taki konflikt lojalności, ono nie wie, po czyjej ma stanąć stroni. Dziecko powinno dostać informację, że ono jest najważniejsze i że mimo że rodzice się rozstają, to ono nadal jest kochane i jest w centrum uwagi. Pakiet Rodzinny będzie teraz konsultowany. Żeby sąd był takim miejscem, gdzie oni szukają porozumienia dla dobra dziecka, a nie wojny. Zdaniem Lewicy za słabo chroni dzieci przed przemocą w rodzinie. Musimy mieć te bezpieczniki. Problem polega na tym, że nasze sądy rodzinne nie sprawdzają historii przemocy wobec dziecka. Minister sprawiedliwości chce, by zmiany weszły za kilkanaście miesięcy. Ponad połowa Polaków nie korzysta z profilaktycznych badań onkologicznych lub odkłada je na później, a zaledwie co czwarty robi je dopiero na zlecenie lekarza. Takie są wyniki raportu "Badanie, które daje czas". Największym problemem jest brak świadomości, że wczesna diagnoza może uratować życie, ale też brak planu badań i oddalające się terminy. Monika Dembek zachorowała 10 lat temu. Mimo zalecenia lekarza nie od razu poszła na badanie USG. Nie wierzyła, że może być chora. Tak troszeczkę to odłożyłam na bok. Po czym po roku okazało się, że mam raka piersi. Od dawna problemem jest, że w Polsce z mammografii korzysta zaledwie co trzecia kobieta, która dostała zaproszenie na badanie. Wiemy, że w Szwecji, Danii, Holandii zgłaszalność pacjentek to 70% populacji zapraszanej. Problem jest ze wszystkimi badaniami profilaktycznymi. Tylko co 5. osoba robi je regularnie, co 4. bada się dopiero na zlecenie lekarza, ale ponad połowa Polaków nie robi badań w ogóle lub odkłada je na później. Boimy się wyników, boimy się zderzenia z chorobą i nie mamy też nawyku kulturowego, że co roku, co dwa lata muszę robić w określonym wieku określone badania. Ponad 80% mężczyzn i prawie połowa osób do 24. roku życia nie bada się wcale. Sytuację poprawił program "Moje Zdrowie", który umożliwia darmowe badania. Ponad 60% które się zgłosiło, to osoby przed czterdziestką. Dla młodzieży jest atrakcyjne, wypełniają internetowe ankiety, mają założone IKP, zadają dużo pytań i to jest pozytywne. Problem w tym, że od kwietnia NFZ wprowadził limity na badania obrazowe. Nie dotyczy to pacjentów z podejrzeniem choroby onkologicznej i kartą DILO, ale nie wszyscy na początku choroby taką kartę dostają. Według Fundacji "ALIVIA" już w tym miesiącu kolejka na badanie rezonansem magnetycznym wydłużyła się do rekordowych 100 dni. Jeżeli chcemy, żeby społeczeństwo, w tym młodzi ludzie byli zdrowi, a choroby onkologiczne były wykrywane wcześnie, musimy postawić na profilaktykę i zainwestować w szybką diagnostykę. Świadomość znaczenia badań może poprawić wprowadzenie obowiązkowej edukacji zdrowotnej. I pewność, że wczesne wykrycie choroby zwiększa szanse pacjenta. Monika po przejściu choroby bada się regularnie. Henryk R. dał o sobie zapomnieć za kratami więzienia, ale "Łomiarz" właśnie wychodzi z więzienia, a to przywraca pamięć o kilkudziesięciu napadniętych i 5 zamordowanych kobietach. Te dramatyczne historie z lat dziewięćdziesiątych wyciszył skazujący wyrok, ale eksperci ostrzegają - znów może zaatakować. Jego pobyt ma śledzić elektroniczna bransoleta, pytanie, czy jest tak mocna jak kraty. Henryk R, niesławny "Łomiarz z Warszawy", wyszedł z więzienia w Łowiczu. Ale ryzyko, że znów zaatakuje, jest wysokie. Deficyty osobowościowe wskazują na bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że popełni w przyszłości podobny czyn zabroniony. To opinia biegłych, którzy badali osadzonego. Stwierdzili, że pan nie poddaje się działaniom resocjalizacyjnym. Dlatego decyzją sądu Henryk R. wyszedł z więzienia z elektronicznym nadajnikiem na nodze. Jego sygnał jest wysyłany 24 godziny na dobę do centrali monitorowania, gdzie jest na bieżąco widoczne miejsce jego pobytu. Próba zdjęcia lub uszkodzenia nadajnika uruchomi alarm. Będzie wiadomo dokładnie, gdzie w danej chwili znajduje się Łomiarz, ale elektroniczna opaska nie powstrzyma go od popełnienia przestępstwa. A odpowiadał za brutalne ataki na kobiety. To były rozboje połączone z uszkodzeniami ciała, nawet ze śmiercią ofiar. Zmarło 5 z zaatakowanych przez niego kilkudziesięciu kobiet. Nie było łatwo mu to udowodnić. Napady polegały na uderzeniu w głowę ofiar od tyłu, ofiary nie widziały sprawcy, w związku z tym nie było dostatecznych dowodów. Jest recydywistą, po wcześniejszych wyjściach z więzienia atakował znów. Ale odsiedział wszystko. Został odwieziony do ośrodka readaptacyjnego, gdzie będzie teraz mieszkał. Sąd też zobowiązał pana Henryka R. do tego, żeby poddał się przymusowej terapii. Ustawa o bestiach go nie obejmuje. Nie kwalifikował się, żeby umieścić go w izolacji, w środku np. w Gostyninie? Nie, nie kwalifikował się z uwagi na czas, w którym popełnił przestępstwo. Można stosować ten środek wobec sprawców, którzy popełnili czyn przed 2015 rokiem. Ten ostatni czyn pana Henryka R. został popełniony w roku 2016. Łomiarz deklarował, że nienawidzi kobiet. Większość swojego dorosłego życia, z przerwami, spędził w więzieniach. Dziś jest po sześćdziesiątce i jest wolnym człowiekiem. W państwie prawa każdy kto zakończy odsiadkę, swój wyrok, wychodzi na wolność. Tu zastosowano wobec tego pana szczególne środki ostrożności. Sąd co najmniej raz na rok będzie sprawdzał, czy można mu zdjąć elektroniczny dozór. Przyszedł w nocy i uderzył w najczulszym momencie wegetacji. Owocowe drzewa pokryte kwiatami nie dadzą sobie rady z 9-stopniowym mrozem, a sadownicy mogą tylko liczyć straty. W wielu miejscach w Polsce doliczyli się 100%. Najbardziej ucierpiały sady czereśniowe, ale nie tylko. Synoptycy zapowiadają ocieplenie na majówkę, ale w wielu sadach przyjdzie za późno. W nocy nie śpią. Palą ogniska, żeby ratować zbiory. W tym sezonie już drugi raz palimy ogniska. Pierwszym razem spaliliśmy 20 m3 i dzisiaj ok. 15 m3 drzewa. Często nawet to nie wystarcza. Temperatura nocą spadła tu do -5 stopni Celsjusza. Dla czereśni to zabójcze. W zeszłym roku przez mróz pan Łukasz z rodziną stracił 90% plonów. Dziś walczą o to, co zostało. Nasze starania spełzły na niczym, spróbujemy jeszcze to w jakiś sposób podratować. Czy przeniesie to efekty? Nie sądzę. Tak wygląda dziś sytuacja w sadach w całej Polsce. Mróz przyszedł w najgorszym momencie - w czasie kwitnienia czereśni. Te rośliny są niezwykle czułe na wahania temperatur. Szczególnie tak gwałtowne. To już pewne - część drzew nie wyda owoców. Temperatura spadla do -8 stopni. Nie wiem, czy uda nam się cokolwiek ochronić, czy 100% nam przemarzło. A pogoda nie odpuszcza. Niemal w całym kraju najbliższe noce na minusie. Majówka ma być słoneczna, ale dla plantatorów słońce przyjdzie za późno. Straty liczą gospodarstwa, jak i działkowcy. Zbiory ogrzewają dosłownie czym się da. Kupiłem sobie znicze i na nockę zapalam dwa znicze i to pomaga. Nie pomagają też ceny, bo czereśnie pobiły kolejny rekord. Kiedyś były dla każdego. Dziś są luksusem. W niektórych miejscach za kilogram czereśni trzeba zapłacić nawet 250 zł. Ten smak lata ma swoją cenę i nie wszystkich na to stać. To jednak import. Na polskie trzeba poczekać do lipca. Wtedy też spadną ceny, o ile mróz nie zniszczy kolejnych upraw. Dużo, mało? Za nic bym nie kupiła. Obłęd, to jest okropne. Klientów odstraszają ceny, a sadownicy już liczą straty. Podejrzewam, że są takie sady, gdzie zmarzło 100%. Już jest katastrofa, bo to jakbyśmy tracili wtedy środki do życia na rok. W nocy ogień, w dzień niepewność. Tak wygląda ten sezon w sadach. Dla wielu ten sezon może skończyć się jeszcze przed pierwszym zbiorem. Jeden nie miał prawa jazdy i zakaz prowadzenia pojazdów, drugi miał pojazd i sporo alkoholu we krwi. Wpadli na siebie na ulicy w Mielcu i choć opis jest trochę jak z brawurowej komedii, to konsekwencje będą poważne. Kumulacja połamanych przepisów rzadka, ale z początkiem wiosny spiętrzona do apelu o czujność na dwóch kółkach i wobec nich. Pędzący motocykl wyprzedza tuż przed przejściem dla pieszych, na które wjeżdża rozpędzony elektryczny rower. Skutki do przewidzenia i złamanych kilka przepisów ruchu drogowego. Potem okazało się, że to nie wszystko. Motocyklista ma aktywny zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych, natomiast kierujący rowerem miał w organizmie 1,5 promila alkoholu. Obaj mężczyźni trafili do szpitala. Motocykliście grozi 5 lat więzienia, rowerzyście 2,5 tys. zł grzywny. No karygodne zachowanie. Instruktor jazdy nie chce wierzyć, że taka kumulacja wykroczeń, przestępstw i braku wyobraźni mogła się zdarzyć naprawdę. Nie mam komentarza, tutaj do tego nie ma komentarza, bo to jest właśnie to wszelkiego rodzaju przepisy zostały złamane. To łamanie przepisów ma swoje odbicie w statystykach. Choć na przestrzeni lat na polskich drogach jest coraz bezpieczniej, to ubiegłym roku miało miejsce blisko 6,5 tys. wypadków drogowych z udziałem motocykli lub rowerów, w których zginęło prawie 400 osób. Wiosna to czas, kiedy na drogach pojawia się zdecydowanie więcej jednośladów, dlatego warto, żeby wszyscy uczestnicy ruchu byli jeszcze bardziej ostrożni. Motocyklista przede wszystkim musi jeździć z chłodną głową, nie na gorąco, nie "już wsiadam, jest wiosna i mam świeżo kupiony motocykl, muszę wykorzystywać 100% jego możliwości", tylko wdrażajmy się w to, po kolei, z głową. Kierowcy samochodów powinni częściej patrzeć w lusterka, bo po sezonie zimowym odzwyczaili się od towarzystwa motocykli na drodze. Muszą zdawać sobie sprawę z tego, że oni o wiele szybciej zmieniają swoje położenie na drodze, czyli raz są z prawej, raz są z lewej strony. Rowerzyści powinni upewnić się, że są widoczni i pamiętać o tym, że w momencie wypadku są najbardziej narażeni na utratę zdrowia, a nawet życia. Cezary Grochowski z Wrocławskiej Inicjatywy Rowerowej ostrzega, że przepisy to jedno, ale ważny jest też rozsądek. Przed wjeżdżaniem na przejazd zwolnij i obserwuj, czy ten samochód obok ciebie, czy ten wyjeżdżający z podporządkowanej będzie ustępował pierwszeństwa, to jest też ważne. Od nas wszystkich zależy, czy w tym roku na drogach znów zginie kilkuset rowerzystów i motocyklistów. Teraz jeszcze o 9 dniach, które wstrząsnęły siecią, bo dobro rozlało się w Internecie, a ćwierć miliarda złotych to ciągle nie jest ostatnie słowo Łatwoganga i reszty gangu dobrych ludzi. Pieniędzy przybywa, eksperci przypiszą je do najpilniejszych potrzeb, ale jest inny parametr zbiórki. O 36 tys. osób powiększyła się baza dawców szpiku kostnego. Każdy, to bardzo osobista szansa na zdrowie, dla chorych na białaczkę. Tej siły nic nie zatrzyma. Ponad ćwierć miliarda złotych. To pierwszy rekord. Kolejny - prawie 40 tys. nowych potencjalnych dawców szpiku. Jednym z nich jest Michał Bryczkowski z Głogowa. Zainspirowany streamem Łatwoganga zapisał się do bazy DKMS. Na pamiątkę zrobił też tatuaż z kultowym motywem akcji. Chłopacy tutaj na streamie uświadomili w jak łatwy sposób można być dawcą. Wystarczy pobrać wymaz z ust, z policzka, a możemy dzięki temu komuś uratować życie. Każdy tak naprawdę może zostać takim wojownikiem. To m.in. apel Silesa zmotywował Polaków. Artysta podczas streamu podzielił się rodzinną historią. Jego młodsza siostra Paulina została dawczynią dla starszej Sylwii. Ja się cieszę, że mogliśmy się z moimi siostrami przyczynić. Działamy w tym kierunku już jakiś czas, wrzucamy treści z tym związane, odkąd ja zostałem dawcą. Tylko w finałowy dzień transmisji, czyli w niedzielę, zarejestrowało się 25 tys. osób. W zasadzie nie do końca wierzyliśmy tym cyfrom, bo 36 tys. w ciągu weekendu to jest absolutny rekord. W polskiej bazie jest już około 2,4 mln dawców szpiku. To dużo, ale wciąż za mało. Co 5. pacjent nie znajduje odpowiedniego dawcy. Znaleźliśmy ci bliźniaka genetycznego. Czasem to wyścig z czasem. Andrzej Dziedzic na przeszczep szpiku od niespokrewnionego dawcy miał tylko 3 miesiące. Nowotwór złośliwy w mózgu. Dziś nie ma po nim śladu. Ciarki przechodzą, jak sobie o tym myślę, ile tutaj było czynników, ile mogło się wykrzaczyć rzeczy po drodze. Niesamowite jak udało się to wszystko dowieźć i ten nowotwór został pokonany. 234 ml nowego życia od dawcy z Niemiec. Podobny prezent zrobił Maciej Stuhr. Oddając szpik, uratował dziewczynkę. W Polsce co 40 minut ktoś słyszy diagnozę: nowotwór krwi. Możemy to zmienić. Wystarczy wejść na stronę DKMS. Zarejestrować się. Zamówić pakiet. Oddać wymaz. Odesłać do fundacji. I zostać czyimś bohaterem. Redaktor Bartosz Wieliński, "Gazeta Wyborcza", przyjaciel uwolnionego dziś z białoruskiego więzienia Andrzeja Poczobuta, w Pytaniu Dnia u Doroty Wysockiej-Schnepf. Zapraszamy.