Bezlitosny upał. Ciężkie dni dla kierowców, kolejarzy i pasażerów zbiorowej komunikacji. Nowe otwarcie. Czy Polska i Ukraina są gotowe na wzajemny reset relacji? SAFE 0%. Wraca tym razem w wersji rządowej pomysł na wykorzystanie rezerw NBP. Dobry wieczór, zapraszam na "19.30". Za dwa dni temperatury zaczną spadać, ale na razie pogoda bez litości. W Słubicach rekord w historii pomiarów, 40,5 stopnia Celsjusza. Na słońce wychodzą najodważniejsi, kto może zostaje w domu, a kto musi, wsiada do zbiorowej komunikacji. I tu się może zacząć ryzykowna przygoda. Klimatyzacja bywa standardem, ale są odstępstwa od reguły, bo tabor w różnym wieku i można źle trafić. O nowym znaczeniu zwrotu "ciepłe przyjęcie". Kiedyś lato nie bywało tak gorące, kiedyś nie było takich tramwajów z klimatyzacją. Teraz upały rekordowe, a stary tabor wciąż się trafia. Motornicza tramwaju linii turystycznej w Warszawie przyznaje, że od gorąca może się zakręcić w głowie. Ale trzeba sobie radzić. Jest to troszeczkę bardziej uciążliwe, ale tutaj na wozie chociaż słońce nie świeci, więc jest w sumie trochę chłodniej niż na zewnątrz, mamy wiatraczki pomontowane. Nie ma klimatyzacji, ale jest klimat - przekonują pasażerowie. Mam nadzieję, że jak najwięcej warszawiaków czy turystów skorzysta z tej atrakcji. Ale jazda po szynach to nie tylko atrakcja turystyczna. Wczoraj z powodu awarii pociąg relacji Gdynia - Zakopane na kilka godzin utknął w szczerym polu koło Januszowic w Małopolsce. Kilkuset pasażerom wodę dowozili strażacy z OSP. Dziś przez awarie pociągi utknęły koło Zielonej Góry w Lubuskiem i w pobliżu Modlina na Mazowszu. Tam konieczna była ewakuacja pasażerów z rozgrzanych wagonów. Jeśli nie ma zasilania z sieci trakcyjnej, nie ma prądu w pociągu, to klimatyzacja może po prostu nie działać. Podobno jest, co tam było, zepsuta trakcja. Konsekwencje usterki odczuwalne też na dworcach. Bo żar leje się z nieba, a trzeba czekać na pociągi opóźnione przez awarie. Mam wiatraczek, wodę, zapas wody i myślę, że będzie dobrze. Choć bywa, że wejście z peronu do wagonu niewiele pomaga. Mój mąż właśnie wsiadł do pociągu i stwierdził, że chyba jest ze 40 stopni. W lubuskich Słubicach ponad 40 stopni w cieniu - najwięcej w historii pomiarów. Przy takiej temperaturze klimatyzacja w pociągach i autobusach, jeśli działa, nie zawsze daje radę. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że schładzamy wóz o 6, 8 do 10 stopni w porywach, a jednocześnie nie możemy schłodzić w takim stopniu, jak jest w pojazdach indywidualnych. Jest duszno i gorąco, nawet jeśli działała, to tak, że się nie dało wyczuć. No jest niby klimatyzacja, ale podczas jazdy tylko, postojowej nie ma. Zarządcy komunikacji zbiorowej w miastach gwarantują, że w upalne dni pojazdy bez klimatyzacji w miarę możliwości zostają w zajezdniach. We wrocławskich autobusach poza klimatyzacją jest też sprzęt medyczny. Te upały to omdlenia, to złe stany. W naszych pojazdach MPK, jak również w 60% pojazdów aglomeracyjnych, znajdują się defibrylatory. Niebawem pogoda ma bardziej sprzyjać pasażerom komunikacji publicznej. Ochłodzenie nadejdzie pojutrze. Są w Europie miejsca, gdzie doświadczenia z upałami mają większe niż my, ale sytuacja w tym roku jest tak ekstremalna, że nie ma mądrych. Prawie 200 milionów Europejczyków próbuje uciec przed skwarem powyżej 35 stopni Celsjusza, padają kolejne temperaturowe rekordy. Zamykane są placówki szkolne, ograniczane dostawy energii. Klimatolodzy przypominają, że mamy dopiero czerwiec. Na niemieckich drogach mięknie asfalt, a betonowe płyty pękają od gorąca - to fragment autostrady A2 pod Berlinem. Dziś w kraju padł rekord ciepła - prawie 41 stopni. Wyszedłem z mieszkania, bo w środku bym się ugotował. Tu jest choć trochę chłodniej. Niemcy ochłody szukają na wodzie lub w niej. Na ulicach w Berlinie armatki wodne chodzą non stop. Niemcy właśnie się topią. I nie tylko oni. W ostatnich dniach czerwona była cała mapa Europy. Temperatura niemal wszędzie przekraczała 30 stopni. W Czechach i Wielkiej Brytanii padł czerwcowy rekord gorąca. Dania odnotowała najwyższą temperaturę w historii pomiarów. Podobnie Francja - rekord padł w połowie tygodnia w Bordeaux: 44,6. W Paryżu kilka dni temu miał odbyć się wielki charytatywny festiwal Solidays, niestety dla bezpieczeństwa trzeba było go odwołać. Władze w mieście wprowadziły też zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych. Możemy zrezygnować z alkoholu, pogarsza problemy zdrowotne związane z odwodnieniem. Wstępne dane przerażają - od minionej środy we Francji zarejestrowano około tysiąc zgonów więcej niż w poprzednich miesiącach. Mamy do czynienia z nadmierną śmiertelnością powiązaną z falą upałów. Europejskie miasta robią, co mogą, żeby pomóc przetrwać mieszańcom. W Paryżu powstały w ratuszach chłodnie. W Brukseli na ulicy urzędnicy rozdają potrzebującym wodę, a w Rzymie samotni seniorzy dostali takie elektroniczne opaski - monitorują ich stan zdrowia i umożliwiają wezwanie pomocy. Daje mi ona poczucie bezpieczeństwa, czuję się spokojniejsza, gdyby coś mi się stało. Światowa Organizacja Zdrowia alarmuje, ekstremalne upały będą występować coraz częściej w Europie, a to jest pokłosie postępującego globalnego ocieplenia. Europa jest najszybciej ocieplającym się kontynentem na Ziemi, nagrzewając się dwukrotnie szybciej niż średnia światowa. Dziś mówimy o rekordach, a mamy dopiero czerwiec. To jest "19.30", co jeszcze w programie? Z Wrocławia do Normandii. Czeka nas duże wyzwanie: 5,5 tys. km. Wielka Wyprawa Maluchów. Chcę wspomóc wszystkie osoby poszkodowane w wypadkach. Największym wyzwaniem jest edukacja dzieci. Czego się nie robi, by pomóc dzieciakom z fundacji TVP. Polska wspomina dziś ofiary brutalnej pacyfikacji robotniczych protestów w Poznaniu. 28 czerwca 1956 roku wojsko wysłane na ulice starło się z protestującymi przeciwko komunistycznej władzy i biedzie. W Poznaniu jest Marcin Wojciechowski, który przygląda się uroczystościom, powiedz, jak przebiegają w tym niełatwym dniu. Te główne obchody rozpoczęły się bladym świtem o 06:00 rano przed bramą zakładów imienia Hipolita Cegielskiego, czyli tam, gdzie rozpoczęły się protesty robotnicze 70 lat temu. Później kwiaty składano w wielu lokalizacjach w Poznaniu. O 16:00 odprawiono mszę. W intencji bohaterów tamtych wydarzeń, ale tegoroczne obchody faktycznie znajdują się w cieniu ogromnych upałów, które nadciągnęły nad Wielkopolskę, dlatego organizatorzy byli zmuszeni przenieść te główne uroczystości, które rozpoczęły się o 17:30 z placu przy poznańskich krzyżach do auli uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pojawili się prezydenci Łotwy, Węgier, a także Albanii. Prezydent Karol Nawrocki mówił m.in. o wielkiej wdzięczności dla bohaterów tamtych wydarzeń. Wspomniał także, że chciałby, by 28 czerwca był dniem wspominanym jako dzień opozycjonistów. Z wielkim wzruszeniem zawsze biorę udział w takich uroczystościach, z wielką wdzięcznością dla was za to, że walczyliście w czasach komunizmu o to, abym ja mógł być wolny i abym mógł się rozwijać i kształcić w Polsce po roku 89. Wielkie podziękowanie, chylę czoła przed wami, drodzy bohaterowie Poznańskiego Czerwca. Z wielką wdzięcznością za to, że nas do wolności zanieśliście, że mamy szansę dzisiaj kształtować naszą ojczyznę tak, jak tego chcą Polacy, tak, jak tego chcemy my. Każdy z nas ma takie samo prawo. Przed chwilą przed pomnikiem poznańskich krzyży kwiaty składały delegacje, ale także mieszkańcy Wielkopolski. We wszystkich dzisiejszych wydarzeniach udział brały także osoby najważniejsze, czyli bohaterowie tamtych dni, którym wszyscy bardzo wiele zawdzięczamy. 70 lat temu robotnicy Poznania wyszli na ulice, by wykrzyczeć, że socjalizm to może ustrój ludu pracującego, ale lud nie ma praw, wolności a nawet czegoś do jedzenia. Pierwszy w historii PRL strajk generalny miał na sztandarach antykomunistyczne hasła, więc komunistyczna władza posłała przeciw robotnikom regularne wojsko. Na miasto wyjechały czołgi, zginęło 79 osób. Wypadki czerwcowe, prowokacja agentów imperializmu - tak mówiła o tych wydarzeniach władza komunistyczna. Jeśli padało słowo "robotnicy", to tylko "zmanipulowani". Przecież robotnicy nie mogli wypowiedzieć się, nie mogli protestować przeciwko Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, bo przecież robotnicy wiedzą, że ta partia broni ich interesów. Tego dnia do robotników strzelała. By spacyfikować stutysięczny tłum, na ulice zbuntowanego miasta wyprowadzono 360 czołgów. Zabitych zostało 58 osób - najmłodszą ofiarą był Romek Strzałkowski, 13-latek zginął przypadkowo jak wiele innych osób. Zaczęli strzelać, po jednej i po drugiej stronie padali ranni czy zabici, wszystkiego człowiek nie spamięta, wtedy zginał mój kolega Zenek, który w ogóle nie brał w tym udziału, został trafiony w czoło, tak że nie było żadnego ratunku. Pamięta, że zaczęło się spokojnie, choć robotnicy hasła mieli jednoznaczne. My chcemy wolności, precz z ruskimi, my chcemy wolnej Polski, też my chcemy chleba. Coraz gorzej było, coraz więcej pracowaliśmy za coraz mniejsze stawki. To był bunt - manifestanci sforsowali bramy więzienia, zniszczyli zagłuszarki, rzucali butelkami z benzyną w czołgi i w siedzibę Urzędu Bezpieczeństwa. Poznaniacy postawili się władzy ludowej. Dlatego wielu historyków nazywa to wydarzenie czwartym powstaniem. Ma cechy powstańcze, z pewnością tak, ponieważ to wszystko, czym czerwiec stawał się z każdą kolejną godziną, to ewidentnie przypominało ruch powstańczy, oddolny ruch powstańczy. Jak wszystkie powstania, i ten ruch zakończył się tragicznie - władza odpowiedziała kulami, represjami, wyrokami i tymi słowami premiera partii. Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej. Dla profesora Białeckiego poznański czerwiec to najważniejszy z tak zwanych polskich miesięcy, które wylicza: potem był marzec, grudzień, znów czerwiec i sierpień. Polskie kolejne etapy na drodze do wolności, a ta droga rozpoczęła się w trakcie pierwszego z polskich miesięcy - poznańskiego czerwca. Na ulicach Poznania zrobiono ten wyłom w systemie komunistycznym. To tutaj w Poznaniu zostały wyjęte pierwsze cegły z muru komunistycznego, który potem skutecznie przez dekady Polacy rozbierali, by w końcu móc żyć w wolnej i niepodległej ojczyźnie. Za to dziś wdzięczność, hołd i pamięć. Ukraina planuje Panteon Bohaterów. Jest już projekt ustawy, a prezydent Zełenski uprzedza: nikt nam nie będzie mówił, kogo mamy czcić. Nie wiadomo, czy da się tak odbudować polsko-ukraińskie stosunki, wiadomo, że są najgorsze od początku wojny z Rosją. Eksperci wskazują, że reset jest potrzebny, bo geografię trudno zmienić. Sprawa robi się pilna, bo polityka ma dyplomację, ale ulica tylko emocje. Tych emocji podczas przemówienia w Ławrze Peczerskiej Wołodymyr Zełenski w ogóle nie próbował ostudzić. Nikt i nigdy nie będzie nam mówił, jak żyć, jakim językiem mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować. Wypowiedziane w Dniu Konstytucji Ukrainy mogą dodatkowo pogłębić konflikt pomiędzy Kijowem a Warszawą. Tym bardziej, że padają w zaledwie trzy dni po tym apelu Donalda Tuska. Przyszłość możemy zbudować tylko na prawdzie. Emocji rozgrzanych do czerwoności wcześniejszą decyzją Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA. Ukraińskiej Powstańczej Armii, która wymordowała sto tysięcy Polaków. Próby pojednania nie będzie, dopóki Ukraina nie zrozumie, że nie ma dla ludzi z taką mentalnością, takim fundamentem, miejsca w cywilizacji Zachodu i cywilizacji europejskiej. Pojednania tym bardziej potrzebnego, że z takim kryzysem w stosunkach polsko-ukraińskich nie mieliśmy do czynienia od 37 lat. Zsuwamy się w dół i jeszcze nie widzimy dna. To jest w tej chwili wojna orderowa, wojna dwóch prezydentów, wojna elit politycznych. Ale polityczna wojna szybko może się przenieść na poziom ulicy. Są oddawane ordery, pojawia się coraz więcej zarzutów, niestety dochodzi do sytuacji przyzwolenia na agresję wobec Ukraińców, którzy u nas pracują. W Starachowicach doszło wczoraj do bójki pomiędzy Polakami i Ukraińcami, w ruch poszedł nóż. Dwa dni temu w Gliwicach mężczyzna pobił Ukraińca kijem bejsbolowym. W Zielonej Górze policja zatrzymała Ukraińca, który w internecie groził polskiemu prezydentowi. Potrzebujemy kubła zimnej wody na głowy polityków, którzy wyciągają te bejsbole i okładają się nawzajem. Ale politycy od lewa do prawa zgodnie przyznają, że do deeskalacji potrzeba też woli drugiej strony. Jeżeli jej nie będzie, trzeba będzie sięgnąć po narzędzia dyplomatyczne. Powinniśmy w tej chwili wywierać na Ukrainę maksymalną presję, w stosunkach dwustronnych i również na poziomie unijnym. Jednocześnie podkreślają, że kwestie polityczne czas oddzielić od stosunków pomiędzy zwykłymi ludźmi. Wszyscy ludzie, którzy mieszkają w Polsce, bez względu na to, czy są to obywatele Polscy, uciekinierzy wojenni czy imigranci wojenni, muszą się czuć w Polsce bezpiecznie. Bo Polska skłócona wewnętrznie oraz z sąsiadami będzie łatwiejszym celem. Pod obrady Sejmu ma wkrótce trafić projekt ustawy znany jako SAFE 0%. Sygnuje go Polskie Stronnictwo Ludowe i jest poprawioną wersją projektu prezydenta, żyrowanego przez szefa NBP. Ludowcy twierdzą, że usunęli wady konstytucyjne i uczynili go bardziej realnym finansowo niż iluzoryczne zyski banku centralnego opisywane corocznymi stratami w miliardach. Czy jest szansa na podpis prezydenta? W tym szczególnym miejscu w Morskim Porcie Wojennym w Świnoujściu marszałek Sejmu przyznaje: To jest imponujące, co do tej pory zostało zrobione. Tu mowa o programie SAFE. Zamówienia w polskim przemyśle w maju wzrosły rok do roku o historyczne ponad 140%. 62 kontrakty, to wszystko było do końca maja w ramach zakupów samodzielnych. Teraz zaczynamy zakupy wspólne. Unijny SAFE działa więc pełną parą. Zakontraktowano już 120 miliardów złotych. Przypomnijmy: prezydent był przeciwnikiem unijnego programu. I na stół wraz z szefem Narodowego Banku Polskiego położył tak zwany prezydencki SAFE 0%. W SAFE europejskim są dziesiątki tysięcy miliardów, w SAFE Nawrockiego i Glapińskiego jest pustka. Narodowy Bank Polski notuje rekordowe straty. W tym roku to aż 36 miliardów złotych. Ten SAFE trzeba otworzyć, sprawdzić, czy tam są prawdziwe pieniądze, czy to była tylko ustawka, żeby znaleźć pozorne alibi, jak się okazało. Dlatego rządzący zmienili prezydencki projekt. Ludowcy usunęli z niego wady konstytucyjne i urealnili finansowo. Lewica dodała zapis, by część pieniędzy trafiła na ochronę zdrowia. Rządowa wersja programu SAFE 0% ma trafić pod obrady w 2-3 miesięcy. Dzisiaj te pieniądze potrzebne są. Jak najbardziej zapraszam, tylko czy te pieniądze naprawdę istnieją, że Narodowy Bank Polski je ma, a potem słyszymy, że ma stratę, więc pytanie, jaka jest prawda. Czyli mówić wprost: rząd kładzie projekt na stole i mówi prezydentowi oraz szefowi NBP: sprawdzam. W tym samym czasie prezydent wychwala SWÓJ projekt i tak ocenia unijny projekt SAFE: Przemysł zbrojeniowy będzie się rozwijał m.in. z kredytu, który trafił do polski, kredytu z Unii Europejskiej. Gdyby to był mój jedyny problem z prezydentem Nawrockim, że chwali się SAFE, który zablokował swoim wetem, to byłbym szczęśliwy człowiek. Doradcy prezydenta teraz dwoją się i troją, by przekonać, że w sprawie SAFE prezydent zdania nie zmienił. Mamy szerokie zastrzeżenia co do procedury SAFE. Rządzący słowami prezydenta są rozbawieni. Pan się uśmiecha. Uśmiecham się, bo słyszałem tę wypowiedź. Prezydent zmienił zdanie, zobaczył jednak, że ten program się opłaca, o co tu chodzi? Zobaczył, że on jest najlepszy z możliwych, że daje miejsca pracy, że przyprowadza ogromne pieniądze. Wbrew temu, czym straszyli politycy opozycji. Przykład? Radom. Właśnie kończą się ostatnie zamówienia z rządu. W maju już zamówień nie będzie - grzmiał dwa miesiące temu przed radomskim Łucznikiem Przemysław Czarnek z PiS-u. To teraz rzeczywistość. W tym tygodniu podpisano umowy na 46 tysięcy karabinków Grot. Choć zakup nie był finansowany z SAFE, to, jak twierdzi rząd, program pomógł uwolnić środki na ten cel. Gdyby nie było prezydenckiego weta, to podpisalibyśmy nie jedną umowę, ale trzy. Także na zakup karabinków dla policji i zakup karabinków dla straży granicznej. To przez decyzję prezydenta zostało wstrzymane. Mimo to rząd deklaruje, że pozostałe umowy z Łucznikiem będą podpisane i sfinansowane z innego źródła niż SAFE. Świat brał głębszy oddech po zapowiedziach rychłego pokoju na Bliskim Wschodzie, ale widmo wojny wraca nad zatokę Ormuz. W weekend wojska irańskie i amerykańska armia wielokrotnie wymieniały ogień, a potem oskarżenia o łamanie kruchego rozejmu. Iran zastrzega sobie prawo do wyznaczania jedynych bezpiecznych dróg przez Ormuz, Ameryka utrzymuje, że broni wolnego handlu przed atakami Iranu. Na Bliskim Wschodzie znów zawyły syreny. Iran zaatakował amerykańskie bazy w Kuwejcie i Bahrajnie. Siły morskie i powietrzne udzieliły zdecydowanej odpowiedzi na niedawną amerykańską agresję. Bo zaczęło się tu: w cieśninie Ormuz. W czwartek singapurski kontenerowiec został trafiony dronem. Waszyngton oskarżył Teheran o "głupie" łamanie zawieszenia broni. Nie podoba mi się fakt, że wczoraj oddali strzały. Nie w statek sojuszniczy, tylko po prostu w statek. Bardzo drogi statek. Czy Iran poniesie jakieś konsekwencje? Zobaczycie. Odpowiedź na pytanie dziennikarza nadeszła w piątek. Siły amerykańskie zaatakowały irańskie magazyny rakiet i dronów oraz przybrzeżne instalacje radarowe. Waszyngton tłumaczył te działania koniecznością ochrony żeglugi w Zatoce Perskiej. Nieuzasadniona agresja irańskich sił wobec żeglugi handlowej wyraźnie naruszyła zawieszenie broni. Ponadto niebezpieczne działania Iranu podważyły wolność żeglugi. Iran się broni: to był atak ostrzegawczy. Bo tego samego dnia ogłosił, że statki w cieśninie Ormuz mogą się poruszać tylko szlakami wyznaczonymi przez Teheran. Zapewnia przy tym, że zgodnie z porozumieniem o zawieszeniu broni cieśnina zostanie otwarta. Jakakolwiek ingerencja w tę sprawę, jakakolwiek próba ustanowienia nowych ustaleń, doprowadzi jedynie do dalszych komplikacji, opóźni ponowne otwarcie cieśniny i zwiększy poziom napięcia. Sam jednak także to napięcie potęguje. Kilkanaście godzin po amerykańskich atakach, kieruje wyrzutnie rakiet w stronę Kuwejtu i Bahrajnu. Obie strony oskarżają się o łamanie zawieszenia broni i grożą eskalacją konfliktu. Jeśli wróg ponownie złamie swoje zobowiązania lub naruszy zawieszenie broni, nasza odpowiedź będzie silniejsza niż dotychczas. Może nadejść moment, w którym nie będziemy już w stanie zachować rozsądku i będziemy zmuszeni dokończyć militarnie dzieło, które z powodzeniem rozpoczęliśmy. Jeśli tak się stanie, Islamska Republika Iranu przestanie istnieć! Groźby te stanowią zagrożenie dla powodzenia toczących się rozmów pokojowych. Europejscy surrealiści w warszawskim Muzeum Sztuki Współczesnej. Wystawa wraca do czasów wykluwającego się w Europie faszyzmu i przypomina, że świat sztuki widział zagrożenie i na nie reagował. Ekspozycja przy okazji tych już historycznych odniesień, pokazuje groźne analogie w świecie naszych czasów i nakłania do ich obserwacji. Hitler jako jajo - praca z 1937 roku, gdy władza faszystów w Niemczech była wszechobecna. Autorka Kati Horna wyśmiewa przemówienie dyktatora, by w kolejnej odsłonie uciszyć go wskazującym kobiecym palcem, Warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej prezentuje prace najwybitniejszych europejskich surrealistów w zmaganiach z faszyzmem. W wystawie naszej staramy się przybliżyć publiczności ten moment, by uświadomić wszystkim, że nas też może czekać podobny los. Bo, jak wiemy, to zło nie spadło z nieba. To się działo. I były reakcje. "Aidez L'Espagne" - "Pomóż Hiszpanii" to praca Joan'a Miro, który z Paryża wzywał do walki z nacjonalistami generała Franco. "Jesteś w sercu zmian" to tytuł wystawy, która przekonuje, że surrealiści reagowali na to, co realnie działo się w ich świecie. Żyjemy w czasach przedwojennych, być może analogicznych do lat 30. XX wieku - taka wizja przyświecała twórcom tej wystawy. Poprzez Pabla Picassa, Maxa Ersta i innych artystów pokazują sprzeciw wobec przemocy, nietolerancji i rządów autorytarnych. Stabilna europejska demokracja jest coraz bardziej zagrożona, Współcześni artyści także coraz częściej angażują się w coś, co można nazwać "antyfaszyzmem" - uważa dyrektorka warszawskiej Galerii Zachęta. Antyfaszyzm w sztuce to niezgoda na wykluczenie, piętnowanie inności, ksenofobi, nacjonalizmu, Współcześni artyści nie żyją na innej wyspie, żyją w naszym społeczeństwie. I tworzą prace takie jak choćby te Krzysztofa Gila. Artysta romskiego pochodzenia podejmuje zagadnienie getta w jego współczesnym znaczeniu. Artyści są takim barometrem, który najszybciej wychwytuje zmiany zachodzące w społeczeństwie właśnie w stronę faszyzacji, ograniczenia wolności słowa. Anna Baumgart przekonuje, że walka z odradzającym się faszyzmem to dziś feminizm. Jej "Bombowniczka" to bunt przeciwko kulturowej konwencji Matki Polki. Innego zdania o współczesnym "antyfaszyzmie" jest profesorka ASP w Warszawie Katarzyna Stanny. Dla mnie Banksy jest przede wszystkim przykładem artysty, który walczy ze wszelką władzą, która uciska społeczeństwa, z niesprawiedliwością społeczna, wypowiada się promigrancko, propalestyńsko w ostatnim czasie, twórca, który jest mocno zaangażowany politycznie. Artystom w XX wieku nie udało się powstrzymać faszyzmu i wojny, która ogarnęła całą Europę. Ci w XXI mają jeszcze szansę. Auta są małe, za to wyprawa duża, a cel jeszcze większy. Kilkadziesiąt Fiatów 126p ruszyło z Wrocławia do Normandii. Ekipa już czwarty raz zbiera w ten sposób pieniądze na leczenie dzieci, ofiar wypadków komunikacyjnych. Jadą też nasi najlepsi ludzie z Fundacji TVP, by pomóc Fabianowi, którego historię państwu przypomnimy. Nie każdy bohater nosi pelerynę. Niektórzy siadają za kierownicą wysłużonego Fiata 126p i ruszają w drogę przez Europę. Możemy ruszać i zbierać kasę dla dzieciaków. 70 maluchów dla maluchów wystartowało z Wrocławia przez Czechy, Niemcy, Szwajcarię do Normandii. Po powrocie wyprawa wznowi podróż, tym razem przez Polskę. Czeka nas bardzo duże wyzwanie, 5,5 tys. kilometrów, z czego 3,5 tys. to trasa zagraniczna. Będziemy jechali przez Alpy, najwyższe przełęcze, będziemy się wspinali na wysokość prawie 2800 m. Tegoroczna, czwarta już edycja Wielkiej Wyprawy Maluchów, odbywa się w wyjątkowo trudnych warunkach ze względu na ekstremalne upały. Kierowca rajdowy Kajetan Kajetanowicz, który tymczasowo w szczytnym celu też przesiadł się do malucha, przyznaje, że pierwsze szlify za kierownicą zdobywał właśnie w takim aucie. Już prawie zapomniałem o tym, to było bardzo dawno temu, mam trzy maluchy, tutaj jestem tym najsłabszym, bez klimy, takie auto wykradałem mojemu tacie wiele lat temu. W rajdzie bierze udział także Telewizja Polska. A za kierownicą będą kolejno zasiadać przedstawiciele wszystkich naszych redakcji, również "19.30". Zbieramy na dzieci poszkodowanych w wypadkach, w tym na naszego Fabianka, podopiecznego fundacji TVP, który w styczniu uległ bardzo poważnemu wypadkowi. Chłopiec od czasu wypadku nie rusza rękami ani nóżkami. Został przekazany na rehabilitację. Liczymy, że ta jego niepełnosprawność będzie coraz mniejsza. To już jego piąty miesiąc w szpitalu, dlatego coraz mocniej tęskni za rodzeństwem. Chciałbym wrócić do domu. Ale rodzina mieszka w Bieszczadach. Ze względu na fatalne warunki lokalowe i zbyt dużą odległość od szpitala Fabian nie może tam wrócić. Stąd zbiórka pieniędzy na nowe mieszkanie. Bliscy wierzą w siłę ludzkiej dobroci i w to, że Fabian jeszcze będzie chodzić. Myślę, że znajdą się takie osoby, które nam pomogą. Wsparcie dla Fabianka można przekazać poprzez wpłatę za pomocą kodu QR lub wysyłając SMS. 13 lipca Wielka Wyprawa Maluchów planuje odwiedzić Rzeszów i spotkać się z Fabianem. Gościem Aleksandry Pawlickiej sędzia Igor Tuleya, a potem specjalne wydanie "Sto pytań do..." z Maciejem Orłosiem z Teleexpressu. Do zobaczenia.